Kto wie, dokąd popłynie rzeka losu
Przez ostatni miesiąc Marek był jakiś zamyślony, małomówny wobec żony Wiesławy. Wiesława przyglądała mu się i myślała:
Musi być chory, na pewno coś mu dolega, a już zbliża się jego czterdzieste piąte urodziny. Planujemy przecież jubileusz w restauracji. Trzeba go wziąć za rękę i zaciągnąć do lekarza mam przecież znajomego doktora. Badania powinien zrobić, co tam jeszcze…
Wiesława dzieliła się swoimi niepokojami z bliską przyjaciółką Heleną, a ta nagle wypaliła:
Mój Witek też taki był, jak się zakochał i związał z inną ciągle rozkojarzony chodził.
Co ty porównujesz swojego Witka do mojego Marka, Hela? machnęła ręką Wiesława.
A czym twój Marek lepszy od mojego Witka?
Właśnie w tym rzecz, że nie lepszy. Twój Witek to przystojniak, dusza towarzystwa, uwodziciel, prawda? A mój Marek dwóch zdań nie powie sama mu się w przeszłości oświadczyłam. I gdybym do niego nie przeprowadziła się, pewnie do dziś by był starym kawalerem.
Rok temu Helena przyłapała Witka z jakąś kobietą. Wiesława ją pocieszała:
Zostaw go, zajmij się sobą, przestań płakać i pogódź się z tym zdrajcą.
Helena rzuciła się w wir życia wyrzuciła Witka, sama zaczęła chodzić po knajpach i barach, flirtowała z różnymi facetami, ścięła się krótko, tłumacząc wszystkim: zmieniłam styl, a Wiesława patrzyła na koleżankę z niedowierzaniem. Nie tak wyobrażała sobie zajęcie się sobą myślała o kursach, tańcu, samorozwoju lub o sporcie.
W końcu Helena wybaczyła Witkowi. Wiesława nie była w stanie tego pojąć.
Ja bym swojego Marka nigdy nie wybaczyła mówiła w myślach.
Są z Markiem małżeństwem już prawie dwadzieścia sześć lat. Znają się jak łyse konie, przeszli przez wiele, wychowali dwóch synów, już wkrótce czeka ich spokojna starość. Mimo że są jeszcze młodzi, jubileusz męża trzeba zorganizować już rodzinę pytała o zdanie, a mężowi jeszcze nie powiedziała o tych planach.
Wzięli ślub tuż przed ukończeniem studiów. Poznali się na rajdzie studiowali na różnych kierunkach, ale okazało się, że mieszkają w tym samym mieście. Na czwartym roku oba wydziały wyjechały na wspólną wędrówkę, choć nie brała w niej udziału cała grupa. Siedzieli wtedy przy ognisku pierwsza zwróciła uwagę na nieśmiałego Marka właśnie Wiesława, choć początkowo się krępowała. Z czasem zaczęli się do siebie zbliżać. Ona nawet zaopiekowała się Markiem, cerowała mu koszulę, gdy zahaczył nią o gałąź.
Marek za to nosił jej ciężki plecak i tak zrodziła się ich przyjaźń, która krok po kroku przerodziła się w miłość. Wiesława przejęła inicjatywę pierwsza wyznała mu uczucie, a potem on cicho wyznał:
Wiesiu Chyba też się w tobie zakochałem.
To w takim razie musimy razem zamieszkać, przeprowadzę się do ciebie i pójdziemy do urzędu, żeby się pobrać zgodził się bez protestów.
Przeniosła swoje rzeczy do mieszkania babci Marka, gdzie on się już wtedy opiekował schorowaną staruszką. Najbardziej ucieszył się ojciec Marka, bo pani Janina była jego matką. Z kolei matka Marka od młodości nie rozmawiała ze swoją teściową i nie chciała jej doglądać, więc wnuk przeprowadził się do babci, by jej pomóc. Teraz to Wiesława się nią zajęła.
Mareczku mawiała babcia Janina bardzo podoba mi się twoja Wiesia, zaradna i gospodarna, wszystko jej się w rękach pali, tylko takiej ci potrzeba. Jak się ożenicie, to przepiszę mieszkanie na was. Dbaj o nią.
Pobrali się niedługo potem. Babcia zmarła wkrótce, a potem synowie przychodzili na świat jeden po drugim. Dziś starszy ma dwadzieścia trzy lata, młodszy dwadzieścia jeden. Ich życie płynęło spokojnie jeździli na wakacje, dzieci zabierali zawsze ze sobą. Jednak w ostatnich miesiącach Marek był jakby nieobecny. Niedawno powiedział:
Można powiedzieć, życia nie przeżyliśmy, Wiesiu, nic porządnego nas nie spotkało a ona wybuchła oburzeniem.
Marek, co ty wygadujesz? Nie siedzieliśmy w domu ani razu w życiu, byliśmy na Mazurach, nad morzem, nawet w Tatrach, do Turcji dwa razy polecieliśmy. Dzieci wyrosły, wkrótce doczekamy się wnuków!
Nie o tym mówię machnął ręką Marek i zamilkł, spojrzał na nią dziwnie, ale ona nie przywiązała do tego wagi.
Miała swoje sprawy i plany.
Marek, może zaprosić na urodziny Maxa z Niną to przecież nasi przyjaciele, choć mieszkają teraz w Poznaniu…
Na jakie urodziny? zdziwił się Marek.
Jak to na jakie, twoje, już niedługo kończysz czterdzieści pięć lat, zrobimy imprezę w restauracji.
Serio? Ja nawet nie wiedziałem, że tak postanowiłaś spojrzał znowu takim dziwnym wzrokiem.
I tak Wiesława siedziała już trzecią godzinę w samotności na kanapie, patrzyła w podłogę bez łez.
Nigdy bym nie przypuszczała, że spotka mnie coś takiego przeżywała w ciszy.
Marek dziś wrócił wcześniej z pracy, czego w ogóle się nie spodziewała. Ostatnie półtora roku prawie zawsze wracał późno, już się przyzwyczaiła.
Cześć rzucił Marek, siadając w kuchni, nawet nie zdjął skórzanej kurtki.
Cześć, no zdejmij kurtkę, umyj ręce, siadaj do kolacji powiedziała żona zwyczajnym tonem.
Ale Marek siedział milcząc ze spuszczoną głową.
Wiesia, odchodzę od ciebie wybacz powiedział cicho.
Co znaczy, odchodzisz? Gdzie? No zdejmuj się już, pewnie źle się czujesz Od dawna coś podejrzewam, pójdziemy do lekarza
Marek podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy.
Jestem zdrowy, tu nie o to chodzi Zakochałem się, od dwóch lat widuję się z koleżanką z pracy.
Znalazłeś sobie jakąś młodszą? rzuciła nagle Wiesława.
Wcale nie jest w moim wieku, zwyczajna kobieta. Nie piękność, ale prawdziwa kobieta…
A ja kto jestem, Marku? zdziwiła się żona.
Ty? pokręcił głową jakby strząsał ciężar jesteś moją przełożoną. Jestem twoim pieskiem na smyczy. Wszystko muszę robić pod twoje dyktando, nie pytasz mnie o zdanie. Ty decydujesz o wszystkim o tym, w co się ubieram, gdzie wyjeżdżamy, co jemy, jak świętujemy. Nawet na piłkę nożną nie pozwalasz mi iść, bo według ciebie to strata czasu, a ja bardzo to lubię.
Marku, przecież dobrze ci życzę, dla ciebie się staram zaczęła, ale przerwał.
Wszystkie pieniądze oddaję ci, to ty nimi zarządzasz. Dawkujesz mi gotówkę na papierosy i kawę. Wiesia, nigdy ci to nie przeszkadzało, że to dla mężczyzny upokarzające? Koledzy po pracy idą na piwo, a ja nie mam nawet kilku złotych przy sobie mówił cicho, spokojnym tonem.
Wiesława klęknęła przy nim i spojrzała mu w oczy.
Marku, przecież zawsze tak było, czemu teraz się buntujesz? Dobrze, skoro chcesz, będę ci dawać na piwo w piątek, pójdziemy na mecz razem, pojedziemy na zakupy, sam sobie wybierzesz ubrania.
Znowu spojrzał na nią jakoś dziwnie.
Wiesiu, nie rozumiesz podniósł głos, aż się zdziwiła Chcę żyć po swojemu, chcę sam decydować o sobie, jeść to, na co mam ochotę, a nie to, co ty uważasz za słuszne. Nigdzie nie wyjeżdżam sam, nie mam ani chwili spokoju dla siebie, nie mam własnej przestrzeni. Narzucasz mi swoje zdanie, a ja nie umiem się przeciwstawić. Ale koniec już tego. Czuję się jak ubezwłasnowolniony, a ty jesteś moim kuratorem.
ona pozwala się sobą opiekować
Boże, Marku A ona taka nie jest? spytała gorzko żona.
Nie Ona jest prawdziwą kobietą w oczach Marka pojawił się blask, gdy o niej mówił pozwala mi się nią opiekować, pozwala mi być mężczyzną, rozumiesz?
Wiesia nigdy nie widziała męża w takim stanie. Ożywił się, jakby odżył. Zrozumiała, że naprawdę się zakochał, jak kiedyś za młodu.
To tak nie powinno być myślała przecież w tym wieku to wstyd, co on sobie wyobraża? Boże a na głos powiedziała: Marku, dla chwilowego zauroczenia rozwalasz rodzinę. A co ludzie powiedzą? Mamy przecież idealny związek!
Jacy ludzie? Jaka idealna rodzina, Wiesia?
W pewnej chwili dotarło do niej, że Marek się zbuntował, zorganizował w jej życiu przewrót, a ona nic nie może zrobić. Rozpłakała się choć nigdy wcześniej jej się to nie zdarzało.
Wiesia, płaczesz? zdziwił się.
Próbowała go objąć, ale on odsunął jej ręce, poszedł do pokoju, spakował parę rzeczy i z walizką wyszedł z mieszkania. Wiesława została w ciszy.
Nigdy nie myślałam, że los tak mnie potraktuje, że z żony będę samotna, a przecież przed nami starość Na starość będę sama
Zadzwoniła do Heleny, ta od razu przybiegła pocieszać ją.
Wiesia, nie przesadzaj, wiesz, jak mnie przekonywałaś, żebym poszła na kursy? śmiała się wiedząc, że to nieważne. Witek w końcu mnie przeprosił, to była przygoda, ale oddany z niego chłop, nie zostawi. Może i twój Marek się zreflektuje? w głębi duszy jednak nie wierzyła, Marek był zupełnie inny, poważny, nie jak jej Witek.
Nie, Helena, mój Marek już nie wróci To, co mi powiedział, tego się nie zapomina. Znam go
Kiedy przyjaciółka wyszła, długo siedziała patrząc w podłogę. Nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić. Kim się zaopiekować, kim kierować, komu udzielać rad? Będzie musiała przyzwyczaić się do samotności. A może los jeszcze ją zaskoczy? Kto wie może kiedyś dotrze jeszcze do innego brzegu tej rzekiNa drugi dzień Wiesława długo nie wstawała z łóżka. Nie było komu zrobić kawy ani zaplanować obiadu. Mieszkanie stało się za duże, zbyt ciche, każdy kąt przypominał jej o Marku. Było ciężko, ale nagle przypomniała sobie własne rady, kiedy pocieszała Helenę o kursach, tańcu, nowych sprawach. Westchnęła, odwróciła się na drugi bok i przez chwilę chciała znowu zasnąć, ale coś w środku jej nie pozwoliło.
Zerwała się, włożyła szlafrok i podeszła do lustra. Przez chwilę patrzyła na siebie z obcą ciekawością. Czego chcesz, Wiesławo? zapytała półgłosem i po raz pierwszy od dawna nie potrafiła odpowiedzieć.
Jeszcze przed południem zadzwoniła do starszego syna wystrzeliła tylko jedno:
Michał, możesz przyjechać dziś do domu?
A gdy pojawił się w drzwiach, rzuciła mu się na szyję i pierwszy raz w życiu naprawdę zapłakała. Pozwoliła mu się pocieszyć, a potem opowiedziała wszystko. Bez upiększania, bez udawania silnej. Michał milczał długo, w końcu pogłaskał ją po dłoni.
Mamo, zasługujesz na szczęście, nawet jeśli to nie jest tata.
Tej nocy Wiesława spała lepiej. Rankiem wyciągnęła z szafy stare sukienki, po kolei przymierzała je do lustra, raz się śmiejąc, raz płacząc. Znalazła też album ze zdjęciami z rajdu z czasu, kiedy to ona była odważna i rozkochała w sobie Marka. Uśmiechała się do dawnej siebie, dziewczyny, która umiała przejąć stery życia, nie tylko opiekować się innymi.
Po tygodniu zapisała się na kurs nie gotowania, nie szycia, nie czegoś praktycznego. Zdecydowała się na taniec, dokładnie taki, o którym zawsze marzyła. Pierwsze zajęcia spędziła milcząco, ale wychodząc, spotkała Helenę czekającą na nią pod salą.
I co, życie się skończyło? zapytała przyjaciółka z podniesioną brwią.
Nie wiem, Heleno. Chyba właśnie zaczyna się od nowa odpowiedziała Wiesława, a w jej oczach pojawił się blask, który znały tylko najbliżsi.
Może to nie był już ten sam blask, co gdy cerowała koszule przy ognisku, ale był nowy, silniejszy. Tak jak rzeka, której nikt nie zna finału, niosła ją teraz własnym, nieprzewidywalnym nurtem dokądkolwiek los zechce popłynąć.



