Leszek Bedanowicz dorastał bez ojca. A właściwie – ojciec był, lecz gdy Leszek skończył 4 lata, zginął.

Leszek Bednarski dorastał bez ojca. Właściwie to ojciec był, ale gdy Leszek miał cztery lata, wydarzyło się coś niezwykłego wśród dudnienia powietrza i powyginanych ławek z parków, zniknął. Należał do polskiej straży pożarnej i wyruszył kiedyś, jak mógłby twierdzić półsenny głos, ratować ludzi po trzęsieniu ziemi w dalekim Nepalu, albo może to była Nowa Huta, rozszerzona i poruszająca się podczas snu jak wielokolorowy dywan. Wraz z nim zaginęła też jego owczarka niemiecka, którą ojciec Leszka pan Michał Bednarski wychował własnymi rękami z maleńkiego szczeniaka i nazwał ją Ryś.

Mama Leszka, Stanisława, została sama, nie wyszła więcej za mąż, nie dlatego, że nie mogła, tylko cały Kraków przestał mieć dla niej mężczyzn, którzy by nie byli zbudowani z cienkoskórzastej cebuli. Sama wychowywała syna, czasem opowiadając mu w półśnie o krętych tajemnicach świata.

W wieku czternastu lat Leszek zapisał się do szkolnej sekcji kynologicznej przy Młodzieżowym Domu Kultury w Nowej Hucie ale czasami, nocą, śniło mu się, że to sekcja w dawnym pałacu w Wilanowie. Stanisława, choć wspierała decyzję syna, często szeptała do obrazów w kuchni, że boi się, iż Leszek pójdzie tropem ojca w zawód, który wykracza poza mapę zwykłych snów. Gdy Leszek skończył szesnaście lat, przyniósł do domu szczeniaka owczarka niemieckiego, który pachniał wiatrem i kasztanami spod Wawelu i długo nie mógł nadać mu imienia.

Pewnego dnia, wracając ze szkoły, usłyszał, jak jego mama rozmawia przez sen z szczeniakiem:
O rany, ty mój urwisie, znowu coś narozrabiałeś, rozbójniku!
Chłopak się uśmiechnął. Często, kiedy po podwórku biegał w błocie mama mówiła dokładnie tak samo, wzdychając do chmur nad Wisłą. Wpadł do pokoju i przez spadające promienie światła zakrzyknął:
To i będzie miał imię! Nazwiemy go Urwis.
W ciągu dwóch lat Urwis przemienił się w pięknego, mocnego i bardzo posłusznego psa służbowego. Leszek był dumny z jego umiejętności i własnych osiągnięć, które nocą śnił jako pochody przez Rynek Główny, gdzie każdy mijający go królowa wywołuje nowy dzień.

Nadszedł czas pójścia do wojska. Leszek napisał do WKU wniosek, że chce służyć razem z psem. Po kryjomu trenował Urwisa w parku, przebijając się przez wzory snów czasem to była granica polsko-ukraińska, a czasem obrzeża miasta z powykrzywianymi ulicami. Trzy miesiące w Wojskowym Ośrodku Szkoleniowym, Leszek i Urwis udowadniali, że ich duet potrafi przejść przez każdy sen.

Po szkoleniu wysłano ich gdzieś niedaleko Przemyśla a w snach raz byli pod Wilnem albo w Samborze. Na strażnicy przywitali ich serdecznie, a wśród kolegów przylgnęło powiedzenie Urwis i Bednarski jakby byli jedną postacią śniącej opowieści, chodzącej przez patrole graniczne.

Służba mijała w rytmie nocy i dni, aż pewnego razu na patrolu pod gwiazdami podwójnej Wisły wydarzyło się coś tragicznego. Spotkanie z przemytnikami zamieniło się w wymianę ognia, gdzie jeden żołnierz został ranny, drugi zniknął, a Leszek rozpłynął się w mglistych alejkach snu. Urwis również został ranny w przednią łapę.

Straż graniczna wszczęła alarm cała okolica została przeszukana, ale nie odnaleziono Leszka. Przez miesiąc zarówno polskie, jak i ukraińskie służby rozpytywały nocnych pasażerów. Bez skutku.

Z ciężką wiadomością przyszedł do Stanisławy oficer z WKU, prowadząc Urwisa, który powłócząc nogą patrzył tęsknie na zawieszone w powietrzu zegary. Stanisława cicho płakała, głaszcząc Urwisa po głowie, a pies kładł głowę na jej kolanach, wtulając się w nią tak, jakby chciał pływać wśród cieni na ścianach. Oficer mówił coś o nadziei, cudzie i dalszych poszukiwaniach, lecz ona nie słuchała jego słów, tylko patrzyła w oczy psa:
O rany, ty mój urwisie

Od tego dnia, każdego ranka i wieczora w parku pojawiała się przedziwna para kobieta w wieku, który pamiętał światło świec i pies z szarymi oczami, powoli idący obok niej, lekko utykający. Byli razem tak spokojni i dostojni, że spacerujący wokół przystawali, zapatrzeni, próbując odgadnąć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.

Stanisława wydawała komendy cichutko, rozmawiając ciągle z psem, a Urwis nie szczekał, tylko słuchał uważnie, jakby znał wszystkie sekrety świtu.
Urwis, dziś upieczemy pierogi z grzybami i kapustą. Ciasto już wyrosło. A jutro wolne, to pójdziemy nad Wisłę, popływasz trochę.

Minął rok. Znowu do drzwi zapukał urzędnik z WKU. Przyniósł produkty: worek karmy dla psa, kaszę i konserwy. Powiedział, że jeśli nie będzie wiadomości przez kolejny rok, syna można będzie uznać za zmarłego.
Stanisława wysłuchała w milczeniu, jakby to była jedna z opowieści o smokach, i po chwili zamknęła drzwi. Uśmiechnęła się dziwnie:
Ty się nie przejmuj, Urwisie. Leszek żyje, czuję, że wróci.

Pewnego dnia zadzwonił do drzwi nieznany młody mężczyzna. Stanisława poczuła że czas stanął, ale Urwis nie szczekał machał ogonem, jakby rozpoznał ducha z dziecięcych lat.
Dzień dobry, pani Stanisławo. Jestem Nikodem Pawlak, służyłem razem z Bednarskim oj, z pani synem dodał szybko. Hej, Urwis, pamiętasz mnie, łobuzie? uśmiechnął się do psa.
Rozmawiali długo, a herbata z ciasteczkami smakowała jak wspomnienia z czasów, kiedy dzień śnił się od nowa. Nikodem opowiadał o służbie; Stanisława pokazywała zdjęcia z dzieciństwa Leszka, wspominali dziwne zdarzenia, które rozciągały się na wszystkie piątki i środy.
W końcu Nikodem rozpogodził się nagle i powiedział, niemal szeptem:
Pani Stanisławo, proszę się nie śmiać Leszek poprosił mnie we śnie, żebym powiedział, że wróci do domu.
Kobieta westchnęła, łzy popłynęły po jej policzkach. Urwis zerwał się, podszedł do Nikodema i dotknął jego kolana nosem.
Proszę się nie denerwować. Nie widziałem Bednarskiego, nie wiem, gdzie jest. Po prostu śnił mi się dwa tygodnie temu i prosił, żebym pani przekazał te słowa.
Ona płakała, a Urwis lizał ją po ręce. Nikodem siedział bezruchu, wiedząc, że sny nie są dowodem, ale nie wypełnić tej prośby nie mógł.

Upłynął jeszcze jeden rok, dom puszczał korzenie wśród parkowego światła i pytań bez odpowiedzi. Stanisława z Urwisem spacerowali alejkami. Nadszedł czas złotej jesieni: słońce przeciskało się przez pióropusze liści, a ziemia pachniała cynamonem. Paryzanci nie zwracali już na nich uwagi.

Przyszedł dzień, kiedy stanęli na końcu alei, gotowi zawrócić. Z drugiej strony szedł do nich wysoki mężczyzna, otoczony mglistym światłem, który utykał na jedną nogę. Urwis wstrzymał się, zapiszczał cicho i pociągnął Stanisławę naprzód. Kobieta odpięła pętlę smyczy. Pies, zapominając o swojej chrocie, puścił się biegiem do tego, którego świat śnił cały rok.
A ona stała, jakby rozpływała się w słońcu, i płakała, a tam, na końcu snu, stali przytuleni Leszek i UrwisStanisława pobiegła za Urwisem, nie czując zmęczonych nóg ani przyciasnych butów, a powietrze wokół stawało się coraz bardziej miękkie, jakby park wyciszał oddechy wszystkich drzew. Gdy Urwis doskoczył do postaci, skomlił radośnie, tańcząc na trawie, zapominając o dawnej ranie. Leszek przykucnął, przytulił psa całą siłą stęsknionego serca, schował głowę w jego karku i śmiał się przez łzy.

Stanisława zatrzymała się przed nim, dłonie miała zaciśnięte w piąstki, nie wierząc, że to nie jest sen, nie śni go, jak co noc od tylu miesięcy. Leszek podniósł wzrok, i zobaczyła w nim chłopca, którego kiedyś prowadziła przez deszczowe ulice, i mężczyznę, którego oddała granicy. Objął ją mocno, a jej łzy skapnęły na jego ramiona.

Wróciłem, mamo. Obiecałem, że wrócę.

Chwilę stali tak we troje, zanurzeni w szeleszczący zapach jesieni. Potem ruszyli ku domu Leszek i Urwis krok w krok, Stanisława pośrodku, z każdej strony pewna, że to nie sen, bo sny nie pachną świeżym ciastem i mokrymi liśćmi. I tylko Urwis raz jeszcze odwrócił głowę i spojrzał na zakręt alei, po której cień pana Michała i Ryś przez chwilę szły razem z nimi, aż rozpłynęły się w złotym świetle wieczoru.

A kiedy wrócili do domu, Stanisława postawiła herbatę, Leszek zasiadł przy kuchennym stole, a Urwis ułożył się pod jego stopami, mrucząc po psu zadowolony sen. Za oknem pierwszy śnieg tańczył cicho. Zegar znów zaczął tykać zwykłym rytmem dnia, a opowieść wróciła na swoją właściwą stronę tam, gdzie dom czeka, światło nigdy nie gaśnie, a sny są już tylko łagodne i prawdziwe.

Oceń artykuł
Newskey24
Leszek Bedanowicz dorastał bez ojca. A właściwie – ojciec był, lecz gdy Leszek skończył 4 lata, zginął.