LIDKA
Stanisław Wawrzyniec z irytacją przyjrzał się spodniom i koszuli, po czym rzucił nimi z powrotem na fotel.
No jak w czymś takim ma iść?! Spodnie wygniecione, kantu ani śladu, na tyłku się błyszczą, a przez ostatni czas zrzucił z pięć kilo i teraz wszystko na nim wisi jak worek. O koszuli szkoda gadać z błękitnej stała się jakaś szara, mankiety postrzępione, kołnierz bez grama sztywności, wstyd! Lidka w takiej koszuli nie puściłaby go nawet po zakupy do sklepu wiejskiego, a on chodzi w niej wykładać uniwersytecki kurs profesorski. Nigdy nie dbał o ubrania, ale zawsze wyglądał porządnie, nawet elegancko. Teraz to nie ten sam człowiek!
Wcześniej nawet nie zauważał, kiedy znikały stare koszule, pojawiały się nowe garnitury, kurtki, krawaty, czapki i eleganckie półbuty wystarczyło wsunąć rękę do szafy albo rzucić Lidce potrzeba na jutro coś wyjątkowego
Och, Lidko, Lidko Co ty najlepszego zrobiłaś, co za pomysł?! Nie spodziewał się takiej zdrady! Była przecież młodsza prawie o dziesięć lat, nigdy poważnie nie chorowała, i tym razem nic nie zapowiadało katastrofy. Tylko trzy dni gorączki i ten głupi kaszel się przyplątał. Do lekarza by sama nie poszła, piłaby swoje ziołowe napary, ale przed nowym rokiem szkolnym musiała wyrobić sanepidowską książeczkę. Poszła więc z innymi nauczycielkami do przychodni.
Formalność, taka mała przychodnia, wszystko miało być rutyną a jednak stamtąd Lidkę prosto wysłali do szpitala, i dalej toczyło się już jak w złym śnie Do nowego roku już jej nie było. Stanisław rozumem wszystko pojmował, ale znienawidził tę przychodnię, jakby to ona zabiła Lidkę, choć przecież tam właśnie wszczęto alarm. Jednak dziecinnie mu się wydawało, że skoro wszystko zaczęło się od nich, to oni winni są wszystkiemu.
Z Lidką poznali się, kiedy on jako doktorant drugiego roku prowadził seminaria z rachunku całkowego, a Lidka była jedną z jego pierwszorocznych studentek. Dziwne, że w ogóle zwrócił na nią uwagę!
Lubił zwykle dziewczyny energetyczne, przebojowe, z klasą, a ona była zwyczajnym dzieckiem zaróżowione policzki od mrozu, piegi nawet w lutym, drobne pulchne paluszki z obgryzionymi paznokciami i śladami atramentu. Na tych palcach właśnie przepadł!
Był tak rozczulony, że nie zorientował się nawet, kiedy się przywiązał, zaczął odprowadzać ją do domu, zaglądać na pierogi do babci Lidki A potem nie pozostało nic innego, jak się ożenić! Przez kolejne czterdzieści lat wspólnego życia Lidka podwoiła się w rozmiarach, ścięła warkocze, paliła dwie paczki papierosów dziennie i została wicedyrektorką szkoły matematycznej, ale on wciąż widział jej dziecięce ręce, małe obgryzione paznokcie i żadne inne nie były mu potrzebne.
Nie znaczy to, że mieli życie sielankowe. Przez te czterdzieści lat wszystko się zdarzało Stanisław miał wobec Lidki swoje przewinienia, dziesięć małych i dwa poważne odejścia z domu. Lidka też nie pozostawała dłużna, przez trzy lata chodziła na randki do dyrektora zakładu patronującego jej szkole. Ale doczekali się dwóch córek, te kotwice utrzymały ich rodzinny okręt mimo wszystkich burz.
To wszystko nie było sprawiedliwe: najpierw biedowali we dwoje na głowie sobie siedząc, potem dziewczynki były małe, całe życie podporządkowane manewrom między muzyczną, plastyczną i ogólną edukacją, łyżwiarstwem figurowym i wiecznym dziecięcym chorobom. Dopiero teraz mieszkanie duże, córki mieszkające osobno swoim życiem, wnuki pokazujące się tylko od święta mogliby sobie wreszcie żyć spokojnie. Ale Lidka znikła. I jak tu teraz żyć, skoro nie zostawiła żadnych instrukcji?
Stanisław tak nie spodziewał się ciosu od Lidki, że początkowo nawet nie zrozumiał, co się stało, a podczas stypy zachowywał się bardziej jak na imieninach niż na pogrzebie. Wielu to odnotowało i uznało, że niewiele stracił i wielkiego współczucia nie potrzebuje. Błąd. Dotarło do niego dopiero później, koło wiosny. Opadł wtedy zupełnie z sił, schudł bardzo, nie znosił być sam w domu.
O zamieszkaniu z córkami nie było mowy: jedna po świecie z ekologami, raz ratując delfiny, raz obserwując ptasie migracje, druga pochłonięta własnym domem i dzieckiem, a dla ojca miejsca nie było nawet w planach. Stanisław zaczął więc odwiedzać znajomych.
Ale to nie były żadne wizyty wpadał bladym świtem, jadł dużo i łapczywie, przysypiał w fotelu, milcząc pił herbatę z prądem lub ciastkami, rozsypując okruchy i na siebie, i na cudzy stół, i siedział tak długo, aż było już naprawdę niegrzecznie nie wracać do siebie Tylko po to, by następnego dnia lub pojutrze powtórzyć to samo.
W domu prawie nie jadł, choć przez całe życie z Lidką to on gotował dla wszystkich. Dla siebie nie chciał. Wyschnięty, postarzały, zszarzały. Znajomi w końcu stwierdzili, że trzeba go ożenić raz jeszcze, bo się chłopina po prostu rozsypie.
I znowu dziś miał iść do teatru z jakąś Anną Konstancją. Nic z tego nie będzie. Z Lidką chodził czasem do teatru dla niej. On uważał to wszystko za sztuczne, nudne, często beznadziejne. Ale Lidka patrzyła na scenę z zachwytem, zbierała programy, po kilka razy mu opowiadała widziane spektakle. Nie mógł jej odmówić.
Teraz zaś znajomi, przekonani, że mają nad nim pieczę, wciąż wciskają mu bilety, on włóczy się z obcymi kobietami po rozmokłym śniegu na te idiotyczne przedstawienia, siedzi z bolącymi plecami w ciasnych wyjściowych półbutach, godzinami ścierpiąc magiczne perfumy i płytkie rozmowy w bufecie, gości te panie sokiem i starymi ciastkami, a cały czas marzy tylko, by wrócić do domu i zanurzyć twarz w poduszce, która może jeszcze pachnie Lidką albo to już tylko złudzenie. Ale odmówić głupio i trzeba iść. Rozumem wie, że sam żyć nie da rady, choć już nie jest pewien, po co to wszystko jeszcze ciągnąć.
Dzisiejsza Anna Konstancja była zaskakująco młodo wyglądającą i atrakcyjną kobietą. Stanisław pomyślał nawet, że dziesięć lat temu uganiałby się za takimi z chęcią. Była od niego młodsza o piętnaście lat, drobna, zadbana, inteligentna, bardzo otwarta.
Przy niej poczuł się podwójnie stary i zaniedbany. Ale ona wyraźnie dawała mu sygnały zainteresowania, zasypywała propozycjami wspólnych weekendów.
Spektakl był nawet całkiem niezły. Przynajmniej krótki i bez przerwy. Ale przecież, zgodnie z niepisaną tradycją, po nim powinien zaprosić ją do kawiarni, skoro bufet teatralny nie wypalił. Los jednak był po jego stronie.
Anna powiedziała, że mieszka blisko teatru, tuż przy metrze, a dziś udał jej się wyjątkowy gulasz i drożdżowy placek, i byłaby szczęśliwa, gdyby zechciał poświęcić czas na wspólną kolację. Udawana spontaniczność była aż nazbyt wyraźna ale Stanisławowi tak brakowało domowego ciepła, że nawet nie próbował odmówić, tylko radośnie poszedł z nią w gości.
Tu Anna Konstancja przeszła samą siebie. W pachnącym cynamonem i wanilią mieszkanku jak z bajki, gospodyni na chwilę przebrała się w sportowy dresik, przez co wyglądała jeszcze młodziej i subtelniej, krzątała się po kuchni, częstowała go smakowitościami własnego wyrobu, prowadziła lekki, przyjemny dialog i Stanisław poczuł, że chętnie zostałby tu na zawsze, w tym domku z piernika, gdzie przeszłość nie łapie za gardło każdej nocy i nie wychyla się zza każdej szafki, tylko zaczęłoby się nowe życie.
Stanisław niechętnie ruszył do domu, było już grubo po północy, na jutro z Anną umówili się na wystawę w Muzeum Sztuki Współczesnej, potem na wspólne zakupy garderoby, żeby już nie przynosił damie wstydu, w sobotę natomiast czekał ich obiad u Ani. W zasadzie Anka wolałaby wyskoczyć za miasto, pokazać mu swoją działkę, ale córka poprosiła ją, żeby wnuczkę po szkole zabrała na kilka godzin. Dlatego obiad miał się odbyć z wnuczką w domu, a wyjazd na działkę przełożyli na niedzielę.
W sobotę Stanisław wskoczył rano do fryzjera odjął sobie od razu z pięć lat, do nowej młodości dołożył też modną koszulę w kratę i miękkie granatowe dżinsy, kupił kwiaty i czekoladki dla wnuczki i ruszył do Anny Konstancji.
Już na klatce pachniało obłędnie pieczoną kaczką i czymś słodkim Stanisław złapał się na tym, że podśpiewuje coś pod nosem i uśmiecha się do swojego odbicia w lustrze starej windy.
Anię powitała go tak serdecznie, jakby czekała na powrót z frontu, i od razu zaprosiła do kuchni na obiad.
A gdzie wnuczka? zapytał Stanisław.
Zaraz zawołam, taka z niej zrzęda, nie chciała nawet do nas wyjść, siedzi w sypialni.
Stanisław od razu postawił kwiatki w wazonie, otworzył butelkę wina i sok dla dziewczynki, pokroił chleb, usiadł do stołu.
Poznaj, Stanisławie Wawrzyńcu! To moja wnuczka, Lidka!
Zobaczył wielkie przejrzyste oczy, rumiane policzki i kilka piegów na zadartym nosie. Lidka patrzyła na niego z nieufnością, nerwowo obgryzając paznokieć kciuka.
Oby tylko tu nie paść trupem, pomyślał Stanisław i szybko wyszedł z kuchni…







