Kruszynka
Nadał jej to przezwisko już podczas pierwszego spotkania, kiedy wpakował się na sąsiednie miejsce takie samo, czerwone, zmiętolone od wielu łokci, jak to pod Jolantą.
Przez minutę obrzucał wzrokiem całą salę, potem spojrzał w stronę swojej sąsiadki.
I co tam, Kruszynko, nudzisz się? westchnął, próbując założyć nogę na nogę, lecz wąskie przejście między rzędami na sali koncertowej skutecznie mu to uniemożliwiło. But o zwężonym nosku zawisł przed nim na oparciu, kostka wygięła się boleśnie na bok, Michał skrzywił się z grymasem.
Jola udawała, że go nie zauważa, uparcie wpatrując się w scenę, choć nie działo się tam absolutnie nic interesującego. Zsunięte w jeden pas stoły, mównica, ludzie uwijający się wokół sprzętu wszystko tak, jak na każdej konferencji. I duchota, robiąca się coraz cięższa.
Jolanta zawsze czuła się nieswojo w tłumie, gdy była zmuszona tkwić ściśnięta ramię w ramię, bez możliwości wyjścia.
No tak przeciągnął Michał, drapiąc się po podbródku. Robota do bani! I wiesz, Kruszynko, niczego tu nowego nie usłyszymy. Uwierz mi, czytałem wszystkie te referaty, taka praca, rozumiesz. Nic mądrego tam nie ma.
Jolanta odwróciła się, rzucając na niego surowe spojrzenie.
Schludnie ubrany, w garniturze, z krawatem, lśniące buty. Ale był jakiś niepasujący do tej dekoracji; jakby ktoś wyciął łobuziaka i wsadził go w nieodpowiedni strój. Hultaj, zuchwały, gadatliwy i żartowniś oto kim był. Włosy sterczały mu jeżykiem, dodatkowo miał dwa wiry, które układały się w miękkie loczki, do tego bardzo miękkie i puszyste.
Michał nie dając Joli dojść do słowa, wyciągnął do niej potężną dłoń. A może coś zjemy? Taka jesteś tyci, wychudzona, muszę cię nakarmić. Tak zrobimy. No, chodźmy stąd!
W tym momencie przygaszono światła, a na scenę wyszli prezesi, kierownicy, wyróżniający się pracownicy, wszyscy zaczęli klaskać, a Michał, nic sobie nie robiąc z konwenansów, prowadził swoją Kruszynkę do wyjścia, co chwilę nadeptując komuś na stopę, przepraszając i upychając niesforny krawat z powrotem pod marynarkę. On nie chciał się tam schować, jakby wytykał język tym wszystkim poważnym panom i paniom.
Co pan wyprawia?! Proszę mnie puścić, słyszy pan?! szarpała się Jola, ale nie mogła się wyswobodzić, dreptała pospiesznie za Michałem w stronę wyjścia.
Wybiegli na korytarz akurat wtedy, gdy owacje sięgały szczytu i ktoś walił dłonią w mikrofon, wołając o ciszę.
Puśćcie mnie! Muszę wracać, robić notatki, mam zadanie! oburzona wycofała się Jola, przyciskając notatnik do piersi. Zgubiła długopis, schyliła się, by go podnieść, lecz Michał uprzedził ją w tym.
Daj spokój z tą pisaniną, Kruszynko! Wszystkie te referaty ci przyślę, przeczytasz później. Teraz trzeba zjeść. Ale najpierw woda. Jesteś blada, puls jak młot. No właśnie! Ścisnął jej nadgarstek, pokręcił głową. Powietrze, jedzenie, żadnych konferencji!
Jolantę naprawdę dopadła słabość, serce rozbijało się w skroniach.
Nigdy wcześniej nikt tak się nią nie opiekował, nie dbał o nią. Zwykle to ona troszczyła się o wszystkich matkę, męża, córkę. I to było dla niej naturalne. Ciężko, czasem fantazjowała, by zamienić się w niefrasobliwą dziewczynkę, pić wino i się śmiać jak gwiazda w filmie romantycznym, ale jakoś nigdy okazja ku temu się nie nadarzyła.
A Michał jej taki moment podarował.
Nie wiedziała nawet, jak znalazła się w przytulnej restauracji po drugiej stronie ulicy. Kelner przyniósł im szklanki świeżo wyciskanego soku, tak intensywnie żółto-pomarańczowego, jakby ktoś wycisnął do szkła samo słońce, egzotyczne, wiecznie gorące.
No, pij. I wodę. Tak A co zjemy?.. przeciągał Michał.
Wyglądało na to, że ogromnie mu się podoba. Jolanta była całkiem ładniutka, sylwetkę miała szczupłą, zgrabną, bez zbędnych kilogramów. Mogłaby cieszyć się powodzeniem wśród mężczyzn, gdyby nie ta wieczna maska zmęczenia i beznadziei na twarzy. Czwarta dekada, rodzina, bez miłości, życie znużone, więc czemu rozkwitać jak majowa róża?
A jednak Michałowi spodobała się właśnie taka zmęczona, smutna Kruszynka.
Niczego nie chcę. Odpocznę chwilę i wrócę do sali! Już mi lepiej! wykrztusiła Jola.
Jasne! przytaknął Michał. Ale najpierw dorada z warzywami, sałatka i I Kruszynko, co będziesz pić?
Oderwał wzrok od menu, taki piękny, świeży, zawadiacki, pachnący papierosami i wodą kolońską, silny, spojrzał na Jolę.
Poczerwieniała, zmarszczyła brwi.
Zwariowała! Przecież to obcy facet wyciągnął ją do restauracji, karmi, nazywa Kruszynką, już poprawia kosmyk na jej czole bezczelny. A ona mięknie, cała się wyłącza.
Tam, gdzie dotknął jej Michał, zrobiło się ciepło, po plecach przeszły ciarki.
Popijali białe wino, a Michał opowiadał, jak to w młodości dorabiał na budowach, później jeździł na Pomorze, przez parę lat tułał się po różnych inwestycjach, a potem
A potem, Kruszynko, z Igo-rem, moim kumplem, założyliśmy własny biznes. Nic wielkiego domki stawialiśmy, ekipy składaliśmy i jakoś to poszło. Każdy chce mieszkać wygodnie, w cieple, a nie marznąć na dworze. My wiedzieliśmy, jak to zrobić. Jedz, jedz! zachęcał Jolę patrząc na jej talerz. No, za ciebie, Kruszynko! Bo jak cię zobaczyłem, pomyślałem: Tę dziewczynę trzeba nakarmić! Chcesz zamówić coś jeszcze?
Pokiwała przecząco głową. Kruszynka się rozluźniła. Dzięki winu, jedzeniu, temu poczuciu, że po raz pierwszy od wielu, naprawdę wielu lat, ktoś postanowił ją wykarmić, bo jest zmęczoną i chudą dziewczyną.
W domu było inaczej. Całe dzieciństwo Jola spędziła z matką. Zawsze w pracy, już rano jej nie było, Jola musiała jeść sama, wieczorami matka wracała późno, Jola czekała, podgrzewała obiad, sprzątała po wspólnej kolacji, kiedy matka brała prysznic, i obie zasypiały przy dźwięku starego zegara.
Na Nowy Rok matka, Maria, wracała do domu prawie o jedenastej. Pracowała w sklepie, ostatnie godziny przynosiły największe utargi.
Maria była zmęczona, blada. Jola pomagała jej się ubrać, upinała włosy w odświętną fryzurę i razem szły do gości.
Goście byli zawsze sąsiedzi, znajome, jacyś dalecy krewni, którzy nagle przybyli, weseli i już nieco podpici. Siedzieli przy stole pełnym potraw, gadali i śmiali się, a Jola pilnowała, by matka nie zasnęła po pierwszym kieliszku.
Maria piła tylko wódkę, szampan uważała za fanaberię ale wódka, swój własny trunek, była dla niej najważniejsza.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że wykończony organizm matki wyłączał ją już po pierwszym kieliszku. Maria usypiała na stole. Jola szturchała ją łokciem, matka się budziła, przez sekundę nie wiedząc, gdzie jest i po co, potem prosiła o kolejny kieliszek, wznosiła toast, śmiała się, ale tym śmiechem przez łzy. Jola nie mogła być wtedy słabą dziewczyną. Przypadek nie ten…
Jola wyszła za mąż wcześnie. Andrzej był prawie o dziesięć lat starszy, poważny, wykształcony, ale oziębły, małomówny. Jakby po prostu wpisał Jolę w system swojego życia, pasujący trybik, dobra gospodyni, ale nic ponad to.
Chyba jej to nie przeszkadzało. Romantyzm, namiętność było na początku, co tu kryć, ciało swoje musiało mieć, lecz wkrótce ostygło. Najważniejsze, że miała dom, rodzinę, nie było już matki z napuchniętymi żyłami, nie było widoku na śmietnik z okna, ani pokoju ze starymi tapetami. Teraz była własna, a raczej Andrzejowa, kuchnia, łazienka, balkon, dwie sypialnie, duża biblioteka i mąż. Wszyscy jej zazdrościli. Cud tak bez teściowej!
Od zawsze, aż do poznania Michała, była Jolką, ewentualnie Jolantą Katarzyną.
Andrzej, mama, koleżanki wszyscy wołali: Jolka.
I nagle Kruszynka. Wino i przekąski, ktoś zainteresowany, o czym Kruszynka myśli, czego pragnie.
Andrzej nigdy się tym nie przejmował. Owszem, sprawy codzienne, zakupy, plany na urlop rozmawiali, ale bardziej w tonie przekazuję decyzję, ewentualne sprzeciwy ginęły w szumie z otwartego na oścież okna. Andrzej uwielbiał przewiew, nie wolno było zamykać okien, czy komuś zimno czy nie.
Za to Michał, już w restauracji, poprosił o miejsce bez przeciągów. Troskliwy…
Zadał pytanie, Jola odpowiedziała, speszona. Tak, ma męża. Tak, ma córkę. Jak się nazywa? Tamara. Tamarka, studentka filologii obcych języków, Jola postarała się jej znaleźć świetnego korepetytora, dziewczyna lada chwila wyjedzie na stypendium za granicą.
Tamarę robili, jak mówiła teściowa, Andrzej miał już czas zostać ojcem, Jola była młoda, miało być szybko, łatwo. Ale nie wychodziło. Pracowali nad tym.
W końcu, kiedy się udało, przez całą ciążę Andrzej unikał żony, nie głaskał brzucha, nie rozmawiał z dzieckiem. To było dla niego dziwne, wręcz obrzydliwe.
Urodzi się, to wtedy będę wdrażał. Jolko, kiedy masz wizytę? Szybko zbywał temat, najwyżej oferował podwózkę do przychodni.
Zawiózł ją, odebrał z porodówki jak należy, z gośćmi, balonami i słowami: Dziękuję za córkę. Pilnował przybierania wagi, ilości mleka, kupował najlepsze produkty, nocami wstawał do Tamarki, zabierał ją do przychodni na szczepienia. Kiedy pierwszy raz do nich przyszła położna, Andrzej sam sprawdził czystość jej rąk, ocenił fartuch, ogrzewał ciepłym oddechem stetoskop, żeby Tamarka się nie przestraszyła.
Zmęczona? pytała współczująco Jolkę blada koleżanka Gaja. Dziecko to ciężka robota! A Andrzej pomaga?
Jola wzruszała ramionami. Chyba tak, ale wciąż niewystarczająco…
Bycie taką ofiarą miało swój urok. Wiecznie zmęczona, zalatana, wiedziała, że jej się współczuje, a mężowi przygania, bo nie dba o Jolcię.
A ten Michał rozpieszczał ją delikatesami, zachęcał do jedzenia, a Jola jeszcze bardziej się krępowała.
No nie grymasuj, Kruszynko! marszczył brwi gościnny Michał. Jedz, inaczej cię nie wypuszczę, rozumiesz?
Zaciskała usta i patrzyła na swego wybawcę smutnymi oczami, podjadając.
Odwiózł ją tego dnia do metra, dalej już nie chciała, tłumacząc się sprawami.
Wieczorem w skrzynce mailowej znalazła konspekty wszystkich referatów.
Dla Kruszynki od Michała! dopisał w wiadomości.
Jola szybciutko zamknęła laptopa, ale Tamarka chyba coś zobaczyła, parsknęła śmiechem.
Głupie przezwiska wymyślają! oburzyła się Jola. Oficjalne dokumenty, a oni takie bzdury piszą!
Tamara już jej nie słuchała, założyła słuchawki, włączyła muzykę…
Jolko, Tamaro, jestem w domu! Czas na kolację! dobiegło z przedpokoju.
Andrzej, zmęczony po dusznym metrze i zapchanym autobusie, w locie zrzucił koszulę, został w spodniach, po chwili wciągnął krótkie spodenki w zielone palmy, szeroko otworzył balkon, oddychając głęboko.
Pachniał potem, lekko kwaśno, czuć było jeszcze wczorajszy dzień.
Jolka, nie będę się tak często mył! Daj spokój, po waszych kąpielach skóra mnie swędzi jak u trendowatego. Jutro się umyję! odburknął na ciche namowy żony. Dość! Jestem zmęczony. Jemy.
Jedli w milczeniu, każdy w swoich myślach. Jola o Michale, jego świeżości, czystości, rycerskości…
Następnego dnia zadzwonił do niej do pracy.
Cześć, Kruszynko! Jak się masz? Tęskniłem. Jadłaś coś? głos Michała grzmiał z telefonu, aż Jola zerknęła zaniepokojona na koleżanki, czy nie słyszą. Wydawało się jej, że głośnik krzyczy na cały pokój.
Nie… Jeszcze nie. Dużo pracy wymamrotała. Kruszynka. Ona Kruszynka, słaba i delikatna… Po plecach przeszedł dreszcz.
Zostaw wszystko, schodź na dół. Siedzę w waszej kawiarence, lokal taki sobie, ale coś trzeba zjeść. No już! Czekam!
Jola pobąkała coś niezrozumiałego, wymknęła się z pracy, wsiadła do windy i przez chwilę zastanawiała się, który guzik wcisnąć. Policzki miała rozpalone, niemal do bólu. Wszyscy już pewnie wiedzieli, że Jolanta Katarzyna schodzi na randkę z kochankiem.
Tak, właśnie tak o nim pomyślała kochankiem. To było nowe i bezczelnie ekscytujące.
Tego dnia Michał miał na sobie t-shirt i dżinsy, znowu lekko potargany i świeży.
Pili kawę, Jola opowiadała coś z dzieciństwa, Michał słuchał.
Wiesz, Kruszynko, jesteś piękna, wiesz o tym? nagle przerwał. Chodź, kupimy ci coś! Sukienkę. Mam znajomą w butiku, coś wybierze! Chcę cię zobaczyć w sukience.
I ją zobaczył. Jeszcze tego samego wieczora w Nowym Świecie posadził ją na pufie, a ekspedientki krzątały się wokół zmieszanej Kruszynki.
Boże, jak on na nią patrzył! Pożądliwie! Andrzej nigdy tak na nią nie patrzył.
Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam! szeptała później Jola do Gai, swojej najbliższej przyjaciółki. Tylko w kinie widziałam takie spojrzenia. Nie sądziłam, że można się tak czuć. Poczułam się kobietą. Straszne, ale podobało mi się…
A Andrzej? zainteresowała się Gaja.
Nic nie wie. I nie musi. Sama nic nie rozumiem! I nikomu nie mów, słyszysz? Sukienkę schowaj u siebie… Co ja powiem w domu? Jest strasznie droga! Co teraz będzie?!
Gaja wzruszyła ramionami. Co ma być, to będzie.
Nie wiem, Jolko Coś ty się zamotała. Andrzej to co prawda prosty chłop, ale pamiętasz, jak zimą do Brodnicy jechał, żeby mleko prosto od krowy dla Tamarki przywieźć? I pracuje, stara się. Inny by piwsko pił na kanapie, a twój jest szanowanym człowiekiem. Potrzebna była fura kupił. Remont zrobił. Nad morze was zabiera. Wiadomo, taki jasny, przewidywalny. A Michał? Skąd pieniądze?
Nie wiem… I co za różnica?! Gaju, z Andrzejem to masakra, nie wiesz, jak to jest! Zaraz zacznę mieć do niego wstręt. Ty mi po prostu zazdrościsz!
Gaja znów wzruszyła ramionami. Chyba faktycznie jej zazdrościła, ale nie tego Miśka, tylko… męża.
Jola wracała coraz później do domu, gotowała coś na szybko, sama nie jadła, zamyślona grzebała w przestygłej herbacie.
Mamo, no co ty robisz? Piąty raz proszę o kromkę chleba! denerwowała się Tamara, zabierała się sama do chlebaka. Skończył się już chleb! fuknęła.
Jola kiwała głową, marszczyła brwi, wychodziła do pokoju. Marzyć.
Andrzej i Tamara spoglądali na nią z zaskoczeniem.
Potrafiła długo marzyć, trzepocąc dłońmi rozpalonymi ze zdenerwowania.
Michał był czuły, potrafił całować, żartował z jej nieśmiałości, współczuł, nazywał Kruszynką, rozpieszczał podarkami, gotówką na konto, czasem w nocy pisał niezwykłe smsy. Jola wybiegała wtedy z sypialni, zamykała się w łazience, czytała, kasowała, czekała, czytał ponownie. W końcu wyłączyła telefon, obmyła się zimną wodą, położyła do łóżka.
Andrzej przewracał się na bok, objął ją ciężką ręką, czknął, coś mruknął. Jola przytaknęła i znieruchomiała. Szkoda, że jest Andrzej… Szkoda, że tyle lat nie wiedziała, jak to jest być Kruszynką, zmysłową, piękną… Tyle lat przepadło…
Ale teraz był Michał, to on był jej szczęściem.
Spotykali się u Michała w mieszkaniu przestronnym, jasnym, z oknami do podłogi, bez firanek, a za szybą rozświetlona Warszawa. Głowa kręciła się od szampana i zapachu jego wody kolońskiej. Pościel śnieżnobiała, gładka, prawdziwy jedwab…
Świat rozpadał się w setki iskier, jakby w powietrzu wybuchał fajerwerk, rozsypując swoje diamenty na te białe prześcieradła. Czarodziejstwo…
W domu za to bywało niewygodnie, przygniatająco. Joli wydawało się, że wiedzą już wszyscy. Tamara odwraca wzrok, Andrzej patrzy przenikliwie.
Jola wymyślała powody do spóźnień, przychodziła, gdy wszyscy już spali. Siedziała długo sama w kuchni, piła rozpuszczalną kawę, gorzką, i marzyła…
… Jolka! No gdzie jesteś? Kupiłem kapustę, czas poszatkować. Przecież umawialiśmy się usłyszała głos męża w telefonie, przestraszona zerknęła na pływającego przy brzegu Michała. Przez ciało przeszedł zimny dreszcz, bo basen był otwarty, cud techniki.
W Warszawiance Jola nigdy wcześniej nie pływała, dziś Michał ją tam zabrał, kazał się przebrać, potem pływali, patrząc, jak z wody unosi się para. Mało ludzi, sielanka. Wspinając się na wieżę, widać było światła na lodowisku w Łazienkach. Ale Jola patrzyła wyłącznie na swojego kawalera. Wreszcie znalazła, wreszcie miłość. Boże…
Kapusta? wymamrotała, opatuliła się ręcznikiem. Odpuść, dziś wrócę późno. My My z Gają poszłyśmy trenować plecy, lekarz zalecił. Wzięłyśmy karnet. Kapustę zrobimy jutro. Przepraszam, Gaja woła. Pa!
Szybko zakończyła rozmowę, przełknęła ślinę, dopadło ją poczucie winy. Szybko zadzwoniła do Gai, by ją uprzedzić gdyby Andrzej próbował dzwonić.
Czekała, aż przyjaciółka odbierze, szeptała w panice historyjkę o basenie.
Jolko, a właśnie przyniosłam wam kminek. Przecież zawsze dajecie go do kapusty. Byłam na bazarze, kupiłam, pomyślałam, że wstąpię. Andrzej już wodę na herbatę postawił odpowiedziała spokojnie Gaja. Kminek dla was, powtarzam, kminek…
Jola przygryzła wargę, zerknęła na Michała. On, napinając muskuły, już stał na trampolinie, gotów do skoku. Z dołu piszczały do niego jakieś młode dziewczyny.
No, Kruszynki? Raz, dwa, trzy! rozległo się nad lustrem wody, Michał sprężył się i wpadł do basenu jak zawodowy pływak, wynurzył się, pomachał Joli ręką. Jolanta! Zapraszam! Wieczór dopiero się zaczyna!
Dziewczyny obejrzały się ciekawie na Jolantę. Poczuła się znowu zwyczajna, z lekkim brzuchem, obwisłymi udami, płynęła niezgrabnie. Twarz znów przybrała wyraz męczennicy.
Nowe kruszynki Michała już zapraszały do gry w piłkę wodną, zuchwale przepływając obok niego, próbując go dotknąć.
On śmiał się, nie przejął się nawet, kiedy nagle nie było już Joli obok. Zrozumiał dom, rodzina, kapusta Niech idzie!
…W przedpokoju było ciemno, w pokoju też. Jedynie w kuchni paliło się światło.
Andrzej bez słowa postawił przed żoną patelnię z jajecznicą.
Pewnie głodna po basenie? Jedz. Pokroić kiełbasy? Postawił przed nią duży kubek herbaty.
Jolanta pokręciła głową, nie śmiała patrzeć na męża, uciekając wzrokiem. Szybko złapała za widelec, dłubała w jajecznicy.
Czy wiedział? I co teraz? Dlaczego taki spokojny?!
Jolu po długim milczeniu zagadnął Andrzej. Ta twoja Gaja znów jakieś rzeczy przyniosła. Wpycha się do kuchni, musiałem ją pogonić. Twoja kuchnia, a ona się wtrąca. Te rzeczy O! Torebki wskazał palcem pod stół. Mówiła, że twoje. Ale jakie twoje? Na pewno pomyliła…
Jolanta powoli podniosła skraj obrusu, zerknęła na torby, wzruszyła ramionami.
No to ja też mówię, bzdura! jakby się ucieszył Andrzej. Zrób mi jeszcze herbaty. A nie, lepiej wyciągnij koniak. Mam ochotę na koniak! poprosił.
Jola zerwała się, ruszyła do kredensu i nagle zastygła.
Kruszynko usłyszała głos męża, gwałtownie się odwróciła, spojrzała mu w oczy. Mówię, kruszynka na stole, zetrzyj. Tamara zawsze nakruszy. Trzeba wziąć ścierkę dokończył spokojnie, popatrzył na Jolę ciężkim wzrokiem, odwrócił się…
Koniak pili we dwoje. W milczeniu, nie śmiejąc spojrzeć sobie w oczy.
W końcu Andrzej wstał i wyszedł.
… Gaju, on serio odszedł! Ubrał się, zostawił klucze na szafce. Gaju! Jola szlochała w telefon, patrzyła w lustro, widząc, jak wykrzywiła się jej twarz, jak brzydko teraz wygląda Kruszynka, która jeszcze trzy godziny temu pluskała się z Michałem w basenie. Włosy wciąż pachniały chlorem, plecy bolały. Gaju! Jak on mógł?! Tak postępuje prawdziwy mężczyzna? Zostawił nas z Tamarą, po prostu zostawił!
Jola nagle się wściekła, zacisnęła pięść, walnęła w stół.
Właśnie jak prawdziwy facet, Jola. Inny dałby ci w twarz. A Andrzej po prostu odszedł. Zauważ ze swojego mieszkania. I jeszcze o nim mówisz? Gaja prychnęła. Wiesz, długo nie rozumiałam, czemu u was tak jest. I pieniędzy starcza, Tamarka mądra, Andrzej nie pije, złota rączka. No, milczek. Ale lepszy taki niż chlający, co sprowadza kolegów. Prawda? Tobie zachciało się życia jak z filmu? Ale sama nigdy mu miłego słowa nie powiesz. Faceci są jak dzieci. Pochwal, a zrobi dla ciebie wszystko! Nie, Jolko, tym razem nie będę cię pocieszać. Dobranoc.
Jola położyła komórkę przed sobą, zgarbiła się na krześle, zapłakała…
Tamara zaliczyła sesję, wyjechała z przyjaciółmi na działkę. Z matką nie rozmawiała, zostawiła kartkę, by jej nie szukała.
… Michał zjawił się po tygodniu, czekał na Jolę pod blokiem, wyłonił się z ciemności.
Cześć, Kruszynko! szepnął, chowając czerwone od mrozu policzki w kołnierz skórzanej kurtki. Tęskniłaś?
Jola dzwoniła do niego kilka razy, chciała się wypłakać, lecz znajomy nie odbierał, a teraz sam przyszedł…
Michał… powiedziała bez życia. Ty tutaj?
Rozejrzała się za jego samochodem.
Przyszedłem po swoje, Kruszynko! objął ją Michał.
Jakie swoje? O co ci chodzi?
Wystraszyła się, próbowała wyrwać łokieć, lecz ścisnął go mocno.
Karmiłem cię? Karmiłem. Rozpieszczałem? No jasne! wysyczał jej wprost do ucha. Teraz mi pomóż, koteczko. Potrzebuję kasy. Masz mieszkanie po matce, jakieś dwa miliony z niego dostaniemy. Sprzedamy. To, w którym teraz mieszkasz, też. No, idziemy do środka, pogadamy!
Kruszynka jęknęła przerażona, chciała się uwolnić, ale znów nie miała siły, na miękkich nogach ruszyła w stronę bloku, modląc się, by spotkać kogokolwiek. Ale jak na złość, dziedziniec był pusty.
Otwieraj, Kruszynko, bo zamarznę popchnął ją Michał do drzwi.
Jola rozpłakała się, zaczęła osuwać na śnieg, wtedy nagle Michał puścił, zamachnął się głową w powietrzu i upadł na bok, sapnął.
Nad nim stał Andrzej, bez czapki, potargany, wściekły. Zaciskał pięści.
Won stąd! Rozumiesz?! Won, bo połamie ci gnaty! ryknął, rzucając się na Michała, ale Jola chwyciła go za rękę, próbując powstrzymać.
Michał, rozumiejąc z kim ma do czynienia, parsknął złośliwym śmiechem, pokazując Andrzejowi rogi, lecz szybko zamilkł, kiedy dostał w policzek.
Znikaj! Żeby cię przy Joli więcej nie było! wrzasnął Andrzej, podniósł czapkę, wytarł nią nos i zwrócił się do żony. Chodźmy do domu. Zimno…
O czym rozmawiali tej nocy, o czym płakali wiedziały tylko księżyc za oknem i wiatr. Na stole stały dwie nietknięte filiżanki herbaty, tykał stary zegar. A potem świat zapadł w noc, w której byli tylko oni mąż i żona, którzy z jakiegoś powodu zdecydowali się dalej żyć…
Nikt już nigdy nie nazwał Jolanty Kruszynką. Gdyby ktoś tak zrobił tylko by się wzdrygnęła i odwróciła.
Michał zniknął z jej życia. Nie wyszło mu z Jolą, mąż okazał się zbyt stanowczy.
Słysząc kiedyś w autobusie, jak Jola umawia się na sprzedaż mieszkania po matce, narzeka na samotność i zmęczenie, Michał już wiedział, że może pomóc, rozwiązać sprawę mieszkania, przy okazji własnej samotni. Gdyby tylko był sprytniejszy, dostałby, co zechciał, Jola oddałaby mu wszystko, bo przecież to on ją nakarmił, ogrzał. Ale się pośpieszył. Okoliczności go przycisnęły, Igor, jego wspólnik, zażądał spłaty długu szybciej, niż się spodziewał… Trzeba było iść na ostro, wymusić na Joli decyzję. Nie wyszło. No trudno! Jeszcze znajdą się inne Kruszynki, do niedopieszczone, zawsze smutne. Michał je znajdzie, uszczęśliwi. A potem ściągnie, co należne.
Na razie musiał opuścić tamto mieszkanie z jedwabną pościelą i widokiem na Warszawę. Nic to. Michał jeszcze się odkuje. Jeśli tylko Igor nie postanowi inaczej…







