Niedawno skończyłem siedemdziesiąt lat. Moja żona, jakby rozmyła się w czasie, nie dotrwała do swojej urodzinowej kawy odeszła. W dzień święta byłem otoczony przez moich trzech synów, ich żony i wnuki. Zawsze marzyłem o córce, więc teraz proszę moich chłopców o wnuczkę. Wszyscy mi przyrzekają. Następnego ranka, jeszcze kiedy Kraków spał pod mgłą, poszedłem na cmentarz odwiedzić żonę. Na ścieżce spotkałem wdowę po moim dawnym przyjacielu. Okazało się, że on także niedawno odszedł. Rozmawialiśmy, wspominaliśmy czasy młodości. Usiedliśmy przy stoliku w pachnącej kawą kawiarni, gdzie ona zaczęła pytać:
Ty kiedyś spotykałeś się z Polką z Podlasia. Dlaczego nie wyszło?
Wtedy było inaczej. Jej rodzice chcieli, by wyszła za miejscowego chłopaka, a ja jestem z Mazur.
Utrzymujesz kontakt z córką?
Jaką córką?
Ach, no przecież córką! Twoja córka ma na imię Dobromira. Twoja dawna ukochana, gdy odkryła, że jest w ciąży, rodzice wysłali ją do wsi. Kiedy dowiedziała się, że ty poślubiłeś inną, nie powiedziała ci ani słowa.
Pędem wróciłem do domu, nie wiedząc, jak wyznać rodzinie, że chcę odnaleźć córkę. Bałem się spojrzeń, obawiałem się ich oceny a jednak synowie mnie poparli, mówili zawsze, że pragnęli mieć siostrę. Zaczęliśmy szukać. Okazało się, że Dobromira mieszka teraz w Warszawie. Szukanie zrobiło się prostsze, mieliśmy już nazwisko, wiedzieliśmy gdzie patrzeć. Złapała mnie wtedy choroba, leżałem słaby, miałem nadzieję, że zdążę.
Po tygodniu obudziłem się w swoim pokoju, obok leżał mężczyzna
Udało ci się, zrobiłeś dobrze.
Musiałem, szukam córki. Wszyscy czekają na mnie w domu.
Twoja rodzina gromadzi się codziennie pod oknem. Lekarze przeklinają, że cała twoja banda przychodzi tu, do szpitala. Spójrz, teraz tam są.
Pomógł mi dojść do okna. Pod moim oknem stali synowie, ich żony, wnuki, staruszka i jej córka. A między nimi biegała dziewczynka o czarnych włosach, jak cień, jak pieśń nocy.
Człowieku, to moja wnuczka! Mam wnuczkę!




