Mój mąż, lat 45, zapomniał o moich urodzinach 27.02 i tego samego dnia pojechał z kumplami na ryby. Podczas gdy on łowił szczupaki, ja przygotowałam taką niespodziankę, że tej daty już przenigdy nie wymaże z pamięci
Z wiekiem mój mąż nabył interesującą umiejętność: potrafi bezbłędnie wyrecytować, kiedy trzeba wymienić olej w samochodzie, w które weekendy ma wypady wędkarskie z kolegami, a kiedy idealnie bierze karp. Natomiast rodzinne święta? Kompletnie wylatują mu z głowy.
Zazwyczaj ratowałam sytuację, dyskretnie podrzucając mu karteczki (Może kupisz tort?), podpowiadając przy śniadaniu (Kochanie, pamiętasz, jaki dziś dzień?) albo pytając łopatologicznie. Ale na czterdzieste piąte urodziny postanowiłam basta! Żadnych podpowiedzi. Uznałam, że ćwierć wieku małżeństwa powinien nauczyć choćby podstawowej orientacji w kalendarzu żony.
W piątek rano Robert biegał po mieszkaniu, szukał spodni moro i termosu.
Jadwigo, widziałaś mój scyzoryk? Chłopaki czekają pod blokiem, muszę się spieszyć. Jedziemy nad Wartę, właśnie zaczyna się sezon na suma. Wracam w niedzielę, raczej nie będę miał zasięgu.
Cmoknął mnie w policzek, nawet nie patrząc.
Tylko się nie nudź, kup sobie coś dobrego do jedzenia.
I już go nie było. Zajrzałam do kuchni wciąż widniała tam kartka z napisem 27.02 moje urodziny! czerwoną kredką. On nie tylko zapomniał, ale nawet wybrał TEN dzień na męskie hobby.
Na początku była złość, potem raczej lodowaty spokój. Wiedziałam już, jak delikatnie przypomnieć mężowi, że nie tylko sumy i koledzy istnieją na świecie. Jego powrót do domu miał go mocno otrzeźwić. Pomyślałam: o tym święcie nie zapomni już nigdy.
Wyjawiam, co zrobiłam w komentarzu poniżej.
Mój mąż miał swoją skarbonę. Skrzętnie odkładał na nowy silnik do Łodzi, chowając pieniądze w sejfie w gabinecie. Oczywiście kod znałam jego doskonała pamięć zwykle zawodziła go przy rodzinnych kwestiach, więc wszystko notował na samoprzylepnych karteczkach.
Kwota była niemała prawie 70 tysięcy złotych. Otworzyłam sejf i podjęłam decyzję. Kto się nie bawi, ten nie żyje.
Weekend spędziłam najlepiej w życiu. Zamówiłam catering, zaprosiłam znajome, udekorowałam mieszkanie tulipanami. Był prosecco, śmiech, głośna muzyka. Następnego wieczoru wylądowałam z dziewczynami w najdroższej restauracji Poznania z widokiem na Stary Rynek, a potem spa z masażami. Na koniec broszka z polskiego bursztynu, którą od roku podziwiałam, lecz dla wspólnych celów jednak zawsze sobie odmawiałam.
W niedzielę wieczorem wrócił Robert z wiadrem ryb. W drzwiach zawołał:
No i jak tam, obiadek będzie? Mam świeżutkiego karpia!
Wszedł do salonu i utknął w bezruchu wszędzie kwiaty, puste butelki po prosecco, kolorowe torebki z eleganckich butików na kanapie.
Oho, co tu się działo? Goście były?
Były, rzuciłam obojętnie. Miałam urodziny. Czterdzieste piąte. Pamiętasz?
Stanął jak wmurowany, syknął teatralnie.
O rany… Jadwigo, kompletnie mi wyleciało z głowy! Ale przecież próbował się tłumaczyć.
Rozumiem, przerwałam. Dlatego nie czekałam na cokolwiek od ciebie. Sama sobie zorganizowałam święto i sama wybrałam prezent.
Od razu spojrzał w stronę gabinetu. Szafka od sejfu otwarta. Pobladł i pogalopował tam. Po chwili wrócił, blady i niemal zrezygnowany.
Gdzie te pieniądze? Nie ma już nic! Przecież zbierałem dwa lata…
Właśnie widzisz, gdzie. Wskazałam dłonią pokój. Były nasze, więc wykorzystałam we wspólnych celach na szczęście, które też się należy.
Usiadł ciężko na kanapie, patrząc raz na pusty sejf, raz na karpia, raz na mnie. Awantury nie zrobił bo niby jak? Sformalizować? Fundusze przecież domowe.
Ryby patroszył w zupełnej ciszy.
Minęło pół roku. Silnik gromadzi od nowa. Ale jego telefon dzwoni już nie tylko do wujka Jurka przed wypadem na ryby ma tam powiadomienia o KAŻDYM domowym święcie: miesiąc przed, tydzień przed i w dzień. W życiu trzeba czasem dostać mocniejszą lekcję. Ale ta mu zapadła już na zawsze.






