Nazywam się Barbara Kunicka, mam pięćdziesiąt trzy lata i od jedenastu pracuję jako pielęgniarka na oddziale hematologii w szpitalu przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu. Widziałam tam więcej niż niejeden ksiądz na spowiedzi. Ludzie w poczekalni nie kłamią, bo nie mają siły. Dlatego kiedy tamtego wieczoru, jakoś pod koniec września, zobaczyłam prezesa dużej wrocławskiej firmy budowlanej siedzącego na plastikowym krześle obok siedmioletniej dziewczynki podłączonej do kroplówki, wiedziałam, że to nie jest zwykła wizyta VIP-a, który przyjechał zrobić sobie zdjęcie na fejsbuka fundacji.
Znałam go z gazet. Konrad Ziemski, trzydzieści cztery lata, firma "Zetbud", biurowiec przy Powstańców Śląskich, gdzieś koło Sky Tower. Twarz, którą się kojarzy z przetargami na obwodnicę i z tym, że nikomu nie odpuszcza kar umownych. A tu siedział skulony, w za dużej bluzie, i trzymał za rękę dziewczynkę, która wyglądała, jakby ważyła tyle co worek mąki.
Dziewczynka miała na imię Zosia. Jej starsza siostra, Ewa Bartosik, sprzątała w firmie Zetbud, tak to u nas na oddziale mówiono, bo przynosiła zawsze ze sobą jedną szczotkę z zielonym trzonkiem, swoją, bo firmowe były do niczego. Historię tej dwójki znałam we fragmentach, bo ludzie na korytarzu szpitalnym opowiadają skrawkami, między jedną kroplówką a drugą.
Podobno pan Ziemski zastał ją kiedyś wieczorem w biurowcu, jak jadła suchą kajzerkę przy automacie z kawą, bo nie było jej stać na nic innego, a przy tym miała rozłożone papiery zapisane jednostronnie – notatki z rachunkowości zarządczej. Studiowała zaocznie na Uniwersytecie Ekonomicznym, sprzątała po nocach, żeby opłacić czynsz za kawalerkę na Krzykach i żeby było czym płacić za dojazdy Zosi na chemię. Podobno awansował ją na stanowisko w dziale administracyjnym, dał jej pensję, o jakiej wcześniej nie śniła, i – jak to bywa – zakochał się. A ona uciekła, bo nie chciała, żeby myślał, że robiła to dla pieniędzy albo żeby załatwić sobie kogoś do pomocy przy chorej siostrze.
Kiedy pojechał ją szukać, znalazł prawdę o Zosi. Białaczka, agresywna, i lekarze od tygodni szukali dawcy szpiku. Zgłosił się do badań, mimo że nie był rodziną. I – tego akurat u nas na oddziale nikt się nie spodziewał – zgodność była prawie stuprocentowa. Statystycznie coś, co zdarza się raz na wiele lat.
Byłam przy tym, kiedy hematolog, doktor Wiśniewski, mówił im wynik. Pamiętam, że za oknem akurat lała ulewa, ta typowa wrocławska, kiedy w ciągu dziesięciu minut robi się ciemno jak wieczorem, i ktoś na korytarzu miał puszczone radio z prognozą pogody, cichutko, żeby nie przeszkadzać. Ewa złapała się poręczy łóżka. Ziemski powiedział tylko: zaczynamy.
To, co wydarzyło się później, znam już nie tylko z korytarza. Byłam też przy tym, gdy skończyła się plotka i zaczęła się prawdziwa wojna.
Bo sprawa się rozniosła. Ktoś z ochrony zrobił zdjęcie, jak Ziemski wchodzi wieczorami do szpitala, ktoś inny sprawdził, kim jest ta dziewczyna od zielonej szczotki, i portale plotkarskie zrobiły z tego owsiankę: sprzątaczka uwiodła prezesa, sprzątaczka wymyśliła chorą siostrę dla pieniędzy. Czytałam te komentarze na dyżurce, bo pielęgniarki też mają telefony, i szczerze – rzadko czułam taką bezsilną złość.
Ale najgorsze przyszło nie z internetu. Przyszło z windy, którą jeżdżą tylko lekarze i rodziny pacjentów pierwszego piętra.
Widziałam, jak matka Ziemskiego, pani Elżbieta Ziemska, w futrze, które kosztowało pewnie więcej niż roczna pensja Ewy, czekała na nią przy automacie z kawą. Nie przy tej z parteru, gdzie zawsze tłum, tylko przy tej cichej, na czwartym, obok sali zabiegowej. Wiem, bo akurat niosłam tamtędy próbki krwi i musiałam poczekać, aż się rozejdą, żeby przejść.
Pani Ziemska wyjęła kopertę. Widziałam grubość – to nie była koperta na kartkę urodzinową. Powiedziała coś w stylu, że każdy ma swoją cenę, że to dla dobra syna, że dziewczyna powinna zniknąć, zanim zrobi z niego pośmiewisko. Ewa nie tknęła koperty. Powiedziała tylko, że gdyby chciała pieniędzy, powiedziałaby o chorobie siostry pierwszego dnia, a nie ukrywała to miesiącami.
Nie zdążyłam usłyszeć całej rozmowy, bo laborantka mnie poganiała, ale zdążyłam zobaczyć, jak Ewa odchodzi z korytarza z twarzą, jaką się ma, kiedy się nie płacze na siłę. Powiedziałam o tym jednej z pielęgniarek na zmianie, Basi, a ona, nie wiedząc, że coś takiego jest tajemnicą, poszła i powiedziała Ziemskiemu.
Efekt był taki, że dwie godziny później słyszałam już inną kłótnię – syna z matką, w poczekalni dla rodzin, tej z niebieskimi krzesełkami, gdzie zwykle ludzie płaczą po cichu. On zapytał wprost, czy zaoferowała pieniądze, żeby Ewa zniknęła. Ona odpowiedziała, że próbowała go chronić. On na to, że przez lata prowadziła gale charytatywne, a nie zauważyła, że sprzątanie biur uczy więcej godności niż pozowanie do zdjęć.
Ziemska wyszła wtedy ze szpitala i przez dobre trzy tygodnie jej nie było. Wiem, bo pytałam później Ewę, mimowolnie, przy podawaniu leków – człowiek się przywiązuje do pacjentów i ich rodzin, kiedy widzi ich codziennie.
Sama transplantacja odbyła się w listopadzie, w piątek, pamiętam bo akurat mieliśmy remont na korytarzu i pachniało świeżą farbą zamiast zwykłego zapachu środka dezynfekującego. Ziemski leżał po pobraniu szpiku blady jak ta ściana, którą właśnie malowali. Ewa nie odstępowała go na krok, dopóki nie zaczęła się procedura u Zosi.
Kolejne tygodnie były najgorsze. Gorączka, wymioty, momenty, kiedy Zosia w ogóle nie mówiła. Ewa spała na fotelu przy łóżku, oparta plecami o ścianę, a Ziemski, mimo że lekarze kazali mu leżeć, przychodził codziennie rano, jeszcze zanim skończyła się moja nocna zmiana.
Pamiętam noc, kiedy Ewa się załamała przy dyżurce – powiedziała mi, że nie może stracić siostry, że to jedyna rodzina, jaka jej została. Podałam jej wtedy kubek herbaty, bo nic więcej nie mogłam zrobić, i powiedziałam tylko, żeby poszła do niego, bo czeka na korytarzu. Nie moja sprawa była mówić więcej.
Po kilku tygodniach przyszły dobre wyniki. Wszczep się przyjął. To był ten moment, kiedy na oddziale zawsze robi się luźniej, jakby wszyscy mogli w końcu wypuścić powietrze, które trzymali od tygodni.
Pani Ziemska wróciła wtedy do szpitala. Bez futra, bez asystentki, bez koperty. Poprosiła mnie, żebym zapytała, czy może wejść. Zapytałam Ewę. Zgodziła się, chociaż widziałam, że robi to z trudem.
Rozmowy nie słyszałam całej, byłam zajęta przy sąsiednim łóżku, ale usłyszałam, jak Ziemska mówi, że nie przyszła się tłumaczyć, tylko przeprosić, że oceniła Ewę po mundurku i po adresie zamieszkania. Usłyszałam też, jak mała Zosia, ledwo słyszalnym głosem, powiedziała, że jak mają się kłócić, to niech się kłócą ciszej, bo boli ją głowa. Roześmiały się obie, ta stara i ta młoda kobieta, chyba pierwszy raz razem.
Nie zaprzyjaźniły się od razu. Ale przestały być sobie wrogie, to widziałam gołym okiem.
Dwa miesiące później Zosię wypisano do domu. Ewa wróciła na studia i do pracy w Zetbudzie, ale odmówiła stanowiska, którego nie mogłaby uzasadnić wynikami. Zdała egzaminy do działu finansowego jak każdy inny kandydat, z jednym z najlepszych wyników. Słyszałam później od jednej z pacjentek, której mąż tam pracował, że jakiś dyrektor rzucił żart na spotkaniu, że niektórzy muszą składać CV, a inni tylko zakochać szefa. Podobno Ewa odpowiedziała spokojnie, że poprosiła, żeby jej oceny podpisywała komisja, w której Ziemski w ogóle nie zasiada, i że jeśli jej wyniki spadną, straci stanowisko – i zapytała, czy on zgodziłby się na taki sam warunek.
Nikt się już z niej nie śmiał.
Ślub odbył się latem w gospodarstwie pod Wrocławiem, w okolicach Sobótki. Byłam zaproszona – Ewa nie zapomniała o oddziale, przysłała zaproszenie także dla mnie i dla dwóch innych pielęgniarek. Zosia, już z odrastającymi włosami, biegała między stołami i krzyczała gościom, żeby tańczyli szybciej. Pani Ziemska prowadziła ją za rękę przy pierwszym tańcu.
Rok później Ewa skończyła studia. Razem z mężem założyła fundację dla rodzin dzieci chorych onkologicznie – finansuje noclegi dla rodzin przyjeżdżających z daleka, dojazdy, wsparcie psychologiczne, i to bez zdjęć płaczących dzieci na billboardach, bo tego akurat Ewa pilnowała najbardziej.
Widuję ją czasem, kiedy przyjeżdża na oddział z wizytą do fundacji, zawsze z tą samą płócienną torbą. Raz mi ją pokazała, śmiejąc się, że nosi w niej jedną zapisaną jednostronnie kartkę w drewnianej ramce – tę samą, którą kiedyś zbierała z podłogi biura, żeby mieć na czym robić notatki.
Ostatnim razem, kiedy przyszła, Zosia była już z nią – dwanaście lat, tenisówki zamiast szpitalnych skarpetek, i włosy związane w kucyk, który obijał się o ramię, kiedy biegła korytarzem prosto do dyżurki, żeby mi pokazać świadectwo z czerwonym paskiem. Ewa stanęła w progu, oparta o framugę, i patrzyła na to tak, jakby wciąż nie do końca mogła uwierzyć, że wolno jej tu przychodzić bez kroplówki w tle.







