Dorastałam gdzieś na rozległej mazowieckiej wsi, wśród dziesiątki rodzeństwa, będąc drugą najstarszą z całej gromady. Od najmłodszych lat czułam na barkach ciężar codziennych obowiązków: gotowałam, prałam, doglądałam młodszych sióstr i braci, grzebałam w ziemi przy kartoflach i kapuście, poiłam krowy i wypędzałam kury z żerdzi. Wszystko to przenikało się jak mgła nad rzeką latem czasem wydawało się, że rzeczywistość gubi kontury i nie wiem, czy przechylam cebrzyk z praniem, czy raczej śnię, że jestem brzegiem jeziora, na którym pływają gęsi z zielonymi oczami. Ledwie spoczęłam na poduszce, zasypiałam, nie wiedząc, czy to jeszcze dzień, czy już noc.
Kiedy przyszły moje osiemnaste imieniny, rodzice zaczęli szeptać między sobą, patrząc na mnie ukradkiem, jakby byłam tylko dodatkową łyżką do wykarmienia przy stole, która musi odejść. Nie pytali, co czuję. Postanowili, że wyjdę za mąż za Bolesława, dwudziestosiedmioletniego mieszkańca Kielc, który mieszkał w mieście z chorą babcią, co od dawna nie podnosiła się z łóżka. Po ślubie wszystko się zlało w mętną, senną plamę jedyną różnicą było to, że zamiast rodzeństwa, zajmowałam się teraz starą babką. Bolesław przynosił do domu pensję i krzyczał na mnie coraz częściej, jakby miał w ustach piach, którym musiał pluć: zniewagi, pretensje, bez powodu, zielone ślady po śnie letnim.
Gdy minęło pół roku, babcia zmarła, a w naszym mieszkaniu rozgościła się jeszcze większa cisza została tylko dwójka dorosłych ludzi, wszędzie szorstko i ciemno. Po jakimś czasie znalazłam się bosą nogą na zimnej podłodze: urodziła mi się córka Jadwiga i syn Przemysław. Jadwigę kochałam jak letni deszcz kocha ziemię; Przemysław patrzył na mnie spod byka, przejmując spojrzenie ojca aż do kości. Ich dzieciństwo przemknęło jak senny zwój obrazów jakby wszystko wydarzało się równocześnie i niewyraźnie, niczym cienie.
W tych szarych dniach znalazłam coś osobliwego w telewizji: ktoś szeptał o robieniu świec. Oplotło mnie to jak zapach wiatru przed burzą. Po kryjomu zaczęłam topić stearynę i lać świece, aż coraz więcej sąsiadów chciało je kupować, a monety w portmonetce dźwięczały cicho: złote, najprawdziwsze złote. Bolesław szydził ze mnie, kręcił głową, że to zabawa, lecz świeczki rozchodziły się jak senna mgła na polach. Robiłam to dla siebie.
Lata niosły się dalej, Jadwiga wciąż tuliła mnie jak motyl, Przemysław zamienił się w lustrzane odbicie ojca raniąc spojrzeniem i słowem. Coraz więcej świec, coraz więcej złotówek. Kiedy pewnego dnia kupiłam sobie skromną spódnicę, a Bolesław ryknął śmiechem tak, że ściany się zatrzęsły, coś we mnie pękło. Jakby sen się przerwał i nagle zobaczyłam wszystko jasno: już dość.
Dzieci miały już po trzydzieści lat, mnie nawet nie dobiła jeszcze pięćdziesiątka. Zebrałam oszczędności, wynajęłam maleńkie mieszkanie na obrzeżach miasta, złożyłam pozew rozwodowy i zabrałam swoją małą firmę ze świecami do nowego życia, w którym chciałam znać spokój. Żadnej żółci, żadnego rozgoryczenia; tylko pragnienie, żeby w końcu oddychać powietrzem jak polskie sosny po deszczu.




