Moja skrywana tajemnica

Moja tajemnica

Leżenie na zimnym, sprężystym śniegu takim, który wczoraj lekko się roztopił, a dziś dopiero zaczyna łapać mróz mogło się nawet wydawać przyjemne. We mnie wszystko się gotowało, krew pulsowała, twarz paliła, w ustach sucho, a w klatce piersiowej ćmiło aż do bólu.

Nabrałem w dłoń trochę śniegu, powoli rozchylając zdrętwiałe zęby, wcisnąłem bryłę białej wilgoci do ust. Poczułem ulgę, choć metaliczny smak natychmiast wszystko zepsuł. Krew sączyła się z rozbitych dziąseł, zmuszała do kaszlu i ciągłego połykania. Nawet nie miałem sił się odwrócić i wypluć to, co napłynęło do gardła.

Śnieg trochę tłumił ból za co byłem mu niesamowicie wdzięczny. Taka darmowa narkoza, chwała niebiosom! Ale chłód tylko lekko wygaszał cierpienie; raczej spychał je gdzieś na drugi koniec horyzontu, gdzie czerwone słońce nikło za świerkami. Nawet obserwowanie zachodu bolało, oczy aż piekły od tego światła.

Zamknąłem oczy. Teraz wyobrażałem sobie słońce jako coś mdłożółtego i rozmytego.

Najchętniej bym się sturlał, schował w jakimś rowie, wąwozie zwinięty w kłębek, jak zmarznięty pies, popiskiwał i drżał, ogrzewając się samym sobą. Ale sił brak. Nogi zalegały jak dwa klocki drewna na śniegu, co jakiś czas szarpały nim drgawki

Spróbowałem się przekręcić, podeprzeć prawą ręką, ale zaraz jakby przestała mnie słuchać ból przeszył mnie aż po bark.

E tam Spróbujemy inaczej wyszeptałem przez zęby. Nawet mój głos mnie przestraszył ochrypły, złamany.

Lewą ręką jakoś się podciągnąłem, nawet udało mi się usiąść choć zaraz zapadłem się dłonią w śnieg, z powrotem wtulając się w mróz.

Może lepiej po prostu umrzeć. Teraz. I to by wszystko rozwiązało. Co się później ze mną stanie, to już nie ma znaczenia. Przeceniłem się, sięgnąłem po coś, co nie było dla mnie sam jestem sobie winien. Stąd już drogi odwrotu nie ma.

Rano będą mnie szukać. Tak obiecywali. A może wilki będą szybsi? Też chcą jeść Wtedy pośmieję się z moich wrogów dostaną tylko kości.

Noc zapadła niespodziewanie szybko. Strasznie chciało mi się spać. Odpływałem w ciemność, jak rybka złapana przez rak, i było mi z tym nawet nieźle. Potem wracał ból błyszczał pod powiekami czerwonymi światełkami, rozlewał się po żyłach. Aż z bezsilnej furii zgrzytałem zębami, skurcze wykręcały mi mięśnie. Złość we mnie buzowała, dzika, bez mocy, ale tym mocniej. Jakbym rzucał się bez broni na wroga i ten przestraszyłby się mojej desperacji. Chciałem się zemścić. Ale nie umiem bić kobiet, nawet w najgorszym momencie nie dam rady. Z tej zemsty nic nie będzie

Gniew jednak napędzał mi mózg, zmuszał trybiki do pracy.

A gdzieś z żołądka wypełzał strach. Taki pierwotny, zwierzęcy lęk przed śmiercią. I on nie pozwalał mi się całkowicie wyłączyć.

Z lewej strony, z zarośli, dobiegło wycie wilka. Skrzywiłem się: Nie! Żadnemu z was nie oddam się bez walki! Jesteście wszyscy wilkami dwu lub czworonożnymi ale moich kości wam nie dam!.

Trzeba się ruszyć. Gdziekolwiek nie ma znaczenia. Byle tylko odejść z tego punktu, z tej pozycji własnego upokorzenia.

Mama Szkoda mi mamy. Pewnie czeka, zmartwiona, zastanawia się, co się ze mną dzieje, czy już lepiej… Nie powiedziałem, gdzie jestem, nie dowie się, jak to się skończy. Choć może jednak powie jej ktoś tam… Zapłacze, będzie jej przykro. Ojciec mnie przeklnie. Słusznie.

Na samą tę myśl aż mnie wmurowało, łzy zamarzły na policzkach, nawet nie spadły na podartą kurtkę

Pełzłem. Parodystyczne ruchy zdrową ręką się podpieram, nogami rysuję czerwone linie na śniegu ale jednak jakoś się odsuwałem od tego głuchego, wygłodniałego wycia.

A potem nagle zapadłem się nie w śnieg, tylko w niebyt. To było przyjemne, niesamowicie lekkie. Nic nie czułem, o niczym nie myślałem. Reset. Nawet jeśli to jest piekło, to jakoś mi się podoba. Chciałbym tu zostać dłużej. Hej, demony jestem wasz! Zgrzeszyłem, weźcie mnie, bo moje ciało i tak już nie nadaje się do niczego…

Ale i w piekle byłem chyba niepotrzebny. Rozbłysło mi w twarz obrzydliwie jasne, żółte światło, a zimna, lodowata woda lała się do ust.

No co, nie kaszlesz? Kaszleć trzeba, wszystko wypłucz i pluj! ktoś walił mnie po policzkach, twardo, brutalnie, a ból odbijał się aż w zębach.

Uuu zawyłem z protestem, odwróciłem się, wypluwałem czerwone płyny na śnieg.

Oho, żywy jeszcze? No dobra, włóczmy się do domu. Tu mam blisko. Kładź się na kożuch, pomogę ci. No już! Silne ramiona podniosły mnie, położyły na ciepłym, lekko kwaśno pachnącym owczym kożuchu. Ale cię zrobili Słyszałem jakaś bryka wyje, patrzę przez okno światła. Zawsze tu zajeżdżają. Pole mają za cmentarz. Ludzie głupi Głupi mamrotał nieznajomy, układając mnie wygodniej. Dobra, zalepimy cię, potem zobaczymy, co dalej.

Mruczałem coś o wilkach, o tym, że jeszcze tu wrócą, kręciło mi się w głowie, ale zaraz zrobiło się przyjemnie ciepło, odpłynąłem…

… Jakiś ty delikatny, jaki słodziak! śmiała się Tamara, pozwalając mi całować swoje pełne, śliczne ramiona. Cielaczek, tak? Ty cieńki cielak? Chwyciła mnie za policzki, przyssała do ust, wstrzymała oddech, czekała na mój żar. Potem nagle się odsunęła, narzuciła szlafrok, ciasno przewiązała pas. Wynocha. Starczy.

Tamara… przeciągle przeciągnąłem się na nieskazitelnie białej pościeli. Spać chcę Przecież wcześnie, spójrz tylko na zegar! Znów mnie wyrzucasz…

Teraz często zostawałem u Tamary na noc. Karmiła mnie kolacją, wysyłała do łazienki, a sama szykowała łóżko. Wszystko czyste, świeże, wyprasowane, światło wyłączone czekała na mnie. Noc przelatywała niepostrzeżenie. Byłem ledwo co po wojsku, wygłodzony dotykiem kobiety, a tu prosto spod prysznica wpadałem do raju. Tamara była piękna, czuła, dużo lepsza od tych wszystkich dziewczyn, które tylko flirtowały…

Patrzyłem, jak Tamara zakłada jasne, miękkie pończochy na swoje blade nogi, jak skryta za parawanem przebiera się w bieliznę, sukienkę.

Lustro dawało mi idealny widok. Tamara w nim wyglądała jak promień słońca, niesamowicie jasna, zupełnie z innej planety i bardzo, bardzo pociągająca.

Mówię przecież dość! powiedziała cicho. Zapnij mi suwak i idź. Maks, będzie ci tylko trudniej! Nie dzisiaj, jutro przyjdź, rozumiesz? Jutro

Jeszcze przez chwilę się całowaliśmy, potem Tamara rzuciła mi ubrania, wyszła.

Słyszałem, jak w kuchni włącza palnik, mieli kawę. W całym mieszkaniu roznosił się ten mocny, lekko spalony zapach. Arkadiusz, jej mąż, kocha mocną kawę. Zawsze dorzuca chili i twierdzi, że to po królewsku. Tamara wtedy siedzi naprzeciwko, niewygodnie przysiada na stołku, uśmiecha się, przytakuje. Układa nogi po swojemu ostrożnie, pilnuje języka, żeby przypadkiem nie nazwać Arkadiusza innym, moim imieniem…

Jeszcze chwilę postałem, potem przemknąłem do łazienki, prychałem, polewałem się wodą, śmiałem się, powoli wyciągnąłem koszulę, spodnie, przeszedłem pod drzwi kuchni, wsparłem się o framugę. Tamara stała tyłem do mnie. Jej szlafrok przeszywało poranne światło, materiał prześwitywał, a wyobraźnia rysowała mi przed oczami przepiękne kształty.

Tamara była ode mnie starsza o piętnaście lat. Dla mnie to nie był żaden problem, wręcz przeciwnie dumny byłem, że taka kobieta mnie wybrała spośród innych chłopaków.

Tamara… Miała doświadczenie, nie przejmowała się moim nieobyciem, śmiała się melodyjnie, a jej pocałunki kręciły mi w głowie. Pozwalała mi zostawać na noc w jej stylowym mieszkaniu wysokie sufity, żyrandole, podłoga lśniąca od pasty, elegancka zastawa. Karmiła mnie wiecznie głodnego, patrzyła, jak pałaszuję placki ziemniaczane wprost z patelni albo rozgniatam widelcem kotlet. Uwielbiała pić ze mną bruderszaft potem śmiała się, odchylając głowę, wystawiając swoją białą, delikatną szyję na moje niezdarne pocałunki.

Z początku nie chciała się ze mną zadawać, ale ja się uparłem.

Zobaczyłem ją któregoś razu w metrze. Przedzierałem się pijany przez tłum, żeby tylko podejść do tej kobiety. Byłem bezczelny. Mój kumpel Grzesiek zniknął gdzieś w tłumie. Próbowałem zagadać Tamarę, niby że ją odprowadzę, ale ona zbywała mnie zakłopotana. Udało mi się dojść z nią pod sam blok i tam kazała mi się wynosić. Udawałem, że odchodzę, a naprawdę schowałem się w bramie i przez szybę patrzyłem, w którym jej oknie zaświeci się światło.

Pierwsze piętro. Jej okna akurat wychodziły na moją stronę. Widziałem jej cień za firanką. Przebierała się. Gapiłem się, oczarowany, aż w końcu pogonił mnie cieć z miotłą…

Przychodziłem tam codziennie. Noc w noc. Mówiłem mamie, że idę na spacer, a sam trwałem pod jej oknem jak zaczarowany.

Zobaczyłem też jej męża. W kuchni łaził w podkoszulku i rozciągniętych spodniach. Chudy, garbaty, co chwilę podrygiwał głową. Jak ona mogła wyjść za takiego? dziwiłem się. Zakochała się?!

Arkadiusz podjadał kolację, przeglądając gazetę, potem Tamara podawała mu herbatę i ciastka. A ja patrzyłem. Raz spojrzał przez szybę, jakby poczuł mój wzrok: wstał, zaciągnął zasłony. Dwa cienie stopiły się w jedno. Poczułem się podle. Jak ona, moja Tamara, może być z takim suchoklatesem?!

W końcu miałem dość tej obserwacji i, gdy męża nie było, wspiąłem się do niej przez okno do sypialni. Tamara przeraziła się, chciała krzyczeć, ale złapałem jej usta dłonią i pocałowałem.

Boże, jak ona pachniała! Włosy, usta, letni zwiewny ciuch każdy detal miał swój zapach…

Moja mama nigdy nie używała perfum. Od niej czuć było tylko fabryką albo tytoniem. Dużo paliła. Jej zęby były pożółkłe wstydziła się śmiać z otwartą buzią. Tamara miała idealny uśmiech, bielutkie, równe zęby. Mama niby się nie stroiła, a ja kiedyś tego nie zauważałem, dopiero teraz odczułem wstyd. Chciałem jej kupić coś ładnego szkoda mi było pieniędzy. Najpierw wydawałem je na kwiaty dla Tamary. Jej mąż nigdy nie dawał jej bukietów, wydawał mi się nieudacznikiem. Mieszkanie mieli przepiękne, meble z porządnego drewna, obrazy na ścianach, a nie jak u nas wycinki z gazet. Zastawa na jej stole to poezja. Ale zdradziła mi kiedyś, ot tak, że to wszystko rodzinny spadek. Mąż tylko korzysta z tego, co zdobyli jej przodkowie. Spryciarz!…

Ja taki nie byłem. Chciałem samą Tamarę nawet gdyby nie miała niczego! Oczywiście zmysłowa kolacja i miękkie prześcieradła pomagały, ale nawet w stogu siana byłoby dobrze, byleby ona była obok.

I tak, Tamara pachniała czymś wykwintnym pewnie francuskim, może włoskim. Nie znałem się na zapachach, po prostu się nimi upajałem: włosy, skóra, dołeczek na szyi…

Zawsze byłem jej zachwycony. Moja kobieta. Tak nazywałem ją: Moja kobieta. Zdobyłem ją. Wkroczyłem w jej świat i padła mi do stóp.

Tamara wszystko robiła pięknie jadła, przebierała się, paliła. Była jak gitara, którą wygrywasz na biodrze. Bogini. Moja!

Pierwszą noc z nią zapamiętam do końca życia. Była wtedy szczególnie czuła i prawdziwa. Niczego nie udawała topniała w moich ramionach, a ja sam nabierałem mocy. Rano wiedziałem, że mnie kocha. Z tamtym, mężem, była z przymusu, a ze mną żyła, oddychała, marzyła. Przy mnie biła w niej krew gorąca, odważna

Tak, czasem rano musiałem się zbierać.

Wstawaj, kochanie! Pora, musisz już iść, całowała mnie po trzeciej nocy. On zaraz wróci. Z delegacji przyjedzie. No już, Maksym… Moje słońce… Moje szczęście… szeptała, gładząc mocne, młode ciało, które tak kochała. Nie przychodź przez tydzień, potem znowu wróci do podróży.

Może by porozmawiać z nim po męsku? zaśmiałem się. Chcę, żebyś była tylko moja, Tamara! Chcę być twoim mężem!

Rozśmiała się, odrzucając głowę. Jej ciemne loki rozsypały się po ramionach jak fale czekolady. Rzuciłem się i objąłem ją, całując z całej siły.

Moja, tylko moja, rozumiesz?! Nie dasz rady, Tamara? Z Arkadiuszem bym się rozprawił!

Ja nic nie chcę zmieniać. Wyswobodziła się. Chcę, żeby wszystko zostało tak, jak jest. Żebyś był moją tajemnicą, a ja twoją. Maks, są sprawy, w które nie warto się mieszać. Idź już. Muszę się ogarnąć.

Obraziłem się wtedy. Nie chce być moją żoną? Jak to możliwe?…

A jednak już przy drzwiach przytuliła mnie i pocałowała. Byłem zdobyty. Nawet jeśli tylko na noc, nawet jeśli nie żona jest MOJA. O mnie pomyśli, gdy zasypia, o mnie przypomni sobie, robiąc mu śniadanie, będzie porównywała i ja wygrałem. Ona moja, a Arkadiusz to rogacz…

…Po wyjściu Maksa Tamara wpadła w gorączkę porządków. Mąż zadzwonił w środku nocy będzie wcześniej, uprzedził ją. Wykształcony, doświadczony facet! Nie chciał postawić jej w niezręcznej sytuacji. Tamara się denerwowała, rozgrzana, szeroko otwarła okno, żeby Arkadiusz nie wyczuł obcego zapachu. Ale coś wyczuł. Stary lis.

Śmierdzi, Tamara! rzucił walizkę na podłogę.

Czym śmierdzi? udawała zaskoczenie, ciasno otulając się szlafrokiem.

Czymś podłym. Nie zgrzeszyłaś tu beze mnie? spojrzał na nią spod byka, zdejmując buty, potem nagle się wyprostował. Tamara ledwo oddychała ze strachu, ale się uśmiechała.

Przestań! To tylko kurczak się zapiekł w piekarniku, stary był, wyobrażasz sobie? Idź się umyj, a ja postawię na stole, kawa już gotowa, kotlety są. Podgrzać? Już, nie marudź! Kocham cię Tęskniłam… ćwierkała zbyt przesadnie.

Arkadiusz chwycił ją za włosy, przyciągnął, długo patrzył w oczy, w końcu odpuścił i się uśmiechnął.

Mam dla ciebie prezent. Przymierz! wyciągnął z kieszeni zawiniątko. Kolczyki. Ciężkie, z czerwonymi kamieniami, trochę już przyciemnione. Proszę, włóż! huknął, widząc jej niepewność. Tamara obejrzała ozdoby, spojrzała na męża z obawą.

A co to tam jest, Arku? To to schowała prezent na półce, odruchowo wytarła ręce o sukienkę.

Głupia! Wydaje ci się. Zakładaj i chodź śniadać! Szybko, Tamara!

Posłusznie odpięła stare kolczykikółka po mamie, założyła nowe, odwróciła się. Arkadiusz zadowolony. Lubił ją ubierać, stroić jak lalkę. Drahie sukienki, buty, torebki, biżuteria. Czasem zmuszał ją spać w ciężkich złotych łańcuchach, bransoletach. Te wbijały się w skórę i zostawiały rany, ale Arkuś mówił, że to ciekawe…

Zostanę pięć dni, potem wyjeżdżam na długo, mruknął, wycierając talerz chlebem. Interesy mam porządne, dobrze mi idzie. A gdzie ten kurczak, Tamara? zapytał nagle złowrogo.

Jaki? Tamara drgnęła, kawa rozlała się na obrus. Arkadiusz nie znosił plam, brudne obrusy wywoływały w nim odrazę. Dorastał z matką alkoholiczką w zapuszczonym domu, nikomu nie zależało, czym Arkadiusz je resztki, ogryzki. Stąd chudość, do dziś nie może przytyć. Kradł jedzenie w barach, marzył o lepszym życiu, o pięknie, stylu, szlachetności. Tak samo zdobył Tamarę bo ona była najlepsza. Szła za mąż za innego, fizyka, szykowali wesele. Ale narzeczonego zamordowano napadem nocą. Przypadek Robota… Tamara wyła z rozpaczy, chciała się zabić i wtedy pojawił się Arkadiusz. Osnuł matkę Tamary pięknymi słówkami, zaczął pomagać finansowo, a potem uderzył wyciągnął rodzinę z tarapatów, uciekł od kar, a Tamara usiadła z nim przy weselnym stole, uśmiechała się. Nakazał jej się uśmiechać, taka jest tradycja

I teraz się uśmiechnęła, zakrywając plamę serwetką.

Kurczak, co go robiłam. W śmietniku go nie ma, drążył Arkadiusz.

Wyniosłam na śmietnik, wiesz, nie będę takiego trzymać!

Zadrwił. Dobrze, wiedziała, że takiego czegoś nie trzyma się w domu. Stary lis wszystko wyczuł…

…Jak tylko mąż wyjechał, Tamara zadzwoniła po mnie. Pracowałem akurat na zakładzie chłodniczym robiliśmy lody. Tamara uwielbiała lody, zwłaszcza śmietankowe w wafelku. Przynosiłem jej takie, karmiłem z ręki, całowałem jej słodkie, w okruszkach usta.

Uprosiłem szefa, że źle się czuję, i zaraz po obiedzie pobiegłem do Tamary. Boże, jak za nią tęskniłem. Nie mogłem się nasycić jej uczuciem, objęciami. To był ogień, a ona była dziś ogniem niszczącym i przytulnym jednocześnie. Była znowu moja…

Z trzy dni nie było mnie w domu, nie dzwoniłem do rodziców. Przepadałem… Co z tego? Byłem młody, potrzebowałem tego.

Wieść o mamie w szpitalu dopadła mnie ranem przez ojca czekał pod bramą zakładu. Wyschnięty, szary, jakby już nie człowiek a cień.

Synu, co ty tu robisz? spytałem niechętnie.

Matkę zabrali w nocy. Żołądek znów. Idź ją zobacz, co? szepnął, gniotąc w rękach zniszczoną czapkę, którą zawsze nosił.

Jaki szpital? zapytałem rozdrażniony.

Powiedział adres. Obiecałem, że wpadnę. Ojciec kiwnął głową, łzy miał w oczach, ale było mi wszystko jedno. Mama co chwilę lądowała w szpitalu. Czego wielkie halo!…

Tamara niechętnie, ale puściła mnie do mamy, nawet spakowała coś do jedzenia. Moja kochana, łagodna Tamara, anioł…

Mama leżała na korytarzu, na twardej leżance; w sali brakło miejsc. Wciąż było jej niedobrze, pielęgniarka krzyczała, bym zabrał matkę stąd.

Gdzie ją zabiorę?! Potrzebuje leczenia! warknąłem. I nie podnoście głosu na moją matkę, jasne?!

Mama łapała mnie za rękę, prosiła, żebym się nie denerwował. Ale nie mogłem. Co to za szpital, gdzie nikt o nic nie dba?! Dlaczego ja mam marnować swoje życie na cudze kłopoty? Mam swoje sprawy, a mama w szpitalu bywała często.

Mama jadła wolno zupę od Tamary, chwaliła, że dobra. Siedziałem obok, wpadałem na mnie sanitariusze z wózkami, irytowałem się patrząc na zegarek. Jeszcze tylko dwa tygodnie i Arkadiusz wróci! Znów będę musiał się wynosić od Tamary…

Dasz radę sama? nie wytrzymałem, wręczając jej siatkę z jedzeniem.

Śpieszysz się, synku? Tak, poradzę sobie. Maks, jutro nie przychodź, odwiedzi mnie tata uśmiechnęła się, głaskała mnie po ręce.

Skinąłem głową i wyszedłem. Nie wiedziałem, że cała ta żywność trafi do kosza, że mama dalej będzie leżała w przeciągu pod korytarzem… Wtedy miałem to gdzieś. Myślałem tylko o Tamarze…

Wróciłem do jej mieszkania, zastałem Tamarę na podłodze, rozpłakaną.

Co się stało? zdębiałem.

Drżała cała, pokazywała mi jakieś połyskujące błyskotki na dywanie.

Arkadiusz mi podarował kolczyki. Przyniósł, jak ostatnio był. Chciałam je wyczyścić, pociemniały. A na nich… One… znowu trzęsła się. Są brudne, Maks! Brudne! Wynoś je z domu, proszę, natychmiast! Nie ma prawa ich tu być! Boję się ich!

Zawinęła je w szmatkę, wcisnęła mi w ręce.

Idź! Wyrzuć to, Maks, błagam! Boję się! Co teraz będzie?! szlochała, rozmazując tusz.

Co ty… Umyję je, spokojnie. Przecież Arkadiusz zapyta, gdzie są! Co one mają? No, psia krew…

Zrozumiałem. Jej mąż przyniósł do domu kosztowności, które na pewno nie były zdobyte uczciwie. To już nie pierwszy raz, ale teraz przesadził… Czarne, odpadające ślady wyglądały jak rany. Duże, śmiertelne…

Przełknąłem ślinę, poczułem obrzydzenie, jakbym wdepnął w gnój.

Tamara! Może lepiej zgłosić to na policję? To przecież… jąkałem się, ale wiedziałem, że to bzdura. Tamara nigdy nie wyda męża.

Posłusznie wyszedłem, wyrzuciłem zawiniątko za mur poligrafii, tuż obok jej bloku. Nie zauważyłem skulonego w krzakach faceta chudego, przygarbionego. A powinienem… Obserwował nas od dawna…

…Arkadiusz i jego ludzie przyszli w nocy. Dopiero zasypialiśmy z Tamarą pijani, nie słyszeliśmy nawet, jak przekręcają zamek i stukają trzema parami butów po parkiecie.

Obudził mnie cios. Ktoś bił mnie po ciemku, Tamara krzyczała potem urwało się.

Próbowałem się bronić, łeb mi pękał, w ustach metaliczny posmak. Machałem pięściami, ale na ślepo. Zbyt dużo wypiłem.

Nagle światło. Arkadiusz rozsiadł się w fotelu, Tamara stała obok, z zamkniętymi oczami.

Proszę wybaczyć kłopot, powiedział cicho. Muszę coś zabrać. Tomciu, kochanie, pocałuj mnie, mąż wrócił!

Szarpnął ją, Tamara się zgięła, przycisnął jej usta do twarzy.

Arkadiusz… Rozum, to… Tamara spojrzała na mnie.

Nie chcę pokręcił głową, skinął i znowu mnie zbili. Próbowałem uniknąć, oddać, ale się nie dało. Cała energia poszła na wino i miłość…

Tamara, złotko, zbierz swoje świecidełka dla mnie. Bardzo mi zależy.

Arkadiusz wstał, podszedł do mnie. Oczy miałem spuchnięte ledwo widziałem twarz. Oddychałem z trudem chyba żebro pękło.

A ty, robalu, na kolana i pełznij, do przodu! powiedział.

Nie bij go… Tamara szukała czegoś przy komodzie. Obiecałeś… Pozwoliłeś mi… Przecież nic złego nie zrobiłam… zakrywała szlafrokiem nagość.

Ale za zakazane owoce przyszło pokutować. Ten mi nie pasuje, rozumiesz? Tamara, miałaś dużo takich gości, ale jego nie trawię!

Podniosłem głowę, spojrzałem na nią w głowie galimatias: mama, szpital, facet siedzący w korytarzu, zapach zupy, wrzaski salowej, nasza noc… W końcu patrzę w lodowatoniebieskie oczy Arkadiusza, który nachylił się i drwiąco przedstawił mi się przed nosem.

Zostawiłeś matkę, źle zrobiłeś. Nie spotkasz jej już… syknął. Rozbeczałem się, poczułem się nikim. Już wiem umrę

No, co miałam mu powiedzieć? Tamara odzyskała zimną krew, ładowała biżuterię do torby. Przyszedł sam, nie wołałam go. Chłopak dorosły, niezależny, ja tu nic. Masz, drogi, wszystko, czego chcesz wręczyła ciężką torbę mężowi.

Zajrzał do środka, kiwnął.

A teraz włóż te ostatnie kolczyki, które ci przyniosłem rozkazał.

Nie pasują mi do szlafroku, potem, Arku! zaczęła się przymilać. Zamarłem.

Wkładaj, powiedziałem! wrzasnął, strzelił w moją stronę. Kula wbiła się w parkiet, prawie odstrzeliła mi palec.

Tamara udawała, że szuka kolczyków, grzebała w szufladach.

Coś wymyśli! Na pewno! biło mi w głowie. Uratuje nas, moja dobra Tamara!

Nie! Arku, ich nie ma! Tu schowałam, a teraz nie ma, pusto! rozkładała ręce, patrzyła na mnie. To ty! kopnęła mnie boleśnie, padłem na bok. Ukradłeś! Jak mogłeś?! aż jej zabrakło oddechu z wściekłości. Gotowałam rosołek dla twojej matki, a ty mnie okradłeś?! Arkuś, wyrzuć tego człowieka z domu! Boże, zginęły moje zegarki! Te po prababci! Maks… potrząsnęła głową. Jesteś zgniły. Myślałam, że jesteś czysty… Arkuś…

Zegarki te Tamara oddała lekarce przy aborcji. Z Maksem mogli mieć dziecko, ale nie chciała. A Arkadiusz chciał dziecka, choć nie mógł mieć swoich Nie pozwoliłby na przerwanie ciąży, nawet wiedząc, że nie jego Tamara zapłaciła zegarkami za swoją tajemnicę. Teraz zrzuciła to na mnie

Arkadiusz kazał mnie podnieść, ustawić na nogi. Niewiele pamiętałem. Tylko Tamarę mam przed oczami, piękną, zmysłową, stojącą za jego plecami, a on mnie tłukł na kawałki…

Nie lubię złodziei, Maksio powiedział już na śniegu. Wszystko zrozumiem miłość, młodzieńczą fantazję, nawet żonę wybaczę za zdradę. Myślisz, że ja nie zdradzam? zaśmiał się. Mam takich Tamar w każdym domu po kilka. Ale kradzieży nie zniosę! Moje, to moje!…

Padłem na zimny śnieg, czułem jak ich samochód odjeżdża, jak wiatr rzuca we mnie ostre igły śniegu. Potem już tylko puls w skroniach. I jedna myśl że najbardziej ukochana kobieta mnie zdradziła Moje serce zamarło. Uzdrowiało się.

A co dalej? Wiecie

…Przeleżałem w domku tego myśliwego przez wiele dni. Sprowadził lekarza, oporządzili mi żebra, nogi (całe dzięki bohaterskim zbirów Arkadiusza), zaszyli, poskładali. Przez zęby im dziękowałem, oni się podśmiewali.

Nic, bracie. Zaraz się zagoi, pobiegniesz! gwarantował myśliwy.

Wyszedłem na nogach po trzech tygodniach. I zatkało mnie od jasności śnieg odbijał słońce jak gorąca blacha, aż bolało patrzeć. Myśliwy pożyczył mi ciemne okulary.

No a teraz idź powiedział. I pamiętaj, chłopaku: nie bierz cudzych rzeczy. Drugi raz może ci się źle skończyć

Słyszałem, jak ci dwaj (myśliwy i lekarz) dyskutują, ile to im Arkadiusz zapłacił za moje uratowanie. Zamarłem, zgubiłem buta z rąk.

Co? wyszeptałem. Co powiedzieliście?

Nic wzruszyli ramionami. Arkadiusz to dobry człowiek. Bardzo skąpy. Szybko zapomina krzywdy. A jego żona to przebiegły wąż. Sprzedaje złoto męża na lewo, myśli że kiedyś odejdzie. Jak coś zawali, oddaje takich chłopaków jak ty na pożarcie. Nie jesteś pierwszy ani ostatni. U bogatych dziwne są zwyczaje, nie przejmuj się. Weź sobie taki kęs, jaki możesz przełknąć. Idź, Maks. Twoja kolej poklepali mnie po ramieniu, zaśmiali się.

…Dojechałem do miasta pod wieczór. Od razu poleciałem do szpitala. Może jeszcze zdążę do mamy?

Takiego u nas nie ma. Przepraszam zamknęła mi okienko pani w recepcji. Chyba ją przestraszyłem wyglądem.

Proszę pani! Niech pani sprawdzi uważniej! stukałem, prosiłem, w końcu ruszyłem do domu.

Zachód znowu był czerwony jak tam, na polu. Przestraszyłem się.

W naszych oknach paliło się światło. Oddech w piersi się zatkał, ruszyłem w podskokach do klatki. Długo dzwoniłem, a kiedy drzwi się otworzyły na progu stała moja mama, taka drobna, szczupła. Przestraszona patrzyła na mnie. Rzuciłem się jej na szyję, zobaczyłem tatę, płakałem…

Bardzo się martwiliśmy o ciebie, synku, mówiła mama, nakładając mi na talerz kolejne porcje smażonych ziemniaków. Ale potem zadzwonił pan Arkadiusz, powiedział, że wpadłeś w tarapaty, ale wkrótce wrócisz do domu. Prosił tylko, żebyś nie pokazywał się w mieście, bo mogą cię wsadzić…

Arkadiusz? upuściłem widelec.

Tak. Jakiś ważny człowiek z ministerstwa zdrowia. Nawet odwiedził mnie w szpitalu, załatwił osobną salę. Maks, dziękuję ci, że go uprosiłeś o pomoc! rozkleiła się mama. Bez niego bym nie przeżyła

Jeszcze coś mówiła, płakała, gładziła mnie po głowie, a ojciec tylko patrzył i patrzył. Nie wytrzymałem tego wzroku, odwróciłem się…

Po latach, kiedy byłem już z żoną Marysią, chodziliśmy po rynku, szukając ładnej, żywej choinki. Zbliżał się Nowy Rok, Marysia uwielbiała ten żywy zapach, z igłami na podłodze i pniem lepiącym się od żywicy.

Straganów z choinkami było mnóstwo, objechaliśmy prawie wszystkie, ale nie mogliśmy namierzyć naszej.

Wskoczmy jeszcze tutaj, zaproponowała Mery, wskazując zakątek pod brezentem. W słabym świetle stały szkielety choinek, jakieś gałęzie w kącie.

Kiwnąłem głową. Weszliśmy, Marysia zaczęła macać igły, ale wtedy z mroku padł zgrzytliwy, przepalony głos:

Najpierw kup, potem macaj. Ręce precz!

Na światło wyszła kobieta w kufajce, filcowanych butach, z chustą na głowie. Twarz szara i zmęczona, coś w oczach pękło.

Poznałem ją od razu. To była Tamara. Moja pierwsza, szalona miłość. Kobieta, która wyryła na mnie ślady. Marysia czasem pytała skąd mam te wszystkie blizny, wymyślałem głupie historie. Kłamałem, bo kochałem ją nad życie i nie chciałem, by się martwiła. Marysia była prawdziwa, dobra, uczciwa, moim schronem, moją skałą. Była mi dana przez Boga. Nie chciałem, by cierpiała.

Tamara spojrzała na mnie, splunęła. Poznała mnie

Arkadiusz kazał jej stać tu w zimnie i sprzedawać choinki, sam tymczasem popijał szampana w restauracji. Nie bił jej, nie wrzeszczał po prostu znowu był sprytniejszy. Ona straciła wszystko. Żadnego chłopaka już nie uratowała. Z wiekiem uroda znikła, ryb do sieci już nie przyciągała

Stąd idziemy, Mery, delikatnie wziąłem ją za rękę. Te drzewka do niczego. Pojedziemy dalej, wytnę ci najpiękniejszą choinkę sam.

Mery się uśmiechnęła. Ufała mi. Kochała mnie naprawdę, a ja wciąż nie mogłem zrozumieć, że na to zasługuję

I czy za moje szczęśliwe życie mam być wdzięczny Arkadiuszowi? Za to, że nie kazał mnie wtedy zabić? Suchy, przygarbiony Arkadiusz wygrał ze mną i zrobił mnie swoim dłużnikiem. I dobrze mi tak…

Oceń artykuł
Newskey24
Moja skrywana tajemnica