Moje zasady
Nie, Pawełku, naprawdę dobrze, że w końcu przyjechałeś! Jadwiga Pietrowna usiadła naprzeciw syna, podparła podbródek drobnymi piąstkami, uśmiechnęła się. Tak bardzo się za tobą stęskniłam. Jedz, jedz, kochanie. Może dołożyć jeszcze kotlecika?
Paweł zdecydowanie pokręcił głową.
Nie smakuje? spytała zaniepokojona matka, prostując się. Jej twarz, wcześniej pogodnie pomarszczona, nagle się napięła, brwi powędrowały w górę. Wszystko robiłam przecież tak samo Ojcu mówiłam, że nie jadasz wieprzowiny Przecież mówiłam! Co, dziwny smak?
Jadwiga rozemocjonowała się, tak bardzo czekała na Pawła, napichciła tyle jedzenia, jakby miał przyjechać cały batalion żołnierzy, a ona, Jadwiga Pietrowna, była kucharką polową i musiała wszystkich nakarmić, ogrzać, przytulić. A tu taki wstyd: synowi kotlety nie smakowały
Mamo, znowu zaczynasz! Wszystko było pyszne, naprawdę! Po prostu już nie mogę, jestem pełny.
Paweł ostrożnie odłożył widelec na talerz, zbyt delikatny i mały dla jego ogromnej, niedźwiedziej dłoni, poprawił też maleńką serwetkę, jakby był to dziecięcy chusteczek. Dziwne, że tak duży chłopak urodził się z tak drobnej kobiety jak Jadwiga. Ale to miał po ojcu, Michale też był postawny, silny, mięśnie, jeden na drugim. Jadwiga przy nim zawsze wyglądała jak dziewczynka.
Wszystko było wyśmienite, jak zawsze! syn wstał, podszedł do matki, pogładził ją po ramionach, jakby zarzucił na nią ciepły płaszcz. Od razu zrobiło jej się spokojnie i bezpiecznie. No, co to za sprawę chciałaś poruszyć? Mów szybko, bo za chwilę muszę lecieć. Z Wiolettą mieliśmy iść do sklepu, Romkowi trzeba kupić ubranie.
Wioletta, jak na staropolski sposób mawiał na żonę Paweł, była drobiazgowa, porządna i niezwykle urodziwa.
Paweł zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Jak tylko spotkał ją na ulicy, wpadł na latarnię tak zapatrzył się w jej oczy. Rozciął brew, krew ciekła. Wioletta, wystraszona echem stuknięcia w słup, otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia i zmartwienia. A Paweł stoi, zakłopotany, głaszcze zbolały słupek, i boi się, czy nie złamał go na pół
Potem razem poszli na ostry dyżur. Wioletta, młoda, śmieszna, trochę naiwna, ciągle pytała, czy mu się nie kręci w głowie, złapała go pod ramię. A co miał powiedzieć? Oczywiście, że się kręci! Przy takiej piękności każdemu by się zakręciło!
Wzięli ślub. Teraz ich syn Romek dorasta, Wioletta pracuje jako logopedka, często uczniowie przychodzą do niej do domu, co jest wygodne nie musi jeździć po innych mieszkaniach, a ma czas na dom i rodzinę. Paweł codziennie rano jedzie do pracy, zawozi Romka do szkoły i to nie byle jakiej, bo Wioletta załatwiła miejsce w jakimś liceum biologicznym. Słowem, żyją spokojnie, wszyscy zajęci, ale szczęśliwi.
A dlaczego Wioletta nie przyjechała? pytając, sprzątała Jadwiga. Dobrze wiedziała, że Wioletta ma dziś prywatnych uczniów, że lekcje nie kończą się nawet w weekend, ale zwlekała z zadaniem prośby do syna.
Przecież mówiłem, że ma dziś dwoje dzieci. A pan Roman, Paweł bardzo lubił oficjalnie nazywać syna imieniem i patronimem, co brzmiało bardzo dumnie i dostojnie, odrabia lekcje.
Mężczyzna zabrał matce z rąk filiżanki, z ostrożnością, jakby to były porcelanowe pantofelki, postawił w zlewie, potem zwrócił Jadwigę ku sobie i spojrzał w oczy. Mamo, co się dzieje? O co chodzi z ojcem? Dlaczego siedzi w pokoju i nie wychodzi? Wzięliście kredyt, ktoś was oszukał? Zastawiliście mieszkanie, nerkę i wszystko inne? Szantażują was? Znaleziono mojego bliźniaka, którego porwano z porodówki?
Paweł żartował, uśmiechając się zadowolony, że potrafi rozweselić atmosferę. Świat wokół niego też zdawał się przyjazny, radosny, prawie jak wiosną.
Usiadł, pogładził się po zaokrąglonym brzuchu, przeciągnął się, rozrzucając ręce, i omal nie uderzył w kuchenną szafkę. Tak To mieszkanie naprawdę jest ciasne. Nie to, co u nich z Wiolettą trzy pokoje, duża kuchnia, loggia. Dostało się im po rodzinie Wioletty, którzy wyjechali do mniejszego miasta, bliżej ziemi i powietrza, a mieszkanie sprezentowali jej, przesyłając co jesień worki ziemniaków, buraków i nawet topinambur, a także astry, takie cudowne, jakie tylko na wsi rosną. Astry i warzywa przyjeżdżały do miasta wraz z wujkiem Staszkiem, dawniejszym właścicielem mieszkania. Czemu tak lubił Wiolettę, Paweł nigdy nie zrozumiał, ale miał do niego szacunek i zawsze pomagał mu naprawiać auto. Czuł się tam jak u siebie.
No właśnie, chciałam cię o coś spytać Jadwiga nabrała tchu, zawahała się, podsuwając synowi talerz z piernikami. Pamiętasz może Marię Lewandowską?
Paweł lekko się spięł, poruszył brwiami.
Oczywiście, mamo! w końcu skinął głową. Pierniki pachniały tak obłędnie miodem, ciastem, polewą Nie wytrzymał, nalał sobie jeszcze herbaty i sięgnął po największy, zdobiony piernik z wizerunkiem Mariackiej Wieży.
Bo widzisz, Marii Lewandowskiej skierowali na operację do waszego szpitala wojewódzkiego, ma problemy z oczami, lekarze wyznaczyli termin Szczegółów nie znam, ale jest podobno dość ciężko
Paweł żuł i słuchał. Czy pamiętał ciocię Marię? Oczywiście! Była ich sąsiadką z klatki, mocno pomagała matce, opiekowała się małym Pawłem, kiedy rodzice pracowali. Maria Lewandowska zawsze, odkąd ją pamiętał, nosiła wielkie, okrągłe okulary, które powiększały jej oczy i sprawiały, że rzęsy zdawały się motyle skrzydełka.
No i? zapytał w końcu, gdy mama zamilkła, gniotąc ręce, zgarniając niewidoczne okruszki z obrusika typowy znak podenerwowania.
Czy mogłaby ona, na czas leczenia, zamieszkać u was? Najem mieszkania za drogi, hotel też. Tam i z powrotem nie da rady jeździć. Sił już nie te Wiem, że obca osoba w domu to kłopot, ale tylko na chwilę Zresztą, czuję się jej naprawdę dłużna, ona w zasadzie cię wychowywała.
Paweł przestał żuć, upił herbaty, wytarł usta serwetką i wzruszył ramionami.
No No dobrze zająknął się. Sąsiedztwo cioci Marii nie do końca było mu w smak, trzeba będzie schować szorty w palmy na czas jej pobytu I Wioletta w koszulce nocnej już sobie o północy nie pójdzie do kuchni po herbatę, a tak ładnie w niej wygląda Ale skoro trzeba, to trzeba. Jasne! Oczywiście, że może! Kiedyś ona mi pomagała, teraz ja jej! Paweł się uśmiechnął, poczuł się szlachetny i dobry; już widział oczami wyobraźni, jak Wioletta jest z niego dumna. Mama też będzie! Maria Lewandowska zasłużyła, by na stare lata ktoś się nią zajął!
I wtedy słońce rozbłysło w oknie jak aureola nad jego głową, zabłysło w oczach matki i zatańczyło na ścianie plamkami światła. A zza kościelnej dzwonnicy rozległ się pogodny dźwięk dzwonów.
Naprawdę? Cieszy mnie to bardzo, Pawełku! To jest wielki czyn, prawdziwy, synku! Jesteś wspaniałym, czułym chłopakiem.
Podeszła, pogładziła syna po głowie, jak za dawnych lat.
Gdyby była tu Wioletta, pewnie skrzywiłaby się ironicznie, przedrzeźniła te matczyne zachwyty. Zawsze trochę wyśmiewała Jadwigę za jej uwielbienie dla syna.
Teraz jej nie było i można było znowu poczuć się jak mały, grzeczny chłopiec chwalony przez najważniejszą kobietę w swoim życiu.
Paweł rozluźnił się, bezwładnie opuścił ręce na stół.
Ale Trzeba jeszcze zapytać Wioleczki wyszeptała nagle mama, lekko przestraszona. Paweł mruknął coś, że Wioletta na pewno nie będzie miała nic przeciwko, po czym przytulił się do matki, prawie przysypiając z błogiego spokoju i poczucia własnej szlachetności To ja pójdę po ciocię Marię, zaraz wszystko ustalicie, dobrze?
Jadwiga wyszła z kuchni, w pokoju zaszeleściła papierem gazeta w rękach ojca, a Paweł sięgnął po telefon i wykręcił numer żony.
Wioletta słuchała uważnie, malując jedno oko, celując szczoteczką do drugiego.
A na ile to? spytała w końcu.
Na jakieś dwa tygodnie. Wioletko, też trzeba pomagać Trzeba okazać troskę Paweł jakby się tłumaczył. Ona ma operację, nie ma się gdzie podziać.
Pawle, przecież są sale, może tam spać zaczęła, lecz mąż przerwał.
Tak, ale potem musi przychodzić na kontrole. Jeździć po pół miasta? Wioleczko, jesteś przecież tak gościnną gospodynią, a Maria bardzo schludna i miła. Dogadacie się, zobaczysz
Wiesz co Jakoś mi to nie pasuje. Pamiętam ją z naszego ślubu. Patrzyła na mnie z góry, z dezaprobatą. Ona mnie nie lubi, twoja ciocia Marysia.
Nie Marysia, tylko Maria! Lubi cię! I Romkowi pomoże, przecież
Paweł, twój syn ma szesnaście lat. Czym ma mu pomóc Maria Lewandowska? uśmiechnęła się Wioletta, ścisnęła usta, choć chciała jeszcze coś dodać, zrezygnowała.
Ze wszystkim, kwiatuszku. Jest doświadczona, przeżyła tyle Paweł zapewniał. No co, nie masz nic przeciwko?
Wioletta była na nie, bardzo na nie, ale nie umiała tego powiedzieć na głos, by nie zranić męża.
No dobrze. Kiedy przyjeżdża? rzuciła sucho.
Po krótkiej rozmowie telefonicznej Paweł poinformował, że w niedzielę.
W tę? Czyli jutro?! Wioletta spojrzała na drobny domowy bałagan. Normalny nieład normalnej rodziny, ale nie do pokazania obcym!
Nikomu poza jej bliskimi nie dane było tego widzieć. Uczniów przyjmowała w kuchni-jadalni tam był duży stół, dużo światła, wygodnie i przestronnie. Dalej nikt nie wchodził. Przed wizytą gości dom był sprzątany od podłogi po sufit. Wioletta, w przeciwieństwie do koleżanek, zawsze wstydziła się porozrzucanych ubrań czy niewyprasowanych ręczników wszystko starannie ukrywała.
A ciocia Maria będzie się poruszać wszędzie! I pomyśli, że Wioletta jest złą gospodynią!
Czyste podłogi, porządek w mieszkaniu, to dowód na porządek w głowie! powtarzała matka Wioletty. Ludzie od razu patrzą na porządek! A ty, Wiolettko, bałaganiaro! Boże, nie można tego wytrzymać! Przecież to nic trudnego powiesić koszulę i spódniczkę. Ty przecież jesteś dziewczyną!
Wioletta zamknęła oczy, pokręciła głową, jakby matka stała tuż obok, a ona, skruszona, patrzyła w podłogę.
W następną poprawił Paweł.
Uff, to jeszcze jakoś przeżyję westchnęła kobieta. Pójdę powiedzieć Romkowi
Będzie miała czas, żeby ogarnąć cały chaos domowy wypucować, powiesić, wyprać, wyprasować, umyć wszystko na błysk
Romek wieść o przyjeździe starszej pani, która opiekowała się kiedyś jego ojcem jeszcze jako niemowlęciem, przyjął ze spokojem. Przyjedzie i już, co z tego?
No weź się wyluzuj, mamo! Żyjemy, jak żyjemy, i tyle! filozoficznie oznajmił młody biolog Romek, widząc, jak matka zbyt gorączkowo biega z odkurzaczem. To nasz ekosystem, my tu rośniemy. Przysłali do nas obcy organizm wytrzyma, to wytrzyma. Nie? Trudno. Niech się dostosuje.
My nie rośniemy, tylko zarastamy! A w tygodniu nie będę miała czasu na porządki No, patrzysz tylko! Bierz drugi odkurzacz, pomagaj! Wstydzić się przed znajomymi twojej babci nie będę. Jeszcze się nagada o mnie! I babci Jadzi opowie.
Babcia Jadzia wszystko o tobie wie. I jakoś się tym nie przejmuje! wzruszył ramionami Romek i zniknął.
Wioletta zaczęła się naprawdę denerwować, ale po pół godzinie zadzwonił pierwszy uczeń, Andrzejek pulchny chłopczyk z sepleniącym r. Andrzejek dzielnie ćwiczył głoskę, czerwienił się i promieniał, gdy Wioletta go chwaliła, a ona jednym okiem oceniał stół: co jeszcze przesunąć, co się nie błyszczy?
Okna! pomyślała nagle. Zapomniałam o oknach!
Okna muszą być tak czyste, żeby nie było widać szyb! w głowie znów odezwała się mama. Czyste okna to znak porządnej gospodyni! A ty ciągle smarujesz i zostawiasz smugi!..
Wieczorem Paweł wrócił, odciągnął żonę od sprzątania, całą drogę do sklepu opowiadając, jaka Maria jest dobra i ile mu pomogła, a Wioletta tylko kiwała głową i wzruszała ramionami.
Tato, już wiemy, przyjedzie twoja druga mama. Zostawmy ten temat! nie wytrzymał Romek.
I Wioletta była mu za to wdzięczna
Do następnej niedzieli czas minął błyskawicznie, jakby ktoś wcisnął gaz.
W sobotę Paweł pojechał po Marię Lewandowską, a Wioletta, odwoławszy lekcje, przygotowywała się na przyjazd gościa.
Romek został wysłany do fryzjera, pies Gucio wykąpany i wyściskany przez Wiolettę do piszczenia, a okna błyszczały jak nowe.
No, Wiolettko, będziemy około trzeciej poinformował Paweł. Nie martwcie się, róbcie swoje. Ciocia bardzo się stresuje, że narusza nasz spokój.
Dobrze, rozumiem. Czekamy na obiad.
Wioletta zdecydowała się na pieczonego kurczaka, ziemniaczki, sałatkę Chciała przyjąć gościa, jak należy.
Wstawszy o siódmej rano, wysłała Romka z Guciem na spacer, a sama weszła pod gorący, kojący prysznic i zanuciła cichutko: I śni się nam nie szum rakiet Po kąpieli wrzuciła szlafrok, zaczęła myć zęby, gdy nagle trzask zamka, głos męża i cieniutki kobiecy ton. Gucio szczekał wesoło, Romek jęknął z rezygnacją gdzieś w tle.
Matowe lustro pokazało jej, w jakim to stanie wybiegła powitać gościa
I już jesteśmy powiedział Paweł, kiwając do żony, która stojąc w szlafroku i z pastą do zębów w zębach, patrzyła, jak niesie ogromną, czerwoną walizę, a za nim idzie rumiana Maria Lewandowska. Jest zachwycona, podziwia wszystko, chwali wnętrze, wszystko jest super. Ale Wioletta czuje się okropnie w szlafroku, w takim stanie, kurczak surowy, Gucio z ubłoconymi łapami, a więc już brudna podłoga I już widzi, jak ciocia podnosi usta, patrząc na jej dom, na ślady łap, a ona leci się przebrać, błyskając piętami.
Tutaj właśnie twój pokój Paweł otworzył drzwi. Rozgość się. Przygotuję coś do jedzenia. Tylko się przebiorę.
Maria podziękowała, zamknęła za nim drzwi.
Co wy tak wcześnie?! wysyczała Wioletta, wychylając się zza drzwi. Nie byłam gotowa! Tak nie można, Paweł, zawstydziłeś mnie!
Paweł, siedząc na łóżku, patrzył z zachwytem na swoje odbicie w lustrze, uśmiechał się na widok kształtów żony, jej miękkich ramion, smukłych dłoni
Co? zamrugał, oderwany od rzeczywistości.
Pytam, czemu tak wcześnie? była już ubrana i czesała włosy. Zapnij mi zamek, proszę.
A, bo ciocia miała dziś coś ważnego i musiała być w mieście wcześniej, zapomniałem. machnął ręką, podszedł do żony z zamiarem całusa, ale się nie udało.
A po co jej tyle rzeczy? zapytała.
No cóż Kobiety nigdy nie są praktyczne. Zawsze dźwigacie całe dobytki.
Znów się roześmiał ze swojego żartu.
Zjedli śniadanie. Wioletta usmażyła jajecznicę, Romek, widząc rozkojarzenie mamy, zrobił kanapki.
Maria ostatnia weszła do kuchni, rozejrzała się. Zostawili jej miejsce obok Romka.
Smacznego. Bardzo przytulnie u was. Wioletko, czy to nie ja dawałam wam na ślub ten piękny serwis z makami? Nie? Albo to nie wam
Wioletta wzruszyła ramionami. Serwis rozbił się dzień po ślubie Paweł zrzucił całe pudło z piątego stopnia klatki. Wszystko w drobny mak
Paweł przysłuchiwał się w milczeniu. Nie pamiętał ani maków, ani porcelany.
Może komuś innemu. Wioletta nalała wszystkim kawy.
A mnie tu pod oknem wieje nagle poskarżyła się ciocia Maria. Mogę się przesiąść na twoje miejsce?
Romek spojrzał zaskoczony na matkę. Ta wzruszyła ramionami.
Paweł rozprostował ramiona. On tu jest od organizacji, opieki zaraz wszystko załatwi.
Wioletko, przesiądź się. Niedobrze, gdyby ciocia przeziębiła się przed operacją! powiedział, przesunął żonę bliżej siebie, a gościa posadził przy oknie.
Wychowywałam Pawła od małego zaczęła Maria. Trzeba było pieluchy zmieniać, taki był niejadek. A potem się wyrobił. Bardzo trudne dziecko.
Wioletta odkaszlnęła, Romek uśmiechnął się ironicznie.
A ty, młody człowieku, idź robić lekcje! Paweł zawsze uczył się rano, żeby mieć wszystko świeże w głowie Maria zabrała ze stołu talerze po Romku, spojrzała na gospodynię. Ta znów była zmieszana, ale nie odezwała się.
Romek dopił herbatę i poszedł do siebie.
Po śniadaniu Maria wróciła do pokoju, coś tam poprzestawiała, poprosiła Pawła o przestawienie telewizora.
Mało macie książek powiedziała przy wychodzeniu do przedpokoju, żegnając Romka idącego na piłkę. Romek powinien czytać klasykę, na przykład Żeromskiego. Przywiozłam kilka książek. Wieczorem usiądziemy i zobaczymy, co zna, a czego nie zna twój syn, Pawle.
Oczywiście, ciociu Mario. Bo tylko piłka i piłka, a książek żadnych podchwycił Paweł, puszczając oko do syna, wręczając mu worek z treningową odzieżą.
Wiedział, że ciocia zawsze nosi ze sobą Ludzi bezdomnych, książkę lub dwie pod pachą, trzyma nawet w kawiarni, w teatrze, z nią chodzi na spacery, śpi z nią przy łóżku. Czytała je czy nie nie wiadomo, ale wyglądało to, jakby była bardzo wykształcona. A do szpitala na pewno zabierze przynajmniej jedną, żeby pielęgniarki widziały, że mają do czynienia z kobietą z klasą.
Odprawili Romka, Paweł poszedł do pracy.
A pani kiedy wychodzi? spytała Wioletta gościa.
Ja O pierwszej. Muszę się zbierać. Wioletko, a czy Romek ma już dziewczynę? Za Pawłem biegały już w podstawówce. Miał taką swoją Rysieńkę łagodną, doskonałą, jak plastelina, wszystko zrobiła. Dobrze, prawda? A psa powinnaś usunąć stąd! nagle zaglądnęła do pokoju Wioletty. I szafkę z butami przestawić, bo będzie niewygodnie. Zaraz coś przewrócę. Widzisz, już przewróciłam! Maria niezgrabnie kopnęła szafkę, zleciały z niej buty, kapcie, Wioletty pantofelki. W tych to źle chodzić Dobra, idę już. Wioletko, dziękuję, że mnie przygarnęłaś!
Pogłaskała Wiolettę po ramieniu i zniknęła w windzie.
Wioletta postała jeszcze chwilę, zamknęła drzwi
Mamo, dlaczego się tak rządzi? Nawet Gucia przegoniła z kanapy, a jemu przecież wolno! marudził Romek po powrocie z treningu, głaszcząc psa po głowie. Ten westchnął z rezygnacją.
Taka już jest, synku. Lubi rządzić. Ale to tylko na chwilę. Przetrzymaj.
Wiolettcie było wstyd przed synem, przed Guciem, że nagle straciła kontrolę nad swoim domem. Ale nie potrafiła się sprzeciwić jak mieć odwagę być niemiłą dla kobiety, która przewijała własnego męża?
Wieczorem Maria zorganizowała wspólne lepienie gołąbków, każdy miał coś do roboty, a Paweł dosłownie chodził wokół niej na palcach.
Rano w poniedziałek, jeszcze przed świtem, Maria nastawiła budzik i obudziła wszystkich na gimnastykę.
Powiedz w końcu, kiedy ta operacja? spytała Wioletta, dysząc po bieganiu w miejscu. Maria była w tej kwestii nowoczesna, odpaliła stoper w komórce, ćwiczyli z zegarkiem czterdzieści sekund, dziesięć odpoczynku. Tylko nie wszyscy się pocili.
Romek szybko opatrując zdrowie, uciekł do szkoły. Paweł za to sumiennie ćwiczył.
Dajesz, Wiolettko! Trochę jeszcze! dopingował żonę.
Kiedy więc? powtórzyła pytanie żona.
Jutro mnie przyjmują. A potem Paweł, odwiedzisz mnie? spytała Maria z troską.
Przecież to tylko dwa dni! zdziwił się mąż, ale skinął głową.
Poniedziałek był wyczerpujący. Jedno za drugim odwoływały się zajęcia Wioletty, dzieci chore, inne wyjechały, jedni nie chcieli przyjeżdżać, innych nie było w domu.
Dzwonił telefon, za oknem krakały wrony, Maria słuchała w pokoju Niemena. Niemen śpiewał: Dziwny jest ten świat, potem przeciągał: Ale jednak, jednak warto Maria podśpiewywała, stawiając kropki mocno, przytupywała. Przez matowe drzwi było widać, jak tańczy.
Wioletta stanęła w korytarzu, westchnęła
Ona się po prostu stresuje wyjaśnił Paweł. Jak się stresuje, to słucha Niemena. To ją uspokaja.
Wieczorem Maria próbowała czytać z Romkiem Ludzi bezdomnych, ale chłopak odmówił. Ciocia patrzyła na niego zdziwiona, wysłuchała, co myśli o tej lekturze i o jej pobycie u nich, a potem wyszła, głośno zamknięła drzwi. Potem zawołała Wiolettę. Ta, presując telefon między uchem a ramieniem, tłumaczyła, że już jedzie na lekcję do Bielan, bo Andrzejek jest zmęczony i nie da rady przyjechać.
Nie! Maria nagle wyrwała jej telefon i krzyknęła do słuchawki: Nie i jeszcze raz nie! Jeśli chcecie, by dziecko trafiło do najlepszej logopedki, przywieźcie go tu natychmiast! Inaczej już wam nigdy nie pomogę! Kim jestem? Sekretarką Wioletty Nowickiej. Żegnam!
Oddała telefon z powrotem, spojrzała przez okno. Wioletta zbladła, zaczęła głęboko oddychać, potem wybuchła. Nawet Romek przyszedł posłuchać.
Wie pani co, pani Mario! Niech się pani nie wtrąca do naszego życia! I do mojej pracy też! Gołąbki róbcie sobie w swoim domu. Wszystko jedno, ile pieluch zmieniła pani mojemu mężowi! Dość! Przestań się rządzić. Czytajcie swoje książki, ćwiczcie, róbcie, co chcecie, ale nie tu! I Gucio będzie leżał tam, gdzie mu pozwolę, a nie gdzie pani każe! I będę kupować konserwy! Tak, rano powiedziała pani, że niezdrowe, ale to moje życie, mój dom, moi uczniowie i ja zdecyduję, co z tym zrobić. Mam nadzieję, że operacja się powiedzie i szybko wróci pani do siebie. Bardzo na to liczę!
Romek zaklaskał, Gucio zapiszczał, a Maria uśmiechnęła się.
Wioletta zgłupiała. Spodziewała się burzy. A tu:
I dobrze, Wioletko. Nigdy się nie uginaj! Mów swoje nie, jeśli to nie kwestia życia i śmierci. Bardzo cię lubię, bałam się tylko, że jesteś za miękka, chcesz wszystkim dogodzić Nie trzeba. Niech myślą, co chcą, ty rób po swojemu. Nie chcesz mnie tu mów wprost. To ułatwia wszystko, człowiek czuje spokój w środku. Odważ się żyć po swojemu. Wybacz staruszce, przegięłam. Zawsze miałam taki charakter. Paweł wie. No, nie patrzcie tak na mnie! Boję się operacji! Gucio, dobry pies, grzeczny! poklepała psa po głowie. A może galaretka z jabłek? Przywiozłam. Romek, chcesz?
Romek przewrócił oczami. Kobiety to naprawdę dziwne stworzenia
Zadzwonił dzwonek. Przyjechał pulchny Andrzejek na lekcję. Po lekcji dostał kawałek galaretki. Jego matka przeprosiła Wiolettę i nieśmiało spytała:
Albo może zadzwonić do pani sekretarki?
Nie trzeba. Proszę się nie martwić. Syn jest świetny.
Wioletta puściła oczko sekretarce.
Wieczorem, gdy Paweł i Romek poszli pograć na konsoli, Maria usadowiwszy się w fotelu, opowiadała, jaki był Paweł w dzieciństwie: jak obdzierał tapety, jak ją złościł, jak prawie się utopił, bo wbiegł na kruchy lód, a ona czołgała się do niego, ratując go, potem poiła herbatą z miodem
A ta Rysieńka, to była nieciekawa dziewczyna dodała Maria. Bez charakteru, łatwa do ustawienia Nie lubię takich. A serwisu z makami nie żal. Rozbił się na szczęście, więc żyjecie zgodnie. Paweł bardzo mnie kocha, wszystko wybacza I ty mi wybacz, Wioletko. Dziękuję wam za przyjęcie. Jesteś świetną osobą
Galaretka rozpuszczała się powoli na talerzyku, za oknem zapadał zmierzch, na wschodzie rosła pomarańczowo-czerwona smuga.
Czas wyszeptała Maria. Na ósmą muszę być
Paweł posadził ją w samochodzie, zawiózł przez opustoszałe ulice. Wioletta pojechała razem, siedziała obok cioci, która drżała drobniutko.
Zadzwonię wieczorem poprawiając jej płaszcz, powiedziała Wioletta. I nie dyskutujcie! A potem wracacie do nas.
Maria kiwnęła głową. Dobrze jest pomieszkać u młodych. Zwłaszcza Romek ją interesuje. Zupełnie niepodobny do ojca, taki zadziorny. Ale, jak mówi, taka jego biologiczna nisza, nie da się zmienić, ale można badać ile się chceW szpitalnej poczekalni Maria siedziała chwilę osamotniona, bawiąc się kręconym sznureczkiem od starej walizki, którą przywiozła tej samej, z którą ruszała przed laty na kolonie, do sanatoriów, potem na śluby sióstr i chrzciny siostrzeńców. Za każdym razem miała w niej za dużo, na wszelki wypadek, z ostrożności, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy zabraknie czegoś niewidocznie ważnego.
Obok, na końcu korytarza, pielęgniarka wybijała rytm długopisem o teczkę. Maria zerkała, potem westchnęła, a kiedy jej nazwisko rozległo się przez głośnik, wyprostowała się nagle i, czując narastające w piersiach ciepło, ruszyła przed siebie.
Zabieg przebiegł pomyślnie lekarz skinął tylko głową i powiedział: przykładna pacjentka, jakby ze starego świata. Wieczorem w sali Maria usłyszała znajomy głos: Paweł i Wioletta przyszli we dwoje, ciasno przytulając się do siebie, by zmieścić się przez próg pokoju.
Jak się pani czuje? zapytała Wioletta, nieco nieśmiała, z rękoma głęboko w kieszeniach.
Maria spojrzała przez okno, które znów ktoś starannie wypolerował.
Dobrze. Trochę się boję, co jeszcze powiem, jak wrócę do waszych porządków!
Wszyscy się roześmiali, a Paweł ścisnął Marii dłoń.
Wiesz, ciociu odezwał się Romek, który tym razem przyszedł z nimi, rozciągając się w dresie z kapturem. Może i nie lubię Ludzi bezdomnych, ale tę galaretkę z jabłek to możesz robić choćby w każdy weekend.
Maria skinęła głową, cicho się śmiejąc. Tak mogłaby przyjeżdżać. I mogłaby poprosić czasem o ciepło, nie czekając, aż ktoś domyśli się, że sama choć silna też czasem potrzebuje, żeby ktoś się jej zląkł i powiedział: nie, dość!, bo tylko wtedy wie, że jest naprawdę w domu.
Wioletta przysiadła się, jej dłoń odszukała dłoń Marii. Przez chwilę milczały, potem Wioletta, nieśmiało, bardzo cicho wyszeptała:
Dziękuję, że pani przyszła. Bez pani nie odważyłabym się nigdy postawić granic.
Maria spojrzała w okno, a tam, daleko ponad szpitalem, świeciło ciepłe światło. Może to była tylko stara lampa uliczna, może księżyc, albo coś zupełnie zwykłego ale na pewno wyglądało jak zapowiedź czegoś nowego, lepszego, co można budować tylko razem.
Życie bez zasad to bałagan powiedziała cicho Maria ale bez odwagi to puste szuflady.
Paweł popatrzył na żonę i na Marię pierwszy raz, odkąd pamiętał, czuł wewnątrz wielki, cichy porządek. Nawet, jeśli bure łapy Gucia znów zostawią ślady na kaflach w kuchni.
Wesoło, razem, wracali później do domu. Po drodze kupili jeszcze worek jabłek.
Od tego czasu Wioletta już nie bała się bałaganu, Maria mniej się rządziła, a Romek pozwalał, by życie działo się po swojemu wyprowadzał Gucia na spacery i opowiadał mu śmieszności z książek, których nigdy nie zamierzał czytać, lecz które dla świętego spokoju zawsze nosił pod pachą, tak jak kiedyś Maria.
I tylko Paweł czasem siedział pod czystym oknem, obserwując światło na niebie i cicho ciesząc się, że największy porządek zaczyna się i kończy w domu, który każdy tworzy sam po swojemu.







