Wojciech był najstarszy w rodzinie. W wieku trzynastu lat rozpoczął pracę w swojej rodzinnej wsi. W najlepszych czasach, kiedy nie było biedy i ziemniaki nie były jeszcze liczone w piwnicy na sztuki, jego matka stawiała na stole dymiący garnek z obiadem i cała rodzina spożywała posiłek.
Na wiosnę było dość ciężko. Ich koń był bardzo słaby i ciągnął pług z trudem, ledwo, ledwo, do orania grządek. Wojtek podawał koniowi jedzenie, ten połykał kawałki w mgnieniu oka, a potem długo przysuwał miękkie wargi do twardej dłoni chłopca, wyłapując nawet zapach.
Gospodarz wypatrzył Wojtka wśród reszty nastolatków i powiedział matce:
– Chłopiec wyrasta na mistrza. – I z westchnieniem dodał: – Ojciec byłby dumny.
– Ojciec nie byłby dumny – westchnęła matka. – Rozkazywał Wojtkowi, by zachowywał się jak dorosły mężczyzna: miał zastąpić go w domu i w polu.
– Przyszedł do mnie jako chłopiec – wspominał gospodarz. – A teraz jest jedynym mężczyzną w domu. „Pożycz mi konia, proszę” – powiedział. Spojrzałem na niego: był trochę wyższy od koła przy bryczce, a szyję miał jak nić. – „Nie” – powiedziałem. – „Idź i zostań pasterzem. Ale on spojrzał na mnie i powiedział: – „Mam siostry do wykarmienia!”. Musiałem więc oddać mu swojego konia.
Wojtek właśnie skończył siedemnaście lat, a wyglądał na starszego. Surowe spojrzenie czystych niebieskich oczu, powściągliwość i dokładność we wszystkim. Tak sobie ułożył los – dokładnie.
Rzadko chodził na imprezy, spędzał czas w ciszy. Dwa lata później zaprosił najpiękniejszą i najbardziej zalotną dziewczynę, Lidię, na randkę. Potem ujął jej dłoń w swoją i powiedział:
– Chcę wziąć z Tobą ślub, wyjdziesz za mnie?
Lidia była zdumiona, nawet uśmiech zniknął jej z twarzy.
– Wojtku, Ty mnie w ogóle nie znasz…
W domu Lidia żartobliwie powiedziała matce: – „Przygotuj się do ślubu, Wojtek się oświadczył!”.
– Słucham? – powiedziała zdumiona matka. – On przecież nawet się z Tobą nie spotykał. Nie byliście parą. Wiesz, córko, radziłabym Ci wyjść za niego za mąż. Pamiętaj o przysłowiu: „Wybierz sobie mężczyznę na przyjęciu, a męża na polu”.
Lidia posłuchała rady matki. Była i nadal jest szczęśliwa, ale długo nie mogła się przyzwyczaić do osoby Wojtka.
Na przykład, ona szła do pracy od tak – bez namysłu i prędko, a mąż siedział, myślał, sprawdzał narzędzia i dopiero wtedy szedł.
Wojtek lubił pracować sam, lubił planować na dziesięć dni do przodu, co ma do zrobienia.
Tego dnia otrzymał pensję, wrócił do domu, położył pieniądze na kredensie i pospieszył na podwórko. Nie czekając na niego, jego żona karmiła zwierzęta, a on chciał ją wyręczyć.
Lidia spojrzała na niego z wdzięcznym uśmiechem. Ach, jak Wojtek o nią dba… Podchodził, dotykał jej ramienia, był zmęczony pracą przez cztery dekady, pewnie chętnie odpocząłby.
Lidia weszła do domu i za chwilę wróciła podsekscytowana:
– Wojtek, co to za pieniądze?
– Od gospodarza.
– Ale to za dużo.
– Tyle zarobiłem.
– Nie dali Ci ich wcześniej czy pracowałeś więcej?
– Okazało się, że zarobiłem więcej.
Rano Wojtek opowiedział o tej rozmowie swoim kolegom z pracy. Sławek roześmiał się:
– Mam taką samą historię.
– Chłopaki, wydaje mi się, że teraz zawsze będziemy tyle zarabiać. W końcu uprawiamy „złoty korzeń” – cykorię.
Wczesnym rankiem, jak zwykle jej mąż wychodził do pracy: „Idę” – krzyknął. W bocznym oknie Lidia obserwowała niską, ale silną sylwetkę męża. Plecy miał pochylone od długiego siedzenia w ciągniku. Pomyślała z westchnieniem: Czy takie zmartwienia to nie za dużo na jego wiek? Wybrali zastępcę, teraz trzeba dbać nie tylko o ziemię, ale także o ludzi ”.
„Jak szybko minęły te lata – myślała Lidia – nasze dzieci są już dorosłe, każde odeszło w innym kierunku.
Ale z drugiej strony, kiedy nadchodzi lato, czuję się taka szczęśliwa, ponieważ nasze najdroższe dzieci i wnuki nas odwiedzą”.








