Na wojskowej katedrze wykładała jedna pani doktor.

Na wojskowej katedrze wykładała pewna doktor Zofia Nowak. Przez całe życie przepracowała na oddziale dziecięcym w szpitalu w Krakowie. Opowiedziała kiedyś niesamowicie ciekawą rzecz: mimo że była lekarką, jej dzieci przechodziły każdą jedną chorobę zakaźną, jakby dostawały w promocji całą paletę wirusów. I to dosłownie co tydzień coś nowego, a Zofia już sama nie wiedziała, czy robi habilitację z pediatrii, czy z magii.

Oczywiście, nasze słynne polskie zasady higieny stosowała z żelazną konsekwencją. Do domu najpierw wchodziła bocznymi drzwiami, tam pod prysznic, potem świeże ubranie a dzieci, jakimś cudem, łapały dokładnie te choroby, które ona przynosiła z pracy. Jak był wyjątkowo uparty przypadek różyczki u pacjenta, to już mogła się założyć na pięćdziesiąt złotych, że jej dzieci zachorują szybciej, niż odparzy wodę na herbatę. Witaminy nic nie dawały, hartowanie też niewiele do tego stopnia, że pani doktor miała ochotę schować się do szafy razem z kotem Stefanem.

Aż pewnego dnia Zofia padła z wyczerpania po wyjątkowo ciężkim dyżurze. Już w tramwaju ogarniał ją strach, że wróci do domu, a tam dzieci znowu będą siedzieć zakatarzone, z termometrem w buzi. Zamiast więc ruszyć prosto do siebie na ulicę Grodzką, wstąpiła do kina na Przygody Pana Kleksa. Po seansie, z lekkim wyrzutem sumienia i dużą porcją radości, wróciła do domu a tu niespodzianka! Dzieci zdrowe, skaczą po kanapie, śmieją się, kot Stefan zadowolony wykrada parówkę.

Zachęcona sukcesem, kilka dni później poszła do przyjaciółki na herbatę i ciastka. Opowiedziały sobie polskie dowcipy, pośmiały się z absurdów NFZ-u i… znowu żadnych chorób w domu! W końcu Zofia wyrobiła sobie nowy nawyk: codziennie, zamiast z pracy do domu, wchodziła do parku Jordana, siadała na ławce przy fontannie, patrzyła na kwiaty i ludzi ciągnących dzieci na sanki (nawet w czerwcu, bo tak to w Polsce bywa), a dopiero potem wracała do swoich.

I teraz wszystko było w porządku. Dzieci trzymały się zdrowo, Stefan był jak zwykle nieco obrażony, a dom wreszcie pachniał szczęściem, a nie apteką.

Zofia zrobiła prosty wniosek. To nie tylko kwestia bakterii czy wirusów ale informacji i energii, z jaką wracamy do domu. Po prostu ten zły nastrój przynosiła jakby w kieszeni, i dzieci dostawały psychologiczną infekcję.

I wiecie co? Od tego prostego odkrycia w domu Nowaków nie pojawiły się żadne choroby. Więc jeśli miewasz ciężki dzień nie leć od razu do bliskich ze zwieszoną głową i smętną miną. Może lepiej przejdź się do parku, pogap albo pogilguj wąsy Stefana (jeśli masz kota), posłuchaj śpiewu ptaków na Plantach lub zobacz polską komedię, i dopiero wtedy wracaj do swoich. Jak to działa? Naukowcy głowią się do dziś. Ale jedno wiemy na pewno: najpierw znajdź trochę przyjemności dopiero potem spiesz do tych, których kochasz!

Oceń artykuł
Newskey24
Na wojskowej katedrze wykładała jedna pani doktor.