Na uczelni wojskowej wykładała pewna pani doktor, Danuta Kowalska. Przez całe życie pracowała w klinice dziecięcej. Pewnego razu opowiedziała nam bardzo ciekawą historię. Jej dzieci przeszły chyba przez wszystkie możliwe choroby zakaźne, choć ona sama była lekarzem. W ogóle ciągle łapały jakieś wirusy – tak, że Danuta już miała dosyć ciągłego leczenia ich na okrągło. Mimo to dzieci były żywe, rozbrykane i wesołe.
Oczywiście, Danuta bardzo dbała o higienę – po przyjściu do domu od razu brała prysznic, przebierała się w czyste ubranie, dokładnie myła ręce. A jednak dzieci zawsze łapały te same choroby, z którymi spotykała się w pracy. I jeśli jakiś przypadek w szpitalu był wyjątkowo ciężki, dzieci natychmiast tego samego wieczora chorowały. Żadne witaminy nie pomagały, ani spacery czy hartowanie – matka lekarz była już bezsilna i zrozpaczona.
Pewnego dnia Danuta była wyjątkowo wykończona po ciężkim dyżurze, kiedy przyszło jej zmierzyć się ze szczególnie trudnym przypadkiem. Bała się wracać do domu, bo czuła, że znowu przyniesie ze sobą chorobę, choćby i nieświadomie. Zamiast wracać prosto do domu, poszła do kina, gdzie leciał jakiś świetny film o przygodach – pamiętam, że to był „Indiana Jones”. Wyszła z seansu roześmiana, pełna energii i z lekkim poczuciem winy wróciła do domu. Ku jej zdziwieniu, dzieci tym razem były zdrowe, biegały i śmiały się jak zawsze.
Kilka dni później Danuta po pracy poszła jeszcze do koleżanki na herbatę i ciasto. Posiedziały, pożartowały, pośmiały się, oderwały od wszystkiego. I drugi raz – dzieci nic nie złapały, były zdrowe jak ryby.
Od tego czasu Danuta już zawsze po pracy zatrzymywała się na chwilę na świeżym powietrzu, wstępowała do parku miejskiego w centrum Lublina. Siadała na ławce przy fontannie, patrzyła na kwiaty, oddychała głęboko. Dopiero gdy poczuła, że uspokoiła myśli i nabrała dystansu, szła do domu. I dzieci nie chorowały.
Wyciągnęła z tego prosty wniosek: problem nie tkwił tylko w zarazkach. Chodziło o coś zupełnie innego – o tę „złą energię”, którą niosła z pracy do domu, o wszystko, co przeżyła, co ją przytłoczyło. Uświadomiła sobie, że dzieci łapały tę trudną atmosferę – choroby fizyczne okazywały się być tylko powierzchnią problemu. I od tamtej pory tak robi zawsze zanim wróci do najbliższych, daje sobie chwilę na oderwanie się od złych myśli. Od tamtego czasu nie było żadnej choroby w domu.
Dlatego, patrząc z własnego doświadczenia, uważam, że po trudnych przeżyciach czy niepowodzeniach nie warto od razu wracać do bliskich z ponurą miną i złym samopoczuciem. Nawet jeśli nic nie opowiadamy, możemy im niechcący przekazać coś niedobrego. Po negatywnych sytuacjach warto zmienić otoczenie przejść się po parku, porozmawiać z kimś pogodnym, wybrać się do kina, na koncert czy po prostu popatrzeć na Wisłę z mostu. Dopiero potem wracać do domu z nową energią i spokojem. Jak to dokładnie działa pewnie naukowcy nadal badają, ale jedno jest pewne. To działa wystarczy moment wytchnienia, by nie nieść do domu tego, czego tam nikt nie potrzebuje… A potem można już z czystym sercem przytulić tych, którzy są nam najbliżsi.







