Nadziei już nie ma

Nadziei już nie ma

Nie chcę waszych pieniędzy! krzyknęła w rozżaleniu Jagoda, rzucając zmięte banknoty na podłogę.

Ale to przecież twoje pieniądze odpowiedziała spokojnie właścicielka mieszkania. W tej całej sytuacji nie widzę swojej winy. I proszę, bez scen, bo sąsiedzi zaraz się obudzą.

Jagoda spojrzała z wściekłością na kobietę stojącą w progu, odwróciła się na pięcie i ruszyła ku schodom.

Kiedy wyszła z klatki schodowej, zrobiło jej się ciemno przed oczami. Ledwo dotarła na ławkę. Usiadła, schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać niemal bezgłośnie, wyrzucając sobie w głębi duszy wszystko:

Gdybym tylko wiedziała, że tak to się skończy, nigdy nie pojechałabym na ten ślub

*****

Jagódka! Wychodzę za mąż! oznajmiła przez telefon przyjaciółka Dagna. Ślub za miesiąc, a potem jeszcze wesele w kościele. Przyjedziesz?

Gratuluję z całego serca i bardzo się cieszę, Dagna. Tylko, że Jagoda westchnęła ciężko.

Mów od razu o co chodzi!

Przepraszam, ale chyba nie dam rady przyjechać. Naprawdę bym chciała, serio, ale

Co?! Jak to nie dasz rady? zdziwienie w głosie Dagny brzmiało bardzo szczerze. Jesteśmy przyjaciółkami od podstawówki, razem przeszłyśmy przez tyle I nie przyjedziesz na mój ślub? Chcesz mnie urazić?

Nic takiego nie mam na myśli! Po prostu Ślub i wesele to nie jeden dzień.

No tak Trzy dni. W pracy na pewno cię puszczą.

To nie o pracę chodzi. Po prostu mam kota. Nie mam go z kim zostawić. Nie mogę zabrać go ze sobą, sama rozumiesz Więc

Nie chcę tego słuchać, Jagódka! Musisz być na moim ślubie, i na weselu też! A kot Poproś kogoś, żeby się nim zaopiekował na te parę dni. Przecież są hotele dla zwierząt, domy tymczasowe. Jak się chce, to wszystko da się załatwić. Jak będzie trzeba, sama ci pomogę.

Sama nie wiem, Dagna

Masz cały miesiąc. Nie zawiedź mnie, proszę. W taki dzień chcę, żebyś była przy mnie.

Po tej rozmowie Jagoda biła się z myślami. Nie chciała zawieść najlepszej przyjaciółki, ale nie wiedziała, co począć z Pimkiem.

Nie zostawiłaby go samego na nawet dwa dni, choćby miała zostawić cały zapas karmy. Pimek był towarzyski i samotność go męczyła.

Myślała długo i w końcu zdecydowała pojedzie. A Pimka oddała pod opiekę bardzo porządnej pani.

Przynajmniej tak sądziła.

Pani Ewa, która ogłaszała się w internecie, od lat opiekowała się kotami pod nieobecność właścicieli. Gwarantowała, że odda zwierzaki zdrowe i całe.

Komentarze pod ogłoszeniem były pozytywne, a wielu pisało, że oddają do niej kota już po raz kolejny. Ewa pracowała kiedyś jako technik w weterynarii, więc w razie potrzeby umiała udzielić pomocy.

Po rozważeniu za i przeciw, Jagoda zadzwoniła. Mieszkanie Ewy trzy pokoje, największy zarezerwowany całkiem dla kotów. Warunki były świetne, a właścicielka przesympatyczna.

Do tego Pimek miał towarzystwo innych kotów nie mógł się nudzić.

Pimku, mój kochany, nie będzie mnie tylko trzy dni. Wytrzymaj, dobrze?

Kot ocierał się o nogi Jagody i spojrzał jej prosto w oczy, prosząc o wzięcie na ręce. Ale ona musiała już wychodzić.

Niech się pani nie martwi szeroko uśmiechnęła się Ewa Będzie mu tutaj dobrze.

Mam taką nadzieję Oto zapłata, Jagoda podała dwa banknoty po dwieście złotych. Jeśli coś się wydarzy, proszę dzwonić od razu.

Oczywiście.

*****

Te trzy dni minęły błyskawicznie.

Dagna była szczęśliwa, że Jagoda była z nią w tym dniu. Jagoda cieszyła się szczęściem przyjaciółki i polubiła jej świeżo poślubionego męża wydawał się solidny.

Codziennie myślała o Pimku, codziennie dzwoniła do Ewy:

Dzień dobry, jak tam Pimek? Daje się pani we znaki?

Wszystko w porządku, pani Jagodo. Je i korzysta z kuwety. Ale wraca pani jak planowała, za trzy dni?

Tak A coś się stało?

Nie, chciałam się upewnić. Czasem właściciele nagle przedłużają pobyt, a ja już obiecuję miejsce komuś innemu. Ale skoro nie, to dobrze.

Zdecydowanie nie zmieniłam planów. I tak już tęsknię za Pimkiem. Nie wytrzymałabym dłużej rozstania.

Kiedy wróciła do Krakowa, od razu zadzwoniła do Ewy.

Tak, będę czekać westchnęła Ewa do telefonu.

Jagoda zamyśliła się nad tym westchnieniem. Coś było w nim niepokojącego.

Co ja sobie wmawiam? Przecież mówi, że wszystko w porządku próbowała się uspokoić. Ale niepokój tylko rósł.

Pani kot uciekł powiedziała Ewa, zbijając Jagodę z tropu.

Co?! Jak to?!

Sąsiedzi z góry zaczęli remont, był taki hałas, że koty się wystraszyły. Poszłam do nich, poprosić o ciszę na kilka dni, a jak tylko otworzyłam drzwi na klatkę, Pimek wyskoczył. Nie zdążyłam nic zrobić

Czemu mi pani od razu nie zadzwoniła?! Jagoda krzyczała Dlaczego pani kłamała?!

Zawsze sama znajdywałam koty. Czasem uciekają, bo tyle ich tu, a ja jedna. Zawsze się udawało, tym razem nie. Dałam ogłoszenie w internecie, ale nic z tego, jeszcze go nie znalazłam. Proszę się nie załamywać, jeszcze się uda

Nie załamywać?! Jak pani mogła?! Przecież obiecała pani, że wszystko będzie dobrze!

Może chociaż zwrócę pieniądze

Nie chcę pieniędzy! Jagoda rzuciła zmięte banknoty na podłogę.

To przecież twoje spokojnie odpowiedziała Ewa. To nie była moja wina. Proszę, nie róbmy tu przedstawienia.

Jagoda spojrzała z nienawiścią, odwróciła się i zbiegła schodami.

Wyszła na dwór i ledwo doczłapała na ławkę. No jak mogła dać się przekonać na ten ślub? Jak mogła zostawić Pimka

Myślami wróciła do grudniowego wieczoru, gdy wracała z pracy. Był 30 grudnia, przed nią urlop, w planach same przyjemności

Wtedy z ciemnych ulic wpadło jej pod nogi rude kocię. Nawet nie zdążyła się zorientować, już miała go w ramionach.

Ale numer uśmiechnęła się. No i zabrała go do domu, bo przecież co innego?

Sylwestra spędziła z Pimkiem, weekendy z nim, coraz bardziej kochając to stworzenie.

Córeczko, lepiej byś chłopaka jakiegoś poznała, zamiast kolejne kocury z ulicy tachasz żartowała mama na wieść o Pimku.

No cóż, pierwszeństwo miał kot. Chłopak będzie musiał się pogodzić.

W pracy podzieliła się nowiną:

Wiecie co, dziewczyny Koty zawsze wybierają najbardziej podły dzień, żeby się przyczepić do człowieka. A potem już koniec patrzą tymi wielkimi oczami i proszą: Chodź, zmarzłem

Jagoda, powinnaś książki pisać śmiały się koleżanki.

Cieszyły się z nią, choć w oczach miały zdumienie. Jeszcze nie mają własnych zwierzaków pomyślała Jagoda.

To się kiedyś zmieni.

Odkąd Pimek pojawił się w domu, mieszkanie wypełniło się sierścią, ale i ciepłem.

Po powrocie z pracy kot czekał już przy drzwiach, wesoło miauknął, tryknął głową i wskakiwał Jagodzie na kolana, gdzie mruczał jak silnik Syrenki.

A teraz? Cisza. Nikogo nie ma. Pimka nie ma.

A jednak w głębi duszy marzyła, że gdzieś jeszcze jest. Ale gdzie? Nie miała pojęcia.

Koniec! powiedziała, wstając z ławki. Nie mogę się poddać. Muszę go znaleźć.

*****

Halo! Udało się? wykrzyknęła Jagoda, gdy zadzwonił jeden z wolontariuszy pomagających w poszukiwaniach Pimka.

Być może Zadzwoniła do mnie pewna pani i powiedziała, że przygarnęła na ulicy rudego kota podobnego do twojego Pimka. Czeka dziś na ciebie. Wysyłam ci SMS-a z adresem.

Dziękuję!

Jagoda była wdzięczna ludziom, którzy jej pomagali. Sama nie dałaby rady. Od chwili, gdy Pimek uciekł z mieszkania Ewy, minęło już półtora miesiąca.

Najgorsze tygodnie jej życia. Nie mogła spać, po pracy ślęczała nocami na forach pełnych zdjęć zaginionych kotów Pimka nigdzie nie było.

Co gorsza, na telefonie miała tylko zdjęcia małego kotka, sprzed pół roku. Przecież nie wiedziała, że będą jej potrzebne A Pimek urósł, zmienił się. Może dlatego nie mógł go nikt rozpoznać.

Wyskoczyła z taksówki i zapukała do domofonu.

Kto tam?

To Jagoda, w sprawie rudego kota. Otrzymałam adres od wolontariusza.

Proszę wejść.

Po kilku minutach wyszła z klatki przy tej klatce nie było ławek. Ze łzami w oczach stała więc na chodniku.

Kot znaleziona przez tę kobietę był rudy i piękny, ale to nie był jej Pimek. Chwilę patrzyła, żegnając się z cichą zazdrością w sercu.

No to skoro nikt go nie szuka, zostawię go u siebie powiedziała kobieta, obejmując kocią pociechę. A pani życzę powodzenia. Na pewno pani znajdzie swojego Pimka. Trzeba tylko nie tracić nadziei.

Pierwszy raz Jagoda spojrzała na kogoś z zazdrością o spokój, o kota.

Przez następne miesiące zdarzył się jeszcze kilka razy ktoś zadzwonił i mówił o rudym kocie. I znów nie ten.

To było torturą biec, licząc do ostatniej chwili na cud, a potem puste rozczarowanie.

Córeczko, rozumiem. Bardzo go kochałaś pocieszała mama przez telefon. Ale musisz żyć dalej. W Krakowie rudych kotów nie brakuje. Albo przyjedź tu do nas, w sąsiedztwie właśnie małe kociaki się pojawiły, nawet jeden rudy.

Dziękuję, mamo. Ale nie chcę innego

Minęło pół roku. Pimek się nie znalazł. Jagoda zrozumiała, że nie ma już nadziei.

Modliła się tylko o jedno: niech on żyje. Choćby z innymi ludźmi. Może wśród równie samotnych ulicznych kotów. Byle żył.

*****

Jak żyć dalej, nie wiedziała.

Czuła się okropnie winna wobec Pimka i siebie samej. No i co, ślub. Po co była jej ta impreza?

Gdyby nie pojechała, kot byłby z nią do dziś.

Teraz

Nie wiedziała, gdzie jest, co się z nim dzieje. A niepewność gorsza jest niż śmierć.

W weekendy, żeby nie siedzieć w pustym mieszkaniu pełnym kociej sierści, Jagoda wychodziła na miasto.

Snuła się po ulicach Krakowa, zaglądała w podwórka, pod śmietniki.

Nie, nie wierzyła już w spotkanie Pimka, ale nie mogła nie szukać.

I nie wiedziała, jak się to stało, że jednego dnia zawędrowała aż na obrzeża miasta, pod schronisko dla zwierząt. Może mama ma rację, może powinnam wziąć innego kota? przeszło jej przez myśl.

Ale od razu odegnała tę myśl.

A jeśli Pimek się kiedyś odnajdzie? Pomyśli, że o nim zapomniałam?

Już miała odejść, gdy z bramy schroniska wyszła młoda pracownica.

Szuka pani zwierzaka?

Jagoda aż się wzdrygnęła.

Jeśli chce pani adoptować kota, chętnie pokażę nasze futrzaki. Jeśli nie, też żaden problem. Może jednak któreś pani się spodoba?

Jagoda nie miała ochoty oglądać zwierzaków, ale nie potrafiła odmówić.

O, tu jest Simon, dalej Marcepanek. Ładne, prawda?

Tak, śliczne.

Nie potrafiła wyjaśnić, ale nagle poczuła się tu jakoś lepiej. Zwierzęta ze schroniska patrzyły na nią oczami pełnymi nadziei, i jakby z daleka leczyły jej duszę.

A tamten w głębi woliery? zapytała, wskazując na najdalszy boks. Kto tam mieszka?

Tam? Mamy naszego pustelnika. Tak się na niego mówi, bo nikogo do siebie nie dopuszcza. Wzięliśmy go pół roku temu w strasznym stanie. Odchowaliśmy, odratowaliśmy, ale nie daje się do nikogo przekonać

Coś zabolało Jagodę w piersi.

Można go zobaczyć?

Oczywiście, chodźmy.

Gdy usłyszał kroki, rudy kot demonstracyjnie się odwrócił, jakby nie chciał na nikogo patrzeć i nie chciał być dostrzeżony.

To nasz pustelnik. Zawsze się odwraca.

Jagoda już nie słuchała opiekunki patrzyła na kota i

nie, to chyba niemożliwe.

Pimku? wyszeptała niepewnie. Pimku, to ty?

Kot powoli odwrócił głowę i spojrzał na nią zaskoczony.

Nie To mi się tylko przywidziało

Pimek! krzyknęła z nadzieją. Boże, ty żyjesz! Podejdź tu, kochany. Poznajesz mnie?

Kot spojrzał raz, drugi Jagoda?!

Tak, poznał jej głos, jej oczy, jej zapach. Ale nie zbliżał się.

Przecież mnie zostawiła Czy jednak nie? Jeśli zostawiła, czemu teraz tu jest? Co mi mówi mój koci instynkt?

Podpowiadał: bierz nogi za pas do niej! I pobiegł. Ku swojej ukochanej właścicielce.

Opiekunka zdążyła tylko otworzyć kraty, a już Jagoda i Pimek byli w objęciach.

Patrzyli na nich wszyscy: dziewczyna ze schroniska, zwierzęta, chmury płynące po niebie i samo słońce też na nich patrzyło, mrugając wesoło. Bo to były takie chwile, przy których uśmiech sam się pojawia.

Potem Jagoda wróciła z Pimkiem do domu, przysięgając pomóc schronisku. Odwdzięczyć się za wszystko.

*****

Pimek, wtulony w ukochaną właścicielkę, mruczał tak głośno jak traktor na polskiej wsi, co chwila miaucząc i opowiadając jej o tym strasznym dniu: Tak się wtedy przestraszyłem, taki był hałas, a ciebie nie było. Wybiegłem cię szukać I wpadłem pod samochód. Jak się cieszę, że mnie znalazłaś. Prawda, że już mnie nie zostawisz?

Kot zamilkł i spojrzał Jagodzie prosto w oczy.

Nie, Pimku. Nigdy cię nie zostawię.

Oceń artykuł
Newskey24
Nadziei już nie ma