Mam czterdzieści jeden lat i przez dziewięć lat mieszkałem z Kasią w Bydgoszczy, na Wilczaku, w mieszkaniu, które teoretycznie było nasze, choć wkład wniosła głównie ona. Prowadzę serwis rowerowy przy Gdańskiej — mały, dwa boksy, zapach smaru i gumy, radio zawsze nastawione na Trójkę. To, co się stało zimą, zacząłem opowiadać sobie na swój sposób dopiero, kiedy musiałem stanąć przed Kasią i powiedzieć coś, czego wcześniej nigdy nie powiedziałem: że się mylę.
Zacznę od tego, czego nikt poza mną nie widział. W listopadzie, kiedy sprawy między nami już się sypały, siedziałem po zamknięciu warsztatu i liczyłem rachunki przy świetle jednej lampki, bo druga się przepaliła, a nie chciało mi się iść do sklepu. Miałem wtedy dług u dostawcy części, jakieś osiem tysięcy złotych, i wstydziłem się o tym mówić. Zamiast powiedzieć, zacząłem znikać wieczorami — mówiłem, że jadę do kolegi po części z demontażu, a tak naprawdę siedziałem w aucie na parkingu przy Kapuściskach i po prostu nie chciałem wracać do rozmowy, którą trzeba było odbyć. To nie było zdrada, jak Kasia od razu pomyślała. To było tchórzostwo, tylko że ono wygląda bardzo podobnie z zewnątrz.
Kasia pracuje jako księgowa w firmie transportowej i ma tę cechę, że liczby jej się nie zgadzają nigdy przypadkiem. Zauważyła, że z konta znikają kwoty, których nie umiałem wytłumaczyć od ręki, i zauważyła moje zniknięcia wieczorami. Złożyła to w jedną historię — inną kobietę. Nie miała racji co do faktów, ale miała rację co do rzeczy ważniejszej: że ją okłamuję i że robię to systematycznie, tydzień po tygodniu.
Kiedy wybuchło, powiedziała jedno zdanie, które zapamiętałem dosłownie: „Nie chcę wiedzieć, co robiłeś. Chcę wiedzieć, czy jeszcze potrafisz mówić prawdę". Spakowała wtedy torbę i pojechała do siostry na Fordon, na dwa tygodnie. Zabrała psa, kundelka imieniem Budyń, którego przygarnęliśmy razem trzy lata wcześniej spod Carrefoura przy Kruszwickiej.
Te dwa tygodnie to jest ta część, o której nikt poza mną nie wie. Nie dzwoniłem do niej codziennie z przeprosinami, bo już wiedziałem, że słowa u mnie są tanie. Poszedłem do doradcy w banku przy Focha i rozłożyłem dług na raty, które mogłem realnie spłacać, zamiast dalej to ukrywać. Zadzwoniłem do dostawcy części i powiedziałem wprost, że muszę spłacać wolniej — bałem się, że zerwą współpracę, ale się zgodzili. Wieczorami, zamiast siedzieć w aucie, siedziałem w pustym mieszkaniu i po raz pierwszy od miesięcy zapisywałem w zeszycie, co dokładnie wydaję i dlaczego kłamałem, zamiast powiedzieć. To nie było ładne. To było żenujące, pisać samemu sobie, że boję się rozmowy bardziej niż długu.
Jedna rzecz, której nikt by się nie domyślił: karmiłem sąsiadowi kota, panu Wiesławowi z parteru, bo wyjechał do córki do Torunia i nie miał kogo poprosić, a ja akurat wracałem wcześniej niż zwykle, bo nie miałem już do kogo wracać z pustymi rękami. Ten kot, gruby rudzielec imieniem Kotlet, siadał mi na kolanach, kiedy liczyłem raty, i to było jedyne towarzystwo, jakie miałem przez te dwa tygodnie.
Kasia wróciła w grudniu, tuż przed świętami, bo powiedziała, że nie chce spędzać Wigilii u siostry, kiedy jej życie jest tutaj. Nie przyszła z otwartymi ramionami. Przyszła z listą — dosłownie, na kartce z zeszytu w linie, wypisała punkty, jak w pracy przy rozliczeniach. Chciała wiedzieć: skąd te pieniądze, dlaczego kłamałem, i co się zmieni, nie na słowach, tylko konkretnie.
Powiedziałem jej prawdę o długu, pokazałem umowę z bankiem o rozłożeniu na raty i potwierdzenie od dostawcy części, że spłacam po nowemu grafiku. Nie prosiłem, żeby mi uwierzyła na słowo — położyłem papiery na stole kuchennym, tym samym, przy którym zjedliśmy chyba tysiąc kolacji, i powiedziałem: sprawdź, zadzwoń, zapytaj w banku, czy to prawda. Ona zadzwoniła. Nie dlatego, że mi nie ufała całkowicie, tylko dlatego, że już raz uwierzyła mi na słowo i to jej nie wystarczyło.
Przez kolejne trzy miesiące nie było żadnej wielkiej sceny pojednania. Było za to coś nudniejszego i trudniejszego: co piątek pokazywałem jej wyciąg z konta firmowego, żeby widziała, że dług realnie maleje. Nie dlatego, że kazała — sam to zaproponowałem, bo wiedziałem, że jedna rozmowa nie odbuduje tego, co zepsułem tygodniami milczenia.
W marcu, kiedy ostatnia rata poszła do dostawcy części, Kasia przyniosła do domu nowe obrożę dla Budynia — taki gest, którego nie umiała nazwać wprost, ale ja zrozumiałem: kupiła coś nowego, bo zdecydowała, że zostajemy. Nie powiedziała „wybaczam". Powiedziała: „Zobaczymy, jak będzie dalej, ale na razie zostaję i pilnuję wyciągów". I tak właśnie zostało — pilnuje, ja pokazuję, Kotlet czasem nadal wpada z parteru, kiedy pan Wiesław jedzie do córki, a dług spłaciłem co do złotówki, w całości, osiem tysięcy sto dwadzieścia, ostatniego dnia marca.







