Nie oddam jego mieszkania

Nie oddam mu tego mieszkania
Po co przyszłaś?

Halina stała w drzwiach, zasłaniając ramionami futrynę jakby broniła dostępu nie tylko do pokoju, ale do samego życia.

Dzień dobry, pani Halino.

Zapytałam: po co przyszłaś.

Danuta długo nie odpowiadała. Spojrzała na wycieraczkę tą samą, co wiele lat temu kupiła jeszcze na bazarze Stadion granatową z białą lamówką. Leżała do dziś, wytarta, ale nie wyrzucona.

Mogę wejść?

Cisza trwała chwilę za długo. Halina nie drgnęła, potem jednak cofnęła się bez słowa i poszła do kuchni. To można uznać za zaproszenie.

Danuta zamknęła drzwi. W przedpokoju pachniało znajomo, ale inaczej niż dawniej. Zabrakło zapachu tytoniu, który snuł się z kurtki Stasia, wiszącej zawsze na lewym wieszaku. Teraz zwisał tam tylko szlafrok w kratę i stara fioletowa czapka.

W kuchni Halina stukotała czajnikiem, choć nie wyglądało, by zamierzała częstować. Po prostu musiała czymś zająć ręce.

Widziałam światło w oknie powiedziała Danuta. Przechodziłam obok.

O dziesiątej wieczorem?

Autobus miał opóźnienie. Czekałam na przystanku.

Halina odstawiła czajnik i odwróciła się. Spojrzała na Danutę takim wzrokiem, jakim patrzy się na kogoś, komu już od dawna się nie ufa, a jednak nie do końca odrzuca.

Rozbieraj się już, skoro weszłaś.

Danuta odwiesiła płaszcz na lewy wieszak, pod czapkę. Potem przeniosła go na prawy.

Usiadły naprzeciw siebie. Halina nalała herbaty, nie zapytawszy, czy Danuta chce. Dosunęła cukier; jej oczy wciąż utkwione były w stole. Wszystkie te ruchy wydawały się automatyczne, jakby ciało działało poza wolą, bo gość przy stole to gość, choć głowa się buntuje.

Jak się trzymasz? spytała Danuta.

Normalnie Halina objęła kubek dłońmi. Po staremu.

Danuta patrzyła na jej ręce duże, poplamione czasem kostki. Ściskały kubek za mocno jak na normalnie.

Chciałam pogadać powiedziała cicho Danuta.

O czym?

O różnych rzeczach.

O papierach?

Danutę zatkało.

Nie tylko.

Halina upiła łyk herbaty i odstawiła kubek z odgłosem, który mógł nie znaczyć nic lub bardzo wiele.

O papierach porozmawiaj z notariuszem. Powiedziałam już wszystko.

Wiem.

To po co powtarzać.

To nie było pytanie, Danuta nie potraktowała tego jak pytanie. Popiła herbaty, za gorąca. Odstawiła.

Deszcz za oknem szemrał, ten drobny październikowy, niby wisi w powietrzu, nie padając naprawdę. Latarnia kiwała się na wietrze, a jej cień wędrował po parapecie.

Danuta znała tę kuchnię na pamięć. Wiedziała, że w lewym szufladniku leżą stare sznurki i zużyte baterie, które Staś chomikował bo może jeszcze na coś starczą. Pod zlewem zawsze stało wiadro, które przynoszono tylko, gdy ciekła rura, a rura ciekła każdej jesieni. Za lodówką była szpara, do której kiedyś wtoczyła się złotówka pół godziny wyciągali ją linijką, Staś śmiał się, Halina śmiała i… Basia się śmiała.

Basia. Ledwie trzy miesiące.

Przywiozłam dżem powiedziała. Z mirabelek. Stoi w reklamówce w przedpokoju, nie wiem, czy pani zauważyła.

Halina spojrzała w tamtą stronę, wróciła do stołu wzrokiem.

Widziałam.

Lubi pani z mirabelek.

Lubiłam… zawahała się Lubię.

W tym przejęzyczeniu było coś gorzko prawdziwego. Jakby sama Halina nie wiedziała, w którym czasie naprawdę żyje.

Danuta rozumiała. Sama też łapała się, że odruchowo mówi o nim w czasie teraźniejszym i potem zapada tafla ciszy, tak ciężkiej, że lepiej milczeć.

Słyszałam, że miała pani jechać do Teresy, do Gdańska rzuciła Danuta.

Miałam. Jeszcze się nie zebrałam.

Co panią powstrzymuje?

No… Halina wzruszyła ramionami. Sprawy.

Danuta patrzyła jej w oczy. Doskonale wiedziały, że spraw nie było. Było mieszkanie, którego nie chciało się zostawić. Był lęk, że zostawi się je puste, wróci do obcego. Może lęk przed tym, że Teresa będzie ją żałować, a ona nie umie przyjmować żalu.

Pani Halino Danuta ściszyła głos, poważny. Nie o papiery przyszłam. Naprawdę.

Naprawdę powtórzyła Halina. Trudno było powiedzieć, czy wierzy, czy tylko powtarza za nią słowo.

Wiem, że jest pani na mnie zła.

Nie jestem zła.

Dobrze.

Po prostu nie rozumiem w jej głos wkradło się coś miękkiego, co wyłamało się, choć nie chciała. Nie rozumiem, jak można. Minęło pół roku. Ty już… chyba ruszyłaś dalej. Ja tu stoję.

Danuta nie próbowała tłumaczyć źle pani myśli. Po prostu siedziała.

Widziałam cię podjęła Halina. Wiesia z dołu mówiła mi widziała cię latem w kawiarni, na Kruczej. Z kimś.

To kolega z pracy. Projekt robiliśmy wspólnie.

Kolega echem powtórzyła Halina.

Tak.

Halina wstała powoli, podeszła do okna. Oparła się o framugę, patrząc na deszcz i latarnię.

Staś cię bardzo kochał rzuciła nie odwracając się. Chyba nawet mocniej, niż myślałaś.

Wiedziałam.

Nie jestem pewna.

Danuta ścisnęła kubek. Coś w jej środku się rozkołysało, jak cień od latarni. Wiedziała, że zaraz powie za dużo, jeśli nie zamilknie. Więc milczała.

To nie tak, że byłaś zła Halina wciąż patrzyła w ulicę. Masz czterdzieści dwa lata, całe życie przed sobą. Ja sześćdziesiąt osiem. Syn był. Jeden.

Wiem.

I już go nie ma. A ty przychodzisz z dżemem.

Brzmiało gorzko, ale też bardzo precyzyjnie. Danuta poczuła wdzięczność za tę rzetelność, choć nie umiała tego powiedzieć na głos.

Nie wiem, jak inaczej wyszeptała. Nie umiem bez słów. Muszę przyjść, coś przynieść, coś powiedzieć. Z pustymi rękami było jeszcze trudniej.

Halina wreszcie odwróciła się, spojrzała uważnie.

Płakałaś, zanim przyszłaś?

Trochę.

Na klatce?

No tak.

Coś w twarzy Haliny delikatnie się przesunęło. Usiadła znów przy stole.

A głupie jesteśmy, obie mruknęła.

Pierwsze, co brzmiało szczerze tego wieczora.

Słuchały deszczu. Dom wypełniał się szumem.

Opowiedz mi poprosiła Danuta. O testamencie. Co cię najbardziej zabolało. Nie przez prawnika sama powiedz.

Halina spojrzała na nią lekko zdziwiona, jakby nie spodziewała się, że ktoś może chcieć naprawdę jej słuchać.

To mieszkanie zaczęła cicho. Jego mieszkanie, które z Rysiem, moim mężem, kupiliśmy kiedyś dla niego. Osiem lat odkładaliśmy. Staś był jeszcze młody. Żeby miał własne. I mieszkał tam, i ty też mieszkałaś, i nie mam do tego pretensji. Ale mieszkanie było jego. Teraz zgodnie z papierami…

Teraz przechodzi na mnie potwierdziła Danuta.

Nie byliście małżeństwem.

Sześć lat razem żyliśmy.

Wiem. Halina ręce złożyła na stole. Tylko wydaje mi się… że chciałby, bym ja miała do tego prawo. Nie tak. Nie bez mnie.

On napisał testament, Halino. Sam napisał.

Wiem, sama czytałam. Znowu pauza. Może dobrze zrobił. Już nie wiem. Na początku byłam bardzo zła. Teraz nie. Tylko trudno to wszystko ogarnąć.

Co takiego?

Po co ci to mieszkanie. Mówiłaś Wiesi, że pewnie się wyprowadzisz. Że sama tam za dużo. To czemu trzymasz?

Danuta patrzyła w blat.

Tak mówiłam w lipcu, kiedy było mi najgorzej. Sama nie wiem, co zrobię.

Gdybyś miała sprzedać zaczęła Halina.

Nie zamierzam sprzedawać.

Ale gdyby uparcie ciągnęła Halina. Powiedz mi najpierw. Babom na klatce nie, tylko mnie.

I właśnie wtedy Danuta zrozumiała, że o to chodzi. Nie o metry, nie o pieniądze. O tę nić. Nie być obcą. Mieć prawo do pierwotnej informacji. Trzymać się jeszcze przez chwilę blisko przez tę kobietę, która jadła w tej kuchni, sprzątała za synem, znała go po macierzyńsku, zupełnie inaczej niż ona.

Powiem pierwszej tobie. Obiecuję.

Halina przytaknęła, nalała herbaty.

Jadłaś dzisiaj coś? zapytała.

Rano.

Rano… Wstała i otworzyła lodówkę. Gotowałam zupę. Z makaronem. Zjesz?

Zjem.

Podczas gdy Halina podgrzewała zupę, Danuta patrzyła na jej plecy i myślała, że w innym życiu mogłyby być inne. Mogłyby razem jechać na działkę, wspólnie świętować, może dzwonić bez powodu. Może i nie. Może zawsze byłby ten dystans, ta ostrożność, bo były za różne żeby być bliskimi, za podobne by być zupełnie obce.

Zupa była prosta, codzienna marchew, cebula, trochę makaronu i zbłąkana gałązka koperku.

Dobra pochwaliła Danuta.

Nie przesadzaj.

Naprawdę dobra.

Odeszły od stołu w ciszy. Potem Halina rzuciła, nie odrywając oczu od talerza:

Wiesz, że Staś cię szukał w szpitalu? Wiedziałaś?

Danuta znieruchomiała z łyżką nad talerzem.

Co?

Wyjechałaś wtedy, w kwietniu, na konferencję. On miał badania, ja przyjeżdżałam, ciągle pytał, kiedy wrócisz. Mówiłam, że nie wiem. On, że dziś, potem że jutro, potem że pojutrze.

Danuta odłożyła łyżkę.

Wróciłam, jak tylko się dowiedziałam.

Wiem. Halina spojrzała na nią. To nie wyrzut. Opowiadam po prostu.

Po co?

Chcę, żebyś wiedziała. Żeby ktoś jeszcze wiedział, oprócz mnie.

To było szczere. Danucie zaschło w ustach, choć dopiero co jadła zupę. Zerknęła na herbatę. Już wystygła.

Nie mówił mi, że się boi powiedziała. Myślałam, że jest spokojny, że akceptuje. Że lepiej, gdy nie kręcę się wokół.

On nie lubił, jak mu współczuli.

No właśnie. Myślałam, że robię dobrze.

Może i dobrze. Halina zgarnęła talerze. Może nie. Kto to wie.

W powietrzu zostawiało to kto to wie. I już nie schodziło.

Danuta zmywała talerze, choć Halina nie prosiła. Stały przez chwilę znowu przy zlewie. Te same ruchy, ten sam rytm jak wczoraj.

Po chwili wróciły do stołu. Halina przyniosła herbatniki, te zwykłe, jakie zawsze zostają na dnie opakowania.

Wiesia mówi, że powinnam zapisać się na jakieś zajęcia dla seniorów rzuciła Halina. W domu kultury malują akwarele, w czwartek.

Chciałabyś?

Nie wiem. Głupio jakoś.

Czemu głupio?

W moim wieku…

W twoim wieku to idealnie uśmiechnęła się Danuta.

Halina spojrzała na nią lekko z przekąsem.

Mówisz jak opiekunka społeczna.

A ty, jakbyś miała sto lat.

Sześćdziesiąt osiem.

To nie sto.

Halina odgryzła kawałek herbatnika.

Całe życie coś robiłam. Rysiek, potem Staś, potem praca, potem miały być wnuki, ale… Nie umiem tak po prostu. Akwarele to… po prostu.

Może właśnie trzeba.

Łatwo powiedzieć.

Trudniej powiedzieć, uwierz odpowiedziała Danuta. Mnie też trudno.

Halina na nią patrzyła.

Też się wybierzesz na kółko?

Nie. Ale… ja też nie umiem. Praca, znajomi, wszystko jest. A wieczorem wracam do domu i nie wiem, co z sobą zrobić. Siedzę i myślę, że zaraz wejdzie i powie coś swojego głupotę jakąś i wszystko będzie na swoim miejscu.

Cisza.

Potrafił mówić głupoty stwierdziła Halina.

Potrafił.

Przychodzi, mówi: Mamo, kiedyś myślałem, że słonina to takie małe słonie. Albo: w dzieciństwie myślałem, że smoki są naprawdę, bo babcia mówiła, żebym smarował buzię kremem Nivea, to nie zestarzejesz się jak smok.

Danuta się zaśmiała z zaskoczeniem.

Skąd on to brał?

Dużo czytał.

Od piątego roku życia. Nie mogłam go od książek oderwać.

Pokazywał mi zdjęcia. Działka, był mały, siedzi ze szpargałami na ganku, wokół dzieci biegają, on w książce.

Pamiętam tę działkę Halina zapatrzyła się w miejsce gdzieś za oknem, nie na Danutę, raczej w przeszłość. Rysiek kopał ogród od świtu jak w transie. Staś czytał. Myślałam: co za dzieciak. Później się pogodziłam.

Co czytał wtedy, co miał osiem?

O kapitanach. O morzu. Morza na żywo nie widział jeszcze długo. Dopiero w szesnastce pojechał pierwszy raz. Stał i patrzył w morze. Rysiek pytał: No i jak? A on: jakieś mniejsze to morze. W książce było większe.

Danuta się uśmiechnęła. Słyszała inną wersję tej samej opowieści, ciekawe, czy była jakaś prawdziwa wersja, czy już urosła do rodzinnej legendy.

Bardzo mi o Ryśku opowiadał powiedziała. Tęsknił.

Rysiek, Ryszard Kaczmarek, zmarł sześć lat temu, nie doczekał poznania Danuty. Nie spotkali się.

Tak rzekła powoli Halina. Tęsknił.

Ty też tęsknisz?

Codziennie powiedziała spokojnie, bez goryczy Przyzwyczaiłam się, ale tęsknię. To nie są sprzeczne rzeczy.

Nie, nie są zgodziła się Danuta.

Znowu zamilkły.

Opowiesz mi o nim? O Stasiu-małym? Chcę wiedzieć, póki jest kto może opowiadać.

Halina spojrzała pytająco:

Po co ci?

Bo chcę. Póki można.

Zabrzmiało ostro, Danuta poczuła to, ale nie cofnęła.

Halina milczała chwilę, potem wyszła i wróciła z kartonem. Wyjęła zeszyty, figurki, kredki, świstki z rysunkami.

To jego oznajmiła. Sortowałam we wrześniu. Część oddałam, część została.

Danuta wzięła jeden zeszyt. Dziecinne, koślawe pismo. Staś Kaczmarek, klasa II.

Boże szepnęła.

No właśnie przyznała Halina. Za każdym razem tak mówię.

Przeglądały razem. Halina wspominała, Danuta słuchała: jak uczył się stać na głowie, chodził z guzem tydzień, jak przyniósł kota, kot nie spodobał się Ryśkowi, potem się spodobał, potem kot sam odszedł i Staś twierdził, że to jego decyzja. O tym, że w czternastym roku życia oznajmił, że zostanie informatykiem, bo wtedy można w kapciach pracować.

Pracował w kapciach rzekła Danuta z nostalgią.

Słowa dotrzymał.

Późna noc, gdy Danuta uniosła wzrok i zorientowała się, która jest godzina.

Muszę jechać. Ostatni autobus zaraz będzie.

Zostań powiedziała Halina. Zaskakiwało ją samo, że to wypowiedziała. Rozłożę ci pościel na kanapie.

To może być kłopotliwe…

Dla kogo?

Danuta spojrzała na nią; Halina patrzyła na bok, jakby to zdanie wyskoczyło poza jej kontrolę.

Dobrze powiedziała cicho. Dziękuję.

Póki Halina ścieliła w pokoju, Danuta zmywała. Patrzyła w ciemne okno odbijała się w nim ta kuchnia, żółty blask lampy, jej własna postać. Pomyślała, że trzy miesiące temu nie umiałaby sobie wyobrazić takiego wieczoru. Tego posiłku, tych zeszytów, tego zostań.

Myślała, że jeśli zostało cokolwiek po śmierci bliskiego, to właśnie to. Trzeba przyjść, z dżemem lub bez, usiąść i pozwolić, by cisza się zawiązała, a potem być może da się z niej coś wynieść.

Może dziś coś właśnie się przesunęło.

Pokój był ten sam, co dawniej, ten sam kanapowy zagłówek, pled w kratę, którego Halina uparcie nazywała brązowym”, choć był ceglasty. Danuta przykryła się do ramion i patrzyła w sufit.

Na regale stały książki, głównie Ryśka: Lalka, Ziemia obiecana, Historia Polski. Jedna cienka nie pasowała Listy znikąd, autor nieznany. Danuta wyjęła, otworzyła na pierwszej stronie. Dedykacja długopisem, pismem Stasia, które poznałaby wszędzie: Mamo na urodziny. Czytaj powoli. Kocham.

Danuta zamknęła książkę.

Odłożyła na półkę.

Długo patrzyła na nią w półmroku.

Za ścianą było cicho, tylko stukanie butek Haliny o klepkę przed szafą, kran na moment. Życie toczyło się uparcie, nieprzerwanie, zwyczajnie.

Rano Halina gotowała owsiankę. Danuta wyszła do kuchni, Halina postawiła przed nią miskę bez pytania. Obok szklanka soku Danuta nie spodziewała się. Za oknem szare, październikowe rano, mokry chodnik, prawie gołe drzewa.

Na którą masz do pracy? spytała Halina.

Na dziesiątą. Zmieszczę się.

Dasz radę, tu blisko. Kręciła swoją kaszę. Do metra idziesz?

Tak.

Trzeci przystanek, prawda?

Tak… zdziwiła się Danuta.

Staś mówił.

Danuta jadła owsiankę. Słona, z masłem, taka jakiej nie jadła od lat. W dzieciństwie mama tylko raz robiła słoną. Zapomniała, że w ogóle istnieje.

Chcę ci coś pokazać Halina wyjęła kopertę. To jego, z wojska. W wojsku nie był, ale na studiach jeździli na poligon. Pisał wtedy do mnie. Tylko do obejrzenia, nie na zawsze.

Wyjęła list złożony w czworo i położyła przed Danutą. Danuta czytała powoli, jak w książce z półki.

Staś pisał o mgle za barakiem, o starym topoli, o tym, że świat się zmienia, a topola stoi i dobrze, że są rzeczy stałe. Pisał, że tęskni za domem, za pierogami. Pisał, że brakuje mu ciszy własnego pokoju.

To był Staś, którego Danuta nie znała. Młodszy, miękki, nieuformowany jeszcze na to, kim się stał.

Mogę przepisać go sobie? Albo zdjęcie chociaż. Tylko dla siebie.

Halina patrzyła na nią.

Weź cały powiedziała po chwili. Już mi niepotrzebny.

Ale to pani…

Danuta. Po raz pierwszy powiedziała po imieniu. Weź.

Danuta schowała list do koperty i do torebki. Słów nie było, więc nie szukała.

Razem zmywały. Halina płukała, Danuta wycierała jak wczoraj z talerzami, tylko teraz było inaczej. Ruch wspólny, zgodny.

Jedź do Teresy powiedziała nagle Danuta. Mieszkanie nie ucieknie. A Teresa czeka, pewnie.

Dzwoniła, przyznała Halina. Że ją zaniedbuję.

No to jedź.

Zobaczę.

Pani Halino.

Zobaczę, mówiłam.

Danuta odłożyła ściereczkę.

Mogę czasem tu wpadać? zapytała. Bez narzucania, ale czasem.

Halina zamknęła wodę; długo trzymała ręcznik.

Przyjeżdżaj powiedziała cicho. Ugotuję zupę.

Z makaronem?

Chcesz z kaszą?

Makaron będzie w sam raz.

No to umowa stoi.

Danuta się ubrała. Halina odprowadziła ją do drzwi. W przedpokoju Danuta założyła płaszcz, chwyciła torbę, zerknęła raz jeszcze.

Dziękuję za noc.

Daj spokój Halina patrzyła gdzieś obok. Spiesz się, bo się spóźnisz.

Danuta już chwyciła klamkę, cofnęła się.

Ta książka, którą Staś pani dedykował. Czytała ją pani?

Zaczęłam. przerwa. Wolno czytam.

Kazał wolno.

Wiem. Halina zamilkła, a potem Czyli mnie znał.

Danuta skinęła głową, otworzyła drzwi.

Do widzenia.

Do widzenia odpowiedziała Halina.

Drzwi zamknęły się. Danuta stała na korytarzu i słyszała, jak Halina za drzwiami zwleka z przekręceniem zamka. Jakby też słuchała.

Na klatce pachniało wilgocią i, gdzieś z dołu, świeżą farbą. Żarówka na piętrze migała, ale świeciła. Danuta schodziła powoli po schodach.

Na zewnątrz ten sam szary październik, ludzie spieszyli się do pracy, gdzieś szczekał pies, a gołębie dreptały po trotuarze. Wszystko jak zawsze, z zewnątrz nic nie znaczące, a wewnątrz związane ze wszystkim, co zostało tej nocy wypowiedziane.

Szła do metra, myśląc, że pojednanie nie jest zdarzeniem jednorazowym, po którym wszystko inneje. To nie moment, nie decyzja. To może po prostu ta zupa. Zeszyty. Noc na obcym tapczanie. Ściereczka w rękach. List w kopercie na dnie torby.

Nie wiedziała, co dalej. Nie wiedziała jak one będą ona i Halina w tym nowym, bezimiennym stanie. Nie teściowa i synowa, nie znajome, nie przyjaciółki. Coś, co wisi na wspólnej pamięci i miłości do tego samego człowieka. Każda na swój sposób to nie powód, by być blisko, ale i nie powód, by być obce.

W torbie leżał list. Postanowiła, że wyciągnie go dopiero wieczorem, w domu, przy świetle.

Wsiadła do metra. Drzwi wagonu zamknęły się, pociąg ruszył.

Parę przystanków przed swoim przystankiem napisała Halinie w wiadomości: Jestem już w pracy. Dziękuję za kaszę.

Odpowiedź przyszła dwadzieścia minut później, gdy już przebierała się w szatni: Proszę. Dżem włożyłam do szafki.

Danuta odłożyła telefon. Zdjęła płaszcz.

W korytarzu ktoś się śmiał, nie przejmując się niczym. Za oknem biura niebo było jasnoszare, niemal białe. Danuta pomyślała, że może wieczorem się przejaśni. Może nie. Październik jest nieprzewidywalny.

Poszła na zebranie.

W piątek wieczorem, trzy dni później, zadzwoniła Halina. Danuta właśnie podgrzewała obiad, odebrała po trzecim dzwonku.

Jadę do Teresy Halina bez wstępów. Jutro rano.

Dobrze odpowiedziała Danuta.

Na dziesięć dni.

Bardzo dobrze.

Pauza.

Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?

Nie. Cieszę się.

No to dobrze. pauza. Danuta.

Tak?

Tam na półce, w tym pokoju, co spałaś. Weź sobie tę książkę. Staś ją miał, niech zostanie przy tobie.

Danuta stała z łyżką nad garnkiem. Obiad właśnie zaczynał kipieć.

Wezmę szepnęła.

I to wszystko. Idę się pakować.

Szerokiej drogi.

Dziękuję.

Milczały sekundę jak ludzie, dla których milczenie znaczy już więcej.

Do widzenia powiedziała Halina.

Do widzenia.

Danuta zmniejszyła gaz. Odłożyła łyżkę. Spojrzała w okno, za którym świeciły już latarnie.

Gdzieś w Gdańsku była Teresa, czekająca i już pewnie szykująca obiad. Gdzieś na półce leżała książka z napisem czytaj powoli, kocham. Gdzieś w kuchennej szafce stał dżem z mirabelek.

Może właśnie to wszystko, co zostaje. Nie to, co u notariusza. Nie metry i umowy. Tylko to. Dżem w obcej szafce. List w kopercie. Zdanie, które trafiło prosto, bo wypowiedziane przypadkiem.

Danuta zamieszała wolno zupę.

Oceń artykuł
Newskey24
Nie oddam jego mieszkania