Nie żałuję niczego

– I żeby mieszkanie było posprzątane, zanim wrócę! pani Olga Kowalska wybiegła na klatkę schodową i tak mocno trzasnęła drzwiami, że aż szyby w drzwiach wejściowych się zatrzęsły.

Basia, która akurat schodziła po schodach, aż się wzdrygnęła. Zatrzymała się na moment.
Liczyła, że sąsiadka jej nie zauważy. Niestety, przeliczyła się zauważyła.

– O, Basiu… Dzień dobry!

Kobieta postawiła kartonowe pudełko po wolnowarze na podłodze, z pośpiechem dopinając guziki płaszcza. Widać było, że jej się spieszy.

– Dzień dobry, pani Olgo Basia uśmiechnęła się uprzejmie. Znowu dzieci coś zmalowały?

– Nawet nie pytaj! Ręce opadają burknęła sąsiadka, walcząc z ostatnim guzikiem.

W tej chwili pudełko na podłodze lekko się poruszyło.

Basia odskoczyła z zaskoczenia, choć była w bezpiecznej odległości.

Nie należała do bojaźliwych osób, ale nigdy by nie przypuszczała, że w tym pudle coś żywego siedzi…

Ciekawe, co tam jest w środku?

Wyobraźnia natychmiast podsunęła jej obraz żywego wolnowaru, który psocił (np. pluł surowymi warzywami) i dlatego został skazany na utylizację na wysypisku.

– Proszę spojrzeć powiedziała kobieta, chwytając karton i pokazując zawartość.

Basia zeszła na półpiętro, podeszła bliżej i nieśmiało zajrzała do środka.

Oczywiście wiedziała, że nie siedzi tam żadna mściwa maszyna. Ale to, co zobaczyła, i tak ją zaskoczyło.
I to bardzo mile zaskoczyło.

Ze spodu pudełka patrzyły ciekawskie oczka. Należały do małego kotka.

– Boże, jakie śliczne! westchnęła Basia.

– Czym tu się zachwycać mruknęła niechętnie pani Olga, zamykając pudełko.

– Skąd pani go ma?

– Dzieci go przytachały… Żałuję, że w ogóle się zgodziłam. Tyle zachodu z tym kociakiem, że normalnych słów brakuje. Ja też dałam się nabrać na jego piękne oczka i słodką mordkę, ale nie bez przyczyny mówią: Nie wszystko złoto, co się świeci. Na oko aniołek, a charakter jak mój były.

– Może jak trochę podrośnie, to się uspokoi, pani Olgo pocieszyła Basia. Miała go pani zabierać do weterynarza? Na szczepienia?

– Na co mi weterynarz? Jakie szczepienia, Basiu? Mam go już dość, sił nie mam! Wymyśliłam, że zawiozę go na działkę. Niech tam sobie mieszka.

Basia spojrzała z niedowierzaniem, mając nadzieję że to żart.

Po brwiach i nieprzyjemnym spojrzeniu poznała jednak, że to najprawdziwsza prawda. I na pewno nie 1 kwietnia, tylko 15 listopada.

– Kociaka na działkę? Jesienią?

– A co mam zrobić? Do wiosny czekać? Kiedy nie odwieźć, wszystko jedno. Nawet jakby był środek zimy, to też bym zawiozła. To nie kot, tylko jakieś nieporozumienie.

Pani Olga z emocji aż złapała oddech i zamilkła.

Odetchnięcie pomogło ciągnęła dalej:

– Widziałabyś jak on rozrabia! Nawet kiedy byłam sama z dwójką dzieci, nie piłam tyle ziołowych herbatek na uspokojenie. Moja decyzja jest ostateczna. Na działkę. I koniec!

– Ale

– Zostawić go na podwórzu? Tam go dzieciaki znalazły i na pewno by znowu go przyniosły do domu, albo sam by wrócił… A ja dziękuję za taki prezent, więcej nie chcę!

Zerknęła na telefon, sprawdziła godzinę i pokręciła głową:

– Zagadałaś mnie, Basiu. Ja naprawdę muszę biec, bo jeszcze autobus ucieknie.

Objęła mocniej pudełko, odwróciła się i zaczęła schodzić po schodach, trzymając się kurczowo poręczy.

Basia patrzyła na nią, nie mogąc zrozumieć, jak można zostawić takiego malucha samego na działce. Przecież on sobie tam nie poradzi.

– Proszę zaczekać, pani Olgo! zawołała za nią.

– Co jeszcze? Przecież się spieszę!

– Niech go pani nie wywozi. Ja spróbuję znaleźć mu nowy dom. Proszę mi go oddać.

Pani Olga zatrzymała się i…

…powoli się odwróciła.

– Nowy, lepszy dom? Insynuujesz, że mój jest zły? zmrużyła oczy. Przypominam, dwójkę dzieci wychowałam własnymi rękami!

– Nic nie sugeruję. Po prostu on nie poradzi sobie sam. Na działce nie przetrwa.

– Jeżeli ma wolę przetrwania, to sobie da radę. A jak nie, to już jego sprawa. Los.

– Ale po co tak?

– Bo to nie moja wina zamachała rękami. Kot nie umie się zachowywać.

– Przecież on jest niemal jak dziecko! Jeszcze się nauczy! powiedziała Basia, po czym dodała z nagłą odwagą: Swoich dzieci nie wywoziła pani na działkę, choć krzyczy pani na nie cały czas!

– Moje dzieci to moje dzieci! Nie mieszaj kota do tego! Ale skoro już chcesz, to bierz!

Postawiła pudełko na podłodze.

– Będzie mi lepiej: nie muszę nigdzie jechać i tracić pieniędzy na przejazd. Ciekawe, jak długo sobie poradzisz! zaśmiała się kąśliwie.

Weszła do mieszkania, znowu trzasnęła drzwiami i Basia usłyszała jeszcze krzyk:

– Co jest?! Czemu nadal nie sprzątacie? Oddać telefony!

Co było dalej, Basia już nie słyszała. Ostrożnie podniosła pudełko, upewniła się, że kociak jest na miejscu i weszła na swoje piętro.

Tak nieoczekiwanie dla siebie została szczęśliwym posiadaczem kartonu po wolnowarze i…

małego kotka, który siedział w środku.

Basia wcale się nie spodziewała, że w jej domu pojawi się futrzany lokator.

A tym bardziej dziś… Wyszła tylko po kawę, która się skończyła, i przypadkiem znalazła się nie tam, gdzie trzeba, nie wtedy, kiedy trzeba.

I szczerze mówiąc, nie czuła do zwierząt specjalnej miłości. Trochę obojętna była na psy i koty nie miała w sobie tej szalonej pasji, o której tyle mówią właściciele czworonogów.

Jednak na to, by pozwolić sąsiadce wywieźć maluszka na działkę, pozwolić sobie nie mogła.

Bo obojętność to nie nieludzkość. Po prostu tak nie wolno!
Nie rozumiała, po co od razu takie drastyczne kroki, skoro zawsze można znaleźć chętnego na ślicznego kotka?

A pięknego malucha na pewno ktoś weźmie! Basia była tego pewna.

Wystarczy zrobić kilka zdjęć z różnych perspektyw, wrzucić do internetu i od razu pod jej drzwiami ustawi się kolejka po futrzane szczęście.

Ot, cała filozofia!

*****

Basia postanowiła nie zwlekać zrobiła kotu zdjęcia od razu po przyjściu do domu, a potem wrzuciła ogłoszenia na popularne fora i grupy typu Oddam za darmo czy Szukam domu dla pupila.

Z czystym sumieniem wyszła do sklepu, żeby wreszcie kupić kawę i karmę dla kociaków (bo przecież malucha trzeba czymś karmić, zanim ktoś go zabierze).

Razem z karmą kupiła też plastikową kuwetę i żwirek. Wydatki były nieplanowane, ale trudno trzeba było.

Oddam to nowemu właścicielowi kotka myślała.
Myśląc o tym, uśmiechała się. Nigdy nie żałowała pieniędzy wydanych na coś dobrego.

Według pani Olgi kotek miał na imię Pączek, ale na imię nie reagował, więc Basia wymyśliła własne.

Wybierała długo, aż wreszcie wybrała imię numer sto trzydzieści dwa.

– Teraz będziesz Lolek! Pasuje ci? spytała kota.

– Miau! odparł kociak i rzucił się do przedpokoju, walczyć z puszystymi kapciami, które bardzo go irytowały.

Przecież to on jest tu najsłodszy, najbardziej puszysty i biały nie te kapcie!

Basia się uśmiechnęła, obserwując zabawy kotka, po czym postanowiła zająć się pracą.

Była fotografem na zlecenie, uwielbiała swoje zajęcie i oprócz radości, dobrze na tym zarabiała.

Przysiadła do komputera, włączyła Photoshop, załadowała pierwsze zdjęcie i z poważną miną zabrała się do retuszu.

Ale nie było jej dane spokojnie popracować.

Lolek, rozprawiwszy się z kapciami, zaczął ganiać po mieszkaniu, obijając się o wszystko wokół.
Hałas nie do zniesienia!

– Ej, smyku! Basia odwróciła się na fotelu, spojrzała na kociaka i groźnie poruszyła palcem.

Kotek zatrzymał się pośrodku pokoju, patrząc znacząco: mów szybko, bo ja muszę się bawić.

Rozumiem, że ci nudno. Ale nie zapominaj, że jesteś tu tylko na chwilę

– Miau!

– I nie dyskutuj! Jesteś gościem, więc nie przeszkadzaj mi pracować.

Nie powinna była tak mówić.

Lolek się zamyślił (choć kto wie nad czym), po czym spojrzał tak rozpaczliwie, że Basi aż zrobiło się wstyd za własne słowa. Naprawdę wstyd.

Jak można nakrzyczeć na takiego malucha?!

– No dobrze, baw się ulitowała się.

Kotek z radością miauknął i znów ruszył w szalony rajd po domu raz wpadł w krzesło, potem w regał, potem w fotel.

Cel widzę przeszkód nie! pomyślała Basia.
Założyła słuchawki, włączyła muzykę i wróciła do retuszu.

Ale po pięciu minutach rozpędzony do granic Lolek przy którymś zakręcie wpadł pod biurko, łapą wyrwał kabel zasilający z przedłużacza i zniknął z pola widzenia. Spróbuj teraz udowodnić, że to jego wina.

– No nie Jak można?! jęknęła Basia patrząc na czarny ekran.

Przez następne pół godziny po mieszkaniu ganiał nie tylko Lolek, ale i Basia, próbując go złapać.

Bezskutecznie.

Za to dwa razy uderzyła palcem u nogi w stołek i rozbiła kolano o fotel.

Włączając komputer z powrotem, z nerwowym tikiem w lewym oku, przeglądała komentarze pod postami z Lolkiem.

Było mnóstwo lajków ucieszyła się. Ale po przeczytaniu komentarzy mina jej zrzedła.

Bo… wszyscy pisali tak samo:

Ale słodziak!, Ale cudowny kotek!, Marzenie!.
Ale nikt nie chciał go przygarnąć.

Nie zadzwonił nikt, nie przyszedł nikt o kolejce pod drzwiami nie było nawet mowy.

Dopisała więc pod ogłoszeniami, że gotowa jest przywieźć kotka nawet na drugi koniec miasta, kraju czy nawet świata.

Pewnie ludziom trudno się do mnie dostać teraz na pewno ktoś się odezwie! pocieszała się.

Tymczasem Lolek, zmęczony ganianiem, za piątą próbą wskoczył na kanapę, wyciągnął się na plecach i przyjął pozę Kochaj mnie takim, jakim jestem, wystawiając do głaskania brzuszek. Basia siadła obok i długo go głaskała, aż zasnął.

Razem z nim zasnęła i ona.

Przespali aż do wieczora. O pracy tego dnia nie było już mowy.

*****

Po tygodniu Basia zrozumiała, że znalezienie dla kotka dobrego domu wcale nie jest takie łatwe. Lajki się mnożyły, komentarze również, ale zero konkretów. Nikt nie zadzwonił, nikt nie napisał.

Po trzech kolejnych dniach zaczęła się poważnie zastanawiać:

A jeśli on na zawsze zostanie u mnie?
– No pięknie! Tylko tego mi brakowało! powiedziała i zaraz się skrzywiła.

Lolek spał, obejmując łapkami myszkę komputerową (przez co Basia już od 40 minut nie mogła popracować). Na głośną uwagę uchylił jedno oko i zamiauczał gniewnie, jakby mówił:

Jest sjesta, a ty się drzesz nad głową!.

Basia westchnęła, sięgnęła po telefon i przeglądała komentarze.

Nic nowego. Ludzie zachwycali się Lolkiem, znów pisali, jaka to ona szczęściara, a ona…

…z każdym lajkiem i każdym komentarzem traciła nadzieję, że ktoś przygarnie kotka.

Przypomniała sobie, że była niedawno u psychologa, bo czuła, że czegoś jej w życiu brakuje.

Pracę miała wymarzoną, pieniędzy nie brakowało, nawet własne mieszkanie dostała od rodziców. Teoretycznie pełnia szczęścia.

Ale od dłuższego czasu czuła dziwną pustkę.
Na pewno nie chodziło o chłopaków sama dała sobie spokój z związkami na jakiś czas.

To o co chodzi?!

Tego psycholog też nie potrafił wydobyć. Kazał pogadać ze sobą, znaleźć źródło problemu, ukryte gdzieś głęboko.

Oczywiście skończyło się zwyczajnie: szklanką wody i tabletką na ból głowy.

Problem został tam, gdzie był.

Rozczarowana pomysłami psychologa, zwróciła się do przyjaciółek.

– Basiu, tobie po prostu, jak mawiają, odbija ze szczęścia stwierdziła Ala, odrobinę zazdrosna o jej sytuację.

– Ależ nie, Ala. Tak jak ty pracuję 5 dni w tygodniu, a nawet dłużej.

– Może właśnie TEGO ci brakuje? zamyśliła się Marysia, kończąc swoje ulubione ciasto.

– Czego?

– No tłuszczu! Jesteś taka chuda, że aż żal patrzeć. W dzieciństwie widocznie słodyczy nie jadłaś!

Z podpowiedzi koleżanek też nic nie wynikło, więc Basia postanowiła nie przemyślać tego więcej. Ale znów wróciła do tematu.

Tylko tego mi brakowało! powtórzyła szeptem A może rzeczywiście? Może do pełni szczęścia brakowało mi właśnie Lolka? Zobaczymy.

*****

Od pojawienia się futrzanego lokatora minął miesiąc. Właściwie przeleciał jak jeden dzień.

Ani się nie obejrzała.

Nikt nie zgłosił się po kotka. Basia sama nie rozumiała: z 1228 lajków pod jego zdjęciami żaden się nie zgłosił?

Po 30 dniach zrozumiała dlaczego.

Tyle się działo, że opowieść rozrosłaby się do rozmiaru Wojny i pokoju.

Ale w skrócie: Lolek okazał się sprytną bestią.

Słuchał na słowo, nawet kiedy Basia dziesiąty raz kazała mu zostawić w spokoju kanapę.

Próbował różnych zawodów.

Na początek projektowanie wnętrz: cztery rodzaje firanek poległy, aż w końcu Basia zdecydowała, że lepiej bez.

Potem przemienił się w kucharza.

Próbował wszystkiego: ogórki kiszone, marynowane grzybki, ziemniaki nic mu nie smakowało.

Ostatecznie uznał, że właścicielka zawsze ma karmę, a inne rzeczy nie mają sensu.

Ostatecznie Lolek postanowił po prostu przynosić Basi radość.

Ich wizja szczęścia była różna: Basia chciała się wyspać i popracować, ale odkąd w domu był Lolek o spokoju można było zapomnieć.

Najwyraźniej los chciał, żeby trochę jej się w życiu odmieniło.
Od razu na kanapie lub krześle pojawiał się kotek z pytaniem w oczach: Pobawisz się ze mną?

No i zaczynał się cyrk…

Teraz Basia lepiej rozumiała Olgę Kowalską, choć i tak nie popierała jej zamiarów.
Ale nawet kiedy Lolek rozrabiał i ona sama padała ze zmęczenia nigdy nie oddałaby go na działkę.

Za to pozytywy mogła długo wymieniać.

Po pierwsze, Basia już nie myślała o tym, czego jej brakuje. Problem sam się rozwiązał.

Po drugie, mniej czasu zajmowało jej sprzątanie.

Nie dlatego, że było mniej bałaganu, lecz dlatego, że lepiej się spieszyła zanim kotek się obudzi.

I emocji przez ten czas była cała masa, na całe życie starczy!

Jak matka cieszy się z pierwszych kroków dziecka, tak Basia była dumna, gdy Lolek pierwszy raz sam trafił do kuwety.

A wcześniej trzeba go było tam nosić bez względu na godzinę: czy to była pierwsza w nocy, czy trzecia trzydzieści jeden, czy nawet czwarta trzydzieści.

On budził, ona nosiła go do kuwety. Całe szczęście, to już przeszłość. Basia aż płakała ze szczęścia dzięki temu mogła w końcu pospać parę godzin dłużej.

Oczywiście Lolek miał i inne zwyczaje. Uwielbiał bawić się lampką nocną w nocy. Włączał, wyłączał, włączał, wyłączał.

W końcu Basia zdjęła lampkę ze ściany i schowała. Podobnie jak firanki bez nich w mieszkaniu nawet zrobiło się jaśniej.

Słowem codzienność jak u każdego. Do wszystkiego można przywyknąć.

I Basia przywykła.

Po miesiącu wspólnego życia odkryła też coś zaskakującego.

Okazało się, że to nie Lolek mieszka u Basi, tylko Basia przychodzi do niego w gości.

Bo ona całe dnie w pracy, a on tu naprawdę rządzi. To on wita ją każdego wieczora i żegna rano. Prawdziwy gospodarz!

I nagle zrozumiała, że nie musi już szukać domku dla Lolka bo przecież ona sama jest tą najlepszą opiekunką z czułymi dłońmi, która przyjmie każdy psikus!

Jest gotowa wstać w środku nocy, by w coś się pobawić.

Gotowa głaskać go, gdy wylegiwał się na łóżku i zajmował prawie cały materac.

Tak, jest gotowa i nie żałuje niczego. Bo kocha. Bo przecież nie da się go nie kochać.
A Lolek kocha ją też…

Już jej nie budzi, żeby mogła porządnie się wyspać przed kolejnym pracowitym dniem.

Po prostu kładzie się koło niej i cierpliwie czeka, aż się obudzi.

Cicho czeka. A czasem w jego spojrzeniu można dojrzeć wyrzut: Ile można spać, Pani? Przecież tęsknię….

Oceń artykuł
Newskey24
Nie żałuję niczego