19 listopada, wtorek
I żeby mieszkanie było posprzątane, jak wrócę! pani Danuta Rydzewska wybiegła na klatkę schodową i trzasnęła drzwiami tak mocno, że aż szyby zatrzęsły się w całym bloku.
Ja akurat schodziłam po schodach. Serce podskoczyło mi do gardła, gdy drzwi trzasnęły tak głośno. Stanęłam w miejscu i miałam nadzieję, że sąsiadka mnie nie zauważy. Naiwnie…
A, Martynko Dzień dobry!
Danuta postawiła karton po jakimś AGD na podłodze i w pośpiechu zapinała płaszcz. Widać było, że się spieszy.
Dzień dobry, pani Rydzewska odpowiedziałam, starając się uśmiechnąć. Znów dzieci coś przeskrobały?
To mało powiedziane! Ręce opadają burknęła, szarpiąc się z ostatnim guzikiem.
W tym momencie pudło na podłodze się poruszyło.
Z wrażenia aż podskoczyłam, choć stałam w bezpiecznej odległości. Raczej nie byłam tchórzem, ale nie spodziewałam się, że coś w środku się rusza…
Ciekawe, co tam trzyma? zamyśliłam się, z nerwów już wyobrażając sobie, że w kartonie siedzi awanturujący się robot kuchenny, który wypluwa surowe warzywa i dlatego został skazany na deportację, czyli wywózkę na śmietnik.
Spójrz sama powiedziała Danuta i podniosła karton.
Ostrożnie podeszłam bliżej i zajrzałam do środka.
Oczywiście naprawdę nie wierzyłam, że może tam być jakaś „żywa” kuchenka czy mikser. Ale to, co zobaczyłam, zaskoczyło mnie całkowicie. Na dnie pudła leżał kotek, który patrzył na mnie ciekawskimi, wielkimi oczami.
Jaki śliczny! westchnęłam z zachwytem.
No pewnie, znalazła się kolejna, co się rozczula mruknęła Danuta pod nosem, po czym z powrotem zamknęła pudło.
Skąd go pani ma?
Dzieci przyniosły… I żałuję, że pozwoliłam go zatrzymać. Tyle zachodu z tym kociakiem, że słów mi brakuje. Sama dałam się nabrać na te oczyska i słodki pyszczek, ale jak mówią: „Nie wszystko złoto, co się świeci”. Na wygląd miły, a charakter… jak mój były mąż.
Spokojnie, pani Danuto, jak trochę podrośnie, to się wyciszy. Pewnie idziecie do weterynarza? Szczepienie czy coś?
Weterynarz?! Po co mi jeszcze weterynarz? Już mam go powyżej uszu. Rozbestwił się zupełnie. Podjęłam decyzję, zawożę go na działkę. Niech tam sobie żyje.
Spojrzałam na Danutę z niedowierzaniem, ale ona nawet nie mrugnęła. Było jasno, że żartów nie ma.
Kota na działkę, w listopadzie?
A co, mam czekać do wiosny? Różnica, kiedy go wywiozę? Choćby był środek zimy, i tak bym pojechała. Dla mnie to nie kot, tylko jakieś nieporozumienie.
Westchnęła i przez chwilę łapała oddech.
Ty byś widziała, co on tu robi! Nawet jak zostałam sama z dwójką dzieci, nie musiałam tyle waleriany pić co przez niego. Decyzja nieodwołalna: jedzie na działkę!
Ale… zaczęłam protestować.
Zostawić na podwórku? Może i tak, w końcu tam go dzieci znalazły. Ale zaraz znów go przywloką do domu i schowają w szafie, albo sam się wkręci. Już mi takich przygód wystarczy. Koniec!
Wyciągnęła z kieszeni telefon, spojrzała na godzinę i pokręciła głową:
Zagadałaś mnie, Martynko. Muszę lecieć, bo autobusu nie złapię.
Chwyciła wygodniej pudło, odwróciła się i zaczęła schodzić w dół.
Patrzyłam za nią i w głowie mi się nie mieściło, jak można tak po prostu wywieźć kociaka na działkę i zostawić go samego.
Proszę poczekać, pani Danuto! zawołałam.
Co?! Mówię ci, że się spieszę!
Proszę go nie wywozić. Oddajcie go mnie, spróbuję mu znaleźć dobry dom.
Danuta zatrzymała się i spojrzała na mnie z ukosa.
Dobry dom? Chcesz przez to powiedzieć, że mam zły dom? zmrużyła oczy. Sama dwójkę dzieci na ludzi wychowałam tymi rękoma.
Nie mam nic złego na myśli. Naprawdę chcę tylko dla niego dobrze Na działce nie przeżyje.
Jak chce, to przeżyje. Jak nie, to widocznie tak miało być. Sama sobie winna, że się na świat pchała
Ależ to przecież mały kociak! Nauczy się jeszcze. Przecież własnych dzieci tak nie zostawiała pani na działce…
Dzieci to moje dzieci. Nie porównuj mi ich do kota! Ale jak chcesz weź go, twój problem.
Danuta postawiła pudło na podłodze.
I dobrze. Zaoszczędzę na bilecie. A ciekawa jestem, jak długo wytrzymasz! zaśmiała się złośliwie.
Po tych słowach wróciła do mieszkania, znów trzasnęła drzwiami, a zaraz potem usłyszałam jej głos:
Telefoniki tu oddać! Dlaczego nadal nie sprzątacie?!
Reszty nie dosłyszałam. Ostrożnie wzięłam karton i poszłam na swoje piętro.
Tak nieoczekiwanie zostałam nową właścicielką pudła po robocie kuchennym i… jego puszystego lokatora.
Nie planowałam dziś adoptować kota. Zachciało mi się tylko kawy, którą musiałam dokupić. I tak oto znalazłam się w nie tym miejscu, nie o tej porze.
Nie kochałam zwierząt na zabój, jak niektórzy. Lubiłam je, owszem, ale bez fanatyzmu.
Ale żeby pozwolić Danucie wywieźć kociaka na działkę? No nie! Po prostu to byłby brak serca, a nie obojętność.
Przecież można zrobić zdjęcia i wrzucić internet. Ktoś prędzej czy później się zgłosi, na pewno.
*****
Nie czekałam z tym długo: zdjęcia małego kociaka wrzuciłam na olx, grupki Oddam za darmo na facebooku, no i do paru znajomych.
Potem wyruszyłam na zakupy po kawę… i po karmę dla kota, plastikową kuwetę i żwirek. Nieplanowane wydatki, ale co poradzić.
Pomyślałam sobie: Jak ktoś przyjdzie po niego, to mu wszystko oddam w pakiecie. Z uśmiechem bo dobrze jest pomóc. Na pieniądzach nie będę w końcu żałować.
Z relacji Danuty wynikało, że kotek miał na imię Rysio, ale zupełnie nie reagował na to imię. Wymysł na szybko, więc wymyśliłam inne. Spisałam listę imion i…
Ty będziesz teraz Bazylek! powiedziałam do kota.
Miau! odpowiedział od razu, rzucił się do robienia porządku z moimi kapciami, które również były puchate i nie w smak mu było ich towarzystwo.
Przecież to on ma być najpuchatszy i najsłodszy w tym domu, nie te kapcie.
Uśmiechnęłam się, patrząc jak Bazylek szaleje po przedpokoju. Potem chwyciłam się za obróbkę zdjęć na komputerze pilne zlecenie dla klientki, nie ma wyjścia, trzeba siąść do photoshopa.
Ale z pracy nici.
Bazylek wycinał orły po mieszkaniu, szorując po kątach i nie patrząc na przeszkody raz wpadł w stołek, potem w róg szafy, aż głowa bolała od zamieszania.
Hej, mały! zawołałam, odwracając się na krześle.
Zatrzymał się, patrząc na mnie: No, mów, bo ja jestem zajęty.
Rozumiem, że ci się nudzi, ale pamiętaj jesteś tu tylko gościnnie
Miau!
Bez dyskusji, proszę się zachować. Grzecznie i w ciszy!
Oczywiście nie posłuchał. Spojrzał na mnie z żalem, że aż głupio mi się zrobiło. Taki maluch, a ja marudzę.
Dobra, możesz się bawić, tylko cicho
Kotek wyraźnie się ucieszył i dalej gnał po mieszkaniu, aż w końcu zatańczył tak, że wyciągnął kabel z zasilacza komputera łapą i zniknął nie wiadomo gdzie.
No pięknie… powiedziałam, patrząc na czarny ekran.
Przez kolejne pół godziny po mieszkaniu biegałam już nie tylko ja, ale też i Bazylek. Jego oczywiście nie dogoniłam, za to dwa razy rozbiłam kolano o stół i walnęłam stopą w krzesło.
Gdy wreszcie wróciłam do internetowych ogłoszeń zauważyłam mnóstwo lajków… ale komentarze były wciąż te same.
Śliczny! Ale ma pani szczęście! Cudowny kotek! ale nikt nie pisał, że chce go do siebie, nikt nie dzwonił ani nie pytał.
Zdesperowana dodałam, że dowiozę kota osobiście wszędzie byleby ktoś się zgłosił. Może ludzie mają daleko? Zawsze warto spróbować.
Tymczasem Bazylek, zmęczony szaleństwem, wdrapał się z piątego podejścia na kanapę i wystawił brzuszek do głaskania. Musiałam usiąść obok i długo go głaskać.
I tak usnęliśmy razem nie było mowy o pracy.
*****
Mijał tydzień i zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle znajdę kotu dom. Nikt go nie weźmie? Zostanie ze mną? pomyślałam i natychmiast zgromiłam się w myślach.
Bazylek spał przy klawiaturze, przytulając komputerową myszkę, a moje prace czekały… Usłyszał mój szept, uniósł jedno oko, zamruczał jakby mówił: Tu się śpi, a nie papla!
Westchnęłam ciężko i zaczęłam przeglądać komentarze pod postami mnóstwo zachwytów i gratulacji, ale nikt nie chciał go adoptować.
Przypomniało mi się, jak niedawno rozmawiałam z psycholożką. Praca świetna, pieniędzy mi nie brakuje, mieszkanie własne dzięki rodzicom, a mimo to czułam pustkę. Romansów mi nie brakowało, ale celowo zrobiłam sobie od nich przerwę. Więc czego mi brakuje do szczęścia?
Psycholog radził pogadać ze sobą, zajrzeć pod skorupę ale skończyło się na szklance wody i tabletce na ból głowy. W myślach poszłam naradzić się z koleżankami.
Martyna, tobie zupełnie się w głowie przewraca od dobrobytu! zgryźliwie stwierdziła Ala, która zawsze trochę mi zazdrościła.
A niby czemu? Ja też pracuję od rana do wieczora jak wszyscy.
Może to kota ci brakowało do szczęścia? wcięła się Marysia, kończąc swoją ulubioną napoleonę.
Co?!
No wiesz, ty taka szczupła Może ci po prostu tłuszczu brakuje do pełni szczęścia, w dzieciństwie za mało drożdżówek jadłaś!
Tak czy siak, ich rady nie pomogły, a myśl nie dawała spokoju. Może to prawda? Może Bazylek był mi pisany? przeszło mi przez głowę.
*****
Minął miesiąc z Bazylkiem. W sumie nawet nie wiem kiedy czas zleciał jak jeden dzień.
Kota nikt nie zabrał. Wciąż nie rozumiałam, że z ponad tysiąca osób lajkujących zdjęcia nikt się nie zdecydował. Ale chyba zaczęłam już rozumieć, dlaczego.
Wydarzyło się tyle rzeczy, że mogłabym napisać całą Trylogię, ale postaram się w skrócie…
Bazylek był wyjątkowo bystry. Doskonale rozumiał, co mu mówię, szczególnie gdy dziesiąty raz prosiłam, żeby zostawił dywan w spokoju.
Próbował nawet różnych „zawodów”: najpierw zabrał się za „aranżację wnętrz” (zmieniłam przez niego cztery komplety firanek, potem uznałam, że najlepiej bez nich).
Kariera kucharza też mu nie wyszła wszystkiego próbował, nic mu nie smakowało poza swoją karmą.
Więc postawił na szczęście domowe. Po swojemu.
Mogłam już tylko pomarzyć o odpoczynku za każdą chwilą spokoju szła gonitwa. Gdy siadałam na kanapie, Bazylek już podbiegał: Bawimy się?.
Narobił też bałaganu, ale przy okazji nauczył mnie sprzątać w ekspresowym tempie zanim się obudzi, dobrze jest zdążyć.
Dawał mi w zamian masę radości. Najbardziej byłam dumna, gdy zaczął samodzielnie korzystać z kuwety nie musiałam już go nosić nawet o trzeciej nad ranem. Łzy szczęścia dosłownie!
Miał też własne zwyczaje pokochał lampkę nocną, którą potrafił włączać i wyłączać setki razy w nocy. Schowałam ją razem z firankami, bo spokojniej, a i ja lepiej sypiam.
Z każdym tygodniem przyzwyczajałam się do niego coraz bardziej.
Po miesiącu zrozumiałam coś ważnego to nie Bazylek mieszka ze mną, tylko ja u niego. On rządzi, ja rano wychodzę do pracy, on wita mnie po powrocie.
Już wiedziałam, że nie muszę szukać dobrych rąk. Sama mam dobry dom, mam dla niego serce i cierpliwość. I to już na zawsze.
Nie żałuję żadnej chwili z Bazylkiem. Bo go kocham. Bo jego nie da się nie kochać.
Bazylek też już mnie kocha.
Nie budzi mnie już rano, pozwalając się wyspać przed pracą. Przyjdzie, położy się przy mnie cichutko i tylko zerka z uśmiechem i lekkim wyrzutem: Długo jeszcze będziesz spać, Martyno? Ja się już stęskniłem…W końcu zrozumiałam, że szczęście nie przychodzi wielkimi wydarzeniami, tylko cichym mruczeniem, miękkim futerkiem i obecnością kogoś, kto po prostu jest. Nawet, jeśli czasem to tylko kot, który zdobył moje sercei miejsce na poduszce.
Patrzę na Bazylka, jak przewraca się na grzbiet i wyciąga łapki w górę, zupełnie bezbronny. Może właśnie tego mi brakowało: żeby ktoś ufał mi tak bezgranicznie, jak on. Wtedy do pokoju wpada pierwsze światło poranka, Bazylek ziewa przeciągle i ładuje się prosto na moje kolana.
No dobrze, mały, mówię cicho, niech już tak zostanie. Jesteś w domu.
Bazylek zamruczał jeszcze głośniej, a ja już wiedziałam, że to właśnie ja znalazłam swój dom.






