Ostatni raz Kasia Woźniak siedziała za kierownicą jesienią, dwanaście lat temu, na obwodnicy pod Bydgoszczą. Deszcz walił w przednią szybę tak, że wycieraczki nie nadążały, a ciężarówka z przodu rozbryzgiwała wodę jak fontanna. Wtedy wjechała w poślizg. Nic się nikomu nie stało — auto skończyło w rowie, ona z siniakiem na żebrach, mąż z awanturą o to, że jechała za szybko. Ale od tamtego dnia klucze do samochodu leżały w szufladzie komody, zakopane pod instrukcjami do pralki i starymi rachunkami za prąd, których nikt nie chciał wyrzucić.
Miała wtedy trzydzieści cztery lata. Dziś ma czterdzieści sześć i pracuje jako księgowa w firmie transportowej przy ulicy Fordońskiej — ironia, z której koledzy z biura żartowali nieraz, że rozlicza kilometrówki kierowcom, sama nie mając odwagi ruszyć spod bloku. Mąż zresztą już nie ten sam — rozwiedli się siedem lat temu, on wyprowadził się do Torunia, ona została w mieszkaniu z synem, który w międzyczasie zdążył skończyć liceum i wyjechać na studia do Poznania.
To właśnie syn, Antek, zapytał ją kiedyś przez telefon, niby mimochodem, czy nie mogłaby go odebrać z dworca, bo pociąg przyjeżdża późno, a taksówki drogie. Powiedziała, że autobus jeździ do jedenastej. Skłamała, że nie ma czasu. Prawda była taka, że nie miała odwagi.
Tamtego wieczoru, kiedy odłożyła telefon, usiadła przy kuchennym stole i długo patrzyła na komodę w przedpokoju, gdzie wciąż leżały te klucze. Zza ściany sąsiad z góry, pan Roman, puszczał wiadomości o dwudziestej, głośno, bo był przygłuchy — i ten monotonny głos spikera stał się dla niej tłem tamtego wieczoru, kiedy postanowiła, że coś musi się zmienić.
Zapisała się na kurs jazdy dla dorosłych przy szkółce na Wyżynach, prowadzonej przez instruktora, który się nazywał Grzegorz Paluch i miał zwyczaj żucia gumy balonowej przez całą lekcję. Pierwsza jazda trwała może dziesięć minut — po prostu wyjechała z parkingu i zaraz z powrotem wjechała, ręce miała mokre, mimo że w aucie klimatyzacja szła na full. Powiedziała mu, że więcej nie przyjdzie. Przyszła jednak w następny wtorek. I jeszcze raz. Miesiąc później zdała egzamin wewnętrzny szkoły — nie państwowy, bo prawo jazdy miała cały czas ważne, tylko wewnętrzny sprawdzian pewności, który sama sobie wymyśliła.
Pierwszy prawdziwy wyjazd zrobiła do Solca Kujawskiego, dwadzieścia kilka kilometrów, żeby odwiedzić matkę. Zajęło jej to czterdzieści minut zamiast dwudziestu, bo dwa razy zjechała na pobocze, żeby złapać oddech. Matka, kobieta po osiemdziesiątce, otworzyła drzwi i zamiast się ucieszyć, powiedziała tylko: "no wreszcie", jakby czekała na to od lat, nie robiąc z tego wielkiej sceny. Na stole stał wtedy makowiec, jeszcze ciepły, a telewizor w kuchni pokazywał powtórkę jakiegoś serialu, którego nikt nie oglądał, tylko szumiał w tle.
Rok później Kasia jeździła już regularnie — do pracy, do matki, na zakupy do Auchan na Fordonie zamiast czekać na autobus, który i tak zawsze się spóźniał. Nie było w tym nic spektakularnego, ot, zwykłe życie, tylko że wcześniej tego życia nie miała.
Wtedy zadzwonił Antek i powiedział, że przyjeżdża w piątek wieczorem, ostatnim pociągiem z Poznania. Chciał, żeby po niego wyszła na przystanek, bo dworzec jest ciemny, a ona i tak pewnie już śpi o tej porze. Powiedziała, że go odbierze autem. Zapadła cisza w słuchawce, a potem krótkie: "dobra, mamo, jak wolisz".
W piątek po południu lało jak z cebra. Radio ostrzegało przed lokalnymi podtopieniami na Fordońskiej i korkami na moście Uniwersyteckim. Kasia stała przy oknie, patrzyła na strugi wody spływające po szybie, i po raz pierwszy od miesięcy poczuła w żołądku ten sam ucisk co dwanaście lat temu, na obwodnicy pod Bydgoszczą. Mogła zadzwonić po taksówkę. Mogła powiedzieć, że coś jej wypadło. Zamiast tego wzięła klucze z komody i wyszła.
Jechała wolno, dwie ręce na kierownicy, wycieraczki na maksymalnym biegu i tak nie nadążały. Na moście złapał ją silny boczny wiatr, auto lekko zniosło w stronę barierki, serce podskoczyło jej do gardła. Zjechała na najwolniejszy pas, przepuściła kilka aut, oddychała powoli, licząc do czterech na wdechu, do czterech na wydechu, tak jak kiedyś czytała w jakiejś ulotce u psychologa, na którą nigdy nie poszła. Przed dworcem, przy zjeździe z ronda, koła na chwilę straciły przyczepność na mokrej kostce — dokładnie tak samo, jak wtedy, na obwodnicy. Trzymała kierownicę bez szarpania, zdjęła nogę z gazu, auto wróciło na tor. Nie zjechała do rowu. Zaparkowała krzywo, ale zaparkowała.
Pociąg się spóźnił, jak zawsze. Antek wysiadł z plecakiem, otulony w za dużą kurtkę, i rozejrzał się, szukając wzrokiem taksówki albo autobusu. Zobaczył matkę opartą o maskę swojego auta, przemoczoną, z włosami przyklejonymi do czoła, uśmiechniętą tak, jakby dopiero co przebiegła maraton.
Nie powiedziała nic wielkiego. Rzuciła tylko kluczyki na dach samochodu, złapała syna za ramię i powiedziała: "wsiadaj, bo zaraz znowu zacznie lać". Antek wsiadł, zapiął pasy, otrzepał kurtkę z kropel.
— Mokra jesteś jak mysz — powiedział.
— A ty myślałeś, że autobusem szybciej? — odpowiedziała, wrzucając bieg.
Na najbliższych światłach zatrzymała się na czerwonym, wycieraczki pracowały równym rytmem, w środku pachniało mokrą kurtką i frytkami, które Antek kupił na dworcu. Zapaliło się zielone. Ruszyła bez wahania, a syn, patrząc na krople spływające po bocznej szybie, mruknął tylko:
— Fajny masz ten hyundai, mamo. Serio.







