Niebieska Pończocha

Błękitna pończocha

Basieńko, podmień mnie jutro, proszę cię! Moja teściowa ma urodziny. Muszę ją odwiedzić i złożyć życzenia.

Przecież zdaje się, że miesiąc temu już jeździłaś do niej na imieniny? Barbara podniosła wzrok znad pudełka z kartoteką.

Basia! Czemu się czepiasz? To co innego imieniny to imieniny, a to urodziny! Ja naprawdę muszę, rozumiesz? A tobie co, trudno? Bez dzieci, bez zobowiązań! Sama jak palec! Oj Przepraszam, nie chciałam…

Irena klepnęła się po ustach, ale już było za późno. Basia odwróciła się w milczeniu, skinęła lekko głową i wyszła z czytelni.

Niezręcznie wyszło… Irena wzruszyła ramionami i zerknęła ukradkiem na Elżbietę.

Z nią nie było żartów. Elżbieta nie dała się nabrać na takie gładkie słowa od razu by ucięła temat. Choć była bibliotekarką! Elżbieta uważała, że kulturalny człowiek umie się postawić. Basię jej poglądy przerażały, a Irena śmiała się do łez.

Widzisz, Basieńko! To dowód, że nie wszystkie bibliotekarki to takie „szare myszki” jak ty! Spójrz na mnie czy na Elę. Tak trzeba żyć! A ty? Z pracy do domu na ukos, jakaś chusteczka, koty… Stara panna! Przepraszam, że tak szczerze, ale kto cię inny na właściwą drogę skieruje? Dlaczego taka jesteś? Przecież, jak się przypatrzyć śliczna dziewczyna! Policzki w jabłuszka, oczy szare, wszystko na miejscu! Ale patrzeć bez łez nie można… No powiedz, Elżbieta?

Zwykle Elżbieta uciszała Irenę i ucinała podobne rozmowy.

Daj spokój! Co się tak stawiasz za przykład? Romansów żeś miała, jak głupi papierków! I co? Żyjesz teraz z tym swoim Władkiem. Raz cię skopie, raz cię zdradzi, a ty dalej taka piękna i ludzi chcesz życia uczyć!

Ale męża mam! I dzieci! A Basia? Kolejny sierściuch? Zaraz ją z domu koty wygonią. Zamieszka w tej naszej bibliotece! Basiu, to może byś sobie chociaż dla siebie dziecko urodziła? Dobra, już mniejsza o męża. Przecież rodzice nie byli biedni. Coś po sobie zostawili. Sama byś dziecko wychowała, nie byłabyś taka samotna.

Po czym zwykle Elżbieta wybuchała szczerymi słowami, a Irena uciekała, tłumacząc się pilnymi sprawami, a Basia szła w najdalszy róg czytelni, żeby ukryć łzy.

Za co jej to wszystko? Czy była winna, że jej nie wyszło? Najpierw chorował ojciec, potem matka. Prawie piętnaście lat w jednym ciągu noce przy łóżku, pranie, zmiany opatrunków… Jaka osobista historia? Kto się na to zgodzi? Zresztą, nie było chętnych… Basia patrzyła w lustro i wiedziała nie miss, ale i nie straszydło. Ot, zwyczajna. Szare oczy, ładna twarz, gruby warkocz, który ścięła po śmierci mamy na krótką fryzurę. Wygodniej.

W reszcie… zwyczajna Basia. Przeciętna kobieta. Bez nałogów i wyraźnych perspektyw.

I specjalnie do tego nie dążyła. Rozglądała się po świecie i przerażało ją to, co widziała u przyjaciółek.

Weźmy Irenę. Tak, jest mężatką, ale jakim kosztem? Całe Włocławek wiedział, że jej mąż ma drugą rodzinę. Ich afrykańskie awantury były już przysłowiowe. Rozstawali się, godzili, znowu kłócili i wszystko to na oczach i przy uszach wszystkich. Irena zawsze mówiła, że ludzie i tak gadać będą, niech więc widzą prawdę zamiast zbierać plotki po kątach. Nie ma się czego wstydzić. Jest żoną i tyle.

To dziwiło Basię. Po co tak się męczyć? Gdzie szacunek do siebie? Gdzie duma? Ale… książkowe wzorce, tak bliskie sercu Basi, nijak miały się do życia. Dumnym się bywa, gdy się ma willę, bogatego wujka i inne szczegóły, a nie dwójkę dzieci, wypłatę bibliotekarki i chorą mamę. Więc Ireny nie potępiała, jak inne, tylko próbowała zrozumieć. Nie zawsze się udawało, ale przynajmniej się już tak nie przejmowała. Ktoś chce pouczać innych, jak żyć, gdy sam ledwo się trzyma proszę bardzo. Najważniejsze, że gdy sprawa była poważna, Irena zawsze pomagała. Sama nauczyła się robić zastrzyki i podłączać kroplówki, więc gdy Basia nie mogła znaleźć pielęgniarki do chorej mamy, Irena przyszła bez słowa i wszystko zrobiła. Potem przychodziła co trzy miesiące, kiedy trzeba było wykonać zalecenia lekarza. Zupełnie za darmo.

Chcesz mnie obrazić? Irena spoglądała surowo na Basię, która nieśmiało wręczała jej pieniądze po skończonych zabiegach, i fukała. Schowaj to! Nie rozumiesz? Masz szczęście, że mieszkamy blisko. Wystarczy kilka kroków i nie muszę nawet kurtki zakładać. A ty mi kasę wciskasz! Nie wstyd ci?

Basię aż do łez brał wstyd. Przepraszała i próbowała odkupić winę, więc dzieci Ireny (i ona sama) chodziły w szalikach, czapkach i rękawiczkach robionych na drutach przez Basię. Rękawiczki z gilem, nad którymi Basia siedziała niemal miesiąc, córka Ireny nosiła tylko na święta, bo do szkoły było szkoda.

Takie piękne! Jeśli się zgubią?

Irena obejrzała nowość, zadumała się i poradziła Basi założyć sklep internetowy.

Rozerwą ci to z rąk! Takie cudeńka!

Basia się zamyśliła… ale postanowiła, że nie podoła.

Zbyt wolno robię. Każda rzecz inna.

To zaangażuj nasze babcie. Cała gromadka pod klatką siedzi. Niech mają zajęcie! Im na emeryturę parę złotych, tobie dobrze.

Co dziwne, zaczęło się udawać. Może Irena miała żyłkę do biznesu, której nie wykorzystała tracąc siły na rodzinne boje. Sklep ruszył. Nie było kokosów, ale Basi finansowo zrobiło się lżej, a babcie sąsiadki nie narzekały. Teraz „gromadka” zasiadała wieczorami na ławce z drutami i szydełkami, a Basia i Irena omawiały nowe projekty.

Popatrz! Z ostatniego tygodnia mody! Ciocia Wiesia miała bardzo podobną serwetkę. Wzór ten sam! Trochę zmienić i wyjdzie cudo! Sama bym taką spódnicę założyła.

Basia zabierała się do pracy. Po kilku tygodniach Irena paradowała w nowej spódnicy, a w sklepie pojawiał się nowy produkt.

Oczywiście, nie były to wielkie pieniądze, ale coś się zarabiało. Basia poczuła się „bizneswoman”. Może jednak nie jest taka bezwartościowa?

Elżbieta śmiała się z ich pomysłów, ale doradzała lub czasem nawet pomagała. Wyplatała przepiękne koronki igłą, choć było jej szkoda czasu na własne robótki.

Babcia mnie nauczyła. Mówiła, że w życiu się przyda. Miała rację.

Prace Elżbiety były najdroższym produktem w sklepie Basi. I Irena nie protestowała, gdy Elżbieta z igłą w ręku siadywała przy oknie w czytelni zostawiając część obowiązków koleżankom. Bo one najlepiej wiedziały, jak ważny to dla niej grosz.

Mąż Elżbiety odszedł i zniknął zaraz po narodzinach bliźniaków. Był typem „artystycznym”. Ciągle szukał siebie, ale obok Eli nie odnalazł. Choć zrobiła wszystko, by się udało. Nie pracował, „malował” obrazy, często gdzieś znikał, tłumacząc to poszukiwaniami odbiorców talentu i przygotowaniami do wielkiej kariery. Wtedy Elżbieta miała tylko córkę, która rzadko widywała ojca i mówiła do niego „pan”.

Mamo, pan Paweł przyjechał.

To doprowadzało męża Eli do wściekłości.

Wstydzisz mnie przed córką! Nie wie, kim dla niej jestem!

Na początku Ela milczała myślała, że lepszego od jej ojca nie znajdzie. Potem zmieniła zdanie i zaczęła stawiać sprawę jasno:

Co takiego dla niej zrobiłeś?

Może to przez kolejną ciążę, a może miała już dość, ale Paweł „uciekł” natychmiast po wieści, że został ojcem bliźniaków zdrowych chłopców, którzy wrzeszczeli na porodówce tak, że lekarze byli pod wrażeniem.

Ela nie rozpaczała po odejściu męża. Miała pracę, rodziców, mieszkających na wsi i pomagających jej jak mogli. Choć już wiekowi, trzymali gospodarstwo i Elżbieta zapomniała, co to weekend czy urlop gdzie indziej niż na wsi. Trzeba było utrzymać dzieci.

Dzieci Eli były cudowne. Patrząc na nie, Basia myślała, że gdyby miała pewność, iż jej dzieci będą tak udane, to długo by nad sugestią Ireny się nie zastanawiała.

Ale jednak bała się zostać mamą „dla siebie”. Przerażała ją samotność w tym świecie. Nie miała już rodziny, a przyjaciółki… Każda miała swoje życie. Co się stanie z dzieckiem, gdyby jej coś się stało? Dom dziecka? Internat? Niewinnej istocie? Bo matka chciała „mieć” dziecko z samotności? Nie! Lepiej już koty i szaliczki. Odpowiedzialności nigdy nie brakowało.

Basia nawet nie wiedziała, że cała „gromadka”, pod przewodnictwem Ireny, już od dawna rozważa potencjalnych kandydatów na męża dla niej. Przy niedoborze mężczyzn w ich miasteczku szły już wszelkie typy w ruch, ale póki co bez efektu. Więc „rada kobiet” milczała, nie chcąc niepotrzebnie martwić Basi, a tylko Irena czasem się zapominała i potem kajała za swoją nieskromność.

A kandydat i tak się pojawił. Zupełnie niespodziewanie. Ani Irena, ani babcie, które zaangażowała w akcję poszukiwania męża dla koleżanki, ani tym bardziej Basia, nie spodziewały się, co wymyślił dla nich los.

Po kolejnej rozmowie z Ireną Basia, otarłszy łzy, zgodziła się następnego dnia ją podmienić. Odganiając się od uścisków przyjaciółki, postanowiła ze sporą część pracy wykonać już wieczorem, a jutro spokojnie zająć się sklepem i wrzucić zdjęcie nowej sukienki. Sukienki z koronki, śnieżnobiałej, którą zaprojektowała i uszyła Elżbieta. Miała to być wizytówka sklepu.

Ślubna… Cudo, Elżbieta! Złote masz ręce!

Powiedz to moim synom! Wczoraj prawie mnie do łez doprowadzili. Na chwilę wyszłam, wracam a oni już nożyczkami przy spodzie. I, co gorsza, wycieli tak równo, że długo nie widziałam co zepsuli. Cały motyw musiałam zamienić. Siedziałam całą noc, ale teraz wszystko idealnie.

Tę właśnie sukienkę Basia chciała dodać do katalogu i wieczorem głowiła się, jak ją opisać.

Wciąż układając tekst reklamy, wracała do domu. Na schodach nagle stanęła bez ruchu. Nasłuchiwała, a wszystkie myśli o sukience, sklepie zniknęły.

Pomocy…

Wołanie ledwie słyszalne, niemal ginęło w codziennym gwarze klatki schodowej. Ktoś świętował, ktoś krzyczał, po schodach przelecieli chłopcy sąsiadów, których Basia ofuknęła, próbując rozszyfrować, czy naprawdę coś usłyszała.

Pomocy…

Teraz nie było już wątpliwości. Ktoś wzywał pomocy.

Budynek, w którym mieszkała Basia, był stary. Większość lokatorów to już emeryci. Część mieszkała z rodzinami, część była samotna. Basię wszyscy znali, a ona znała ich. Pomagali sobie kiedy chowała rodziców i kiedy przyszło uporządkować wszystko po ich śmierci. Część z nich robiła z nią na drutach, część po prostu się uśmiechała i życzyła dobrego męża i większej rodziny.

Do tych ostatnich należała Zofia Janiszewska.

Kiedyś była przyjaciółką mamy Basi, uczyła matematyki w szkole i zawsze odpowiadała prosto na jej pytania.

Zdrowie? Eee, Basieńko, nie ma go już dawno i nie trzeba! Jeszcze żyję, to się cieszmy! Opowiedz lepiej, jak tam u ciebie.

Dziwnie, ale Basia, choć nigdy z nikim się nie zwierzała, Zofii była w stanie powiedzieć więcej w zamian dostawała konkretne, nienachalne rady.

Basiu, żyj po swojemu i już. Nikogo nie słuchaj. Każdy ma swoją drogę, swoją dolę. Kto wymyślił, że musimy wszystkim pasować? Bzdura! Jak ci w cudzych butach będzie? Niewygodnie, prawda? No widzisz. Nie pozwól się wsadzać w cudzą formę. Weź, wyjdziesz za mąż, bo „trzeba”. Kto to powiedział? Dziecko urodzisz, bo „należy”. Szczęśliwa będziesz? Mówię ci z doświadczenia nie. Tyle dzieci widziałam w szkole… Ich rodzice żyli „bo wypada”. Bez miłości, bez troski, tylko z obowiązku. I komu to służy? Dzieciom na pewno nie.

Takie rozmowy uspokajały Basię. Może więc jednak nie jest aż taka dziwna.

Sama Zofia przeżyła z mężem prawie pięćdziesiąt lat. Poślubiła kolegę z uczelni, objechali razem pół Polski, aż w końcu osiedli w mieście, gdzie mieszkali rodzice Basi. Dzieci nie doczekali, więc Zofia żyła uczniami, którzy ją odwiedzali i pamiętali.

Moje dzieci! mówiła z dumą, ciesząc się z każdego telefonu i wizyty.

Dwa lata temu pochowała męża. Basia się martwiła o jej zdrowie psychiczne i przyprowadziła kiedyś kotka, którego znalazła na ulicy.

Też jest sam. Co pani powie, pani Zofio?

Zofia przyjęła zwierzaka i Basia wierzyła, że właśnie to uratowało jej sąsiadkę. Bo Borys, jak nazwała kota, zawsze rano domagał się świeżych rybek. Więc trzeba było wstać, zrobić zakupy, zadbać o pupila.

I tak żyły. Kot i starsza pani. Pilnowali się nawzajem i byli zadowoleni z tego, że są razem. Pomocy Zofia rzadko żądała, wszystko próbowała robić sama.

Ale właśnie jej mieszkania dochodziło teraz to ciche wołanie.

Basia nie zawahała się nawet sekundy. Przeskakując po schodach dwa stopnie naraz, była na dole zanim dotarło do niej, co robi. Stukając pięścią w drzwi przewodniczącej wspólnoty, krzyknęła:

Pani Mario! Tragedia!

Pani Maria, w odróżnieniu od Basi, wiedziała, że nie wolno samemu wchodzić do cudzych mieszkań. Ale miała to gdzieś, gdy po godzinie, dwóch nie przyjechali ani ratownicy, ani policja.

No! Zamknęli się w przepisach! Niech wsadzą do więzienia, jak im mało starych w zakładzie!

Klucze do Zofii miała od lat. Przechowywała duplikaty od mieszkań „starszych”.

Bo nigdy nie wiadomo…

Drzwi były otwarte. W mieszkaniu, które ludzie już zdążyli zapełnić, wszystkim ścisnął się żołądek.

Zofia leżała w łazience. Straciła przytomność, przewróciła się, nie mogła wstać. Ile czasu tak leżała nie pamiętała. Gdy się ocknęła, nie mogła ruszyć ani rękami, ani nogą. Krzyknęła, mając nadzieję, że sąsiedzi przez cienkie ściany usłyszą.

Usłyszała tylko Basia…

Usłyszała, zrobiła, co należało, i postanowiła: tak być nie może. Człowiek nie może zostawać sam, kiedy nie daje rady.

W szpitalu Zofia spędziła z przerwami prawie pół roku. Kości zrastały się powoli. Basia odwiedzała ją i opiekowała się nią w domu. W końcu zabrała ją do siebie była przyzwyczajona do opieki. I kiedy Irena nagadała Basi za jej altruizm, wieczorem zadzwoniła po znajomego lekarza i biegała ze zastrzykami.

Postawimy panią na nogi! Nie wolno chorować, co to za pomysły?

Zofia się buntowała, nie chciała „psuć życia Basi”, ale potem się poddała. Widziała, że Basia nie pomaga „z obowiązku”, tylko z serca.

Takich jak ty, Basiu, ze świecą szukać! Gdzie ci aniołowie? Gdzie ich opieka? A może ty sama jesteś jednym z nich? Nie zdziwiłabym się.

Powoli Zofia wracała do zdrowia, a Basia cieszyła się, że nie wraca już do pustego mieszkania. Życie stało się „weselsze”. Po powrocie z pracy słuchała raportu od Zofii, rozdzielała koty, śmiała się z Borysa, który uznał, że Nadine koty potrzebują szefa. Dwie puchate piękności, tak jak kiedyś Borys, Basia przygarnęła z ulicy. Kłębki futra przewalały się po pokoju, aż w końcu Borys obrażony lądował u Zofii, której żalił się na niesprawiedliwość świata.

Nie marudź, Borysku. Takie życie! Czasy się zmieniają. Haremy przeszły do historii.

Borys cichł i kładł się obok pani, pewien, że tu go nie ruszą.

Życie Basi, która najwyraźniej znudziła się losowi w swojej przewidywalności, nagle zatańczyło żywą oberka nim się obejrzała, wszystko, co sobie zaplanowała na lata, przestało mieć znaczenie i zostało zastąpione czymś nowym.

A wszystko zaczęło się od zwykłego dzwonka do drzwi.

To pewnie Irena? Basia zdziwiona przerwała film, który oglądały z Zofią, i poszła otworzyć.

Za drzwiami stał mężczyzna. Basia patrzyła na niego i nie rozumiała, co taki facet mógł chcieć w jej mieszkaniu.

Mężczyzna rzeczywiście robił wrażenie. Brodaty, posępny, jakby czymś niepocieszony. Skórzana kamizelka, wytarte dżinsy – nie pasował do mężczyzn, których Basia widywała.

Kogo pan szuka?

Dobry wieczór! Czy tu teraz mieszka pani Zofia Janiszewska?

A po co pan do niej?

Odwiedzić.

Basia się zastanawiała, wpuścić go czy nie, gdy nagle z pokoju wyleciał czarny cień, i nim się spostrzegła, Borys już witał się z mężczyzną.

O! Borys! Stary druhu!

Potężna dłoń pogłaskała kota, a cały wygląd mężczyzny cudownie się zmienił teraz nie był groźny, tylko zwyczajny, serdeczny człowiek, który kocha kota. Basia szeroko otworzyła drzwi.

Proszę wejść!

Zofia, widząc gościa, westchnęła z radości i się rozpromieniła.

Sławeczku! Mój drogi! Co cię sprowadza?

Jadę do przyjaciół. W tym roku spotykamy się z motocyklistami nad Wartą. Wpadłem na chwilę w odwiedziny, pani nie dzwoniła dawno.

Przepraszam, kochany! Czasem trudno… Poznaj to Basia. Mój anioł stróż i najlepsza kobieta, jaką znam. Uwierz, nie przesadzam!

I, niesamowite, Sławek spuścił wzrok, poczerwieniał i zmarkotniał.

Miło mi…

A Zofia, doskonale znając swojego byłego ucznia, zrozumiała wszystko szybciej niż Basia. I zaczęła szukać pretekstów, żeby zostali czas dłużej niż godzinę czy dwie.

Sławek wyjechał dopiero po dwóch dniach. I to tylko na krótko, bo po paru tygodniach znów zawitał.

Basia nagle stała się panną młodą.

Sławku, ale myledwie się znamy… Czy to nie za szybko? Basia patrzyła na przyszłego męża i nie dowierzała.

Komu musimy się tłumaczyć, Basiu? Jesteśmy dorośli.

Irena i Ela, gdy usłyszały nowinę, tylko westchnęły.

Basia Nie będę pytać, czy go kochasz. Nie mamy już po szesnaście lat. Ważne, jak się czujesz? To dobry człowiek?

A czemu mam nie kochać? Basia się uśmiechnęła, a Irena z wrażenia zamilkła.

Skąd się to w niej wzięło? Wczoraj szara myszka, dziś królowa, oczy błyszczą Jak ona rozkwitła! Co miłość robi z ludźmi!

Chyba się zagalopowałam, Basiu. Przepraszam… I bądź szczęśliwa! Ela, sukienkę trzeba zdjąć ze sklepu.

Już to zrobiłam mrugnęła Ela. Spokojnie, strój masz z głowy.

Takiego ślubu jeszcze w Koninie nie widziano. Gdy przez miasto mknął cały orszak motocykli, ludzie patrzyli po sobie.

Do kogo to?

Basia, bibliotekarka, wychodzi za mąż.

Serio? No, niech jej się wiedzie! Miła kobieta! A ten facet jaki?

Fajny, poważny…

A po trzech latach Sławek podtrzyma Zofię, która stanowczo odsunie jego ręce:

Sama zejdę! Idź, przywitaj się z synem, Sławku!

Basia wygładzi nową sukienkę od Eli, poprawi fryzurę i powie fotografowi:

Proszę wszystkich! Wszyscy mają być na zdjęciu!

I będzie się musiał nagimnastykować, żeby rozstawić na schodkach porodówki wszystkich, których Basia zechce mieć na pierwszym zdjęciu swojego syna: Irenę z mężem, Elżbietę z dziećmi, całą „gromadkę” z Marią na czele.

Bo dobrych ludzi nigdy za wiele.

Oceń artykuł
Newskey24
Niebieska Pończocha