Noc była gęsta jak barszcz i pełna powidoków z poprzedniego życia. Dzwonki w tramwajach dźwięczały w oddali niczym nieistniejące ptaki. Pośród onirycznego Krakowa, z zamgloną ulicą Szewską i topniejącą Wisłą, biblioteka pływała na swoim własnym księżycowym jeziorze.
Haniu, podmień mnie jutro, błagam! Teściowa ma urodziny, trzeba jakieś życzenia wymruczeć szepnęła przez półotwarte usta Irenka, poprawiając kolczyk w kształcie kogucika z Cepelii.
Ale czy ty nie byłaś u niej miesiąc temu, na imieninach? podniosła wzrok z kartoteki Hania, śniąca pod stosem papierów, które szumiały jak łany polskiego żyta.
Hania Nie czepiaj się! Imieniny to co innego niż urodziny! Wiesz jak jest No pomóż, przecież ty i tak sama! Ani dzieci, ani batów! Taka pojedyncza, jak pieróg bez farszu… Ojej, przepraszam…
Słowa spadały z ust Irki jak stare 5-złotówki po drewnianej podłodze. Hania, jakbym we śnie, obróciła się i wyszła z czytelni, szeleszcząc spódnicą niczym wiatr w trzcinach jeziora Wigry.
Paskudnie mi wyszło Irenka wzruszyła ramionami, patrząc jednym okiem na Lubę, drugim na powietrze.
Lubię Lubę. Lubi nie dać się zrobić w bambuko. To ona zawsze cię sprowadzi na ziemię, i to tak, że aż ci rodło przez plecy przebiegnie. Chociaż bibliotekarka, twarda jak kajzerka z rana. Hanię zawsze przerażały mowy moralne Lubki, ale Irkowy śmiech rozbijał się po ścianach, jak awionetka nad Bieszczadami.
Patrz, nie wszystkie bibliotekarki to stetryczałe 'niebieskie pończochy’, jak ty, Hana! Zerknij na mnie! Zerknij na Lubę! Życie, dziewczyno, to nie tylko książki i szaliczki, futrzaki… Starą panną zostaniesz! Przepraszam za szczerość, ale może ktoś powinien naprowadzić cię na właściwy tor? Ty byś mogła mieć dzieci, masz genetykę, krew jak z malinowym sokiem! Tylko twarz ciągle jak po jałowcach… Nie, Lubo, powiedz coś…
Luba, ta cała polska madonna z okularami na nitce, nie dała się wciągnąć w ten bal debili.
Przestań się pokazywać za wzór! Romansów miałaś tyle, co resoraków w kiosku na Dworcu Głównym! I co z tego wynika? Z Vackiem żyjesz, a to cię tłucze, a to zdradza, a to… A ty się wciąż rządzisz!
Ale mam dzieci! A co ma Hana? Kolejny ogoniasty? Zaraz ją te koty na bruk wyrzucą. I co? Zamieszka w bibliotece? Hana, chociaż dla siebie urodź. Zostaw tych facetów. Masz mieszkanie po rodzicach, jakieś lewe oszczędności w skarbonce. Sama dasz radę wychować. Byłoby trochę śmieszniej w życiu.
Po tych słowach Luba zazwyczaj rzucała jakimś magnesem znad Odry, a Irka znikała pod warunkiem, że czekał ją serial albo awantura z mężem. Hana chowała się do najciemniejszego kąta czytelni, bo przecież łzy w Polsce zawsze się rozmazują po drodze do domu.
O co ją tak los doświadczał? Co winna, że jej życie poszło jak bociany na południe, a nie na północ? I że tłukła się między szpitalami, a domem przez 15 lat tropem chorych: najpierw ojca, potem matki. Miała własne życie? Może i nie. Ale nikt na to się nie porywał. Poza tym, Hana oglądała się w lustrze i widziała tylko średni poziom. Ani piękność, ani BrzydUla. Kasztanowa grzywka, wycięta nożyczkami po śmierci matki praktyczne, polskie rozwiązanie.
A przecież życie innych kobiet przerażało ją jedna to miała męża z podwójną skrytką, inna wiecznie walcząca o miejsce w autobusie. Irka, na przykład, znana była w mieście z tego, że jej facet ma drugi etat jako mąż i kochanek sąsiadki spod czwórki; o nich mówiono na mieście ściszonym głosem przy kolejce do Lewiatana. Oni się kłócili i godzili, jak na dobrych Mazurach.
Hania się temu dziwiła. Po co tracić czas na coś, co nie daje szacunku do siebie? Gdzie ten dumny polski orzeł? Kanony z Mickiewicza nie miały tu nic do rzeczy…
Nie oceniała Ireny. Irenka potrafiła być przydatna, wiedziała, gdzie wbić zastrzyk, skąd wyjąć kroplówkę. Wiedziała, że trzeba czasem polizać rany innego, a nie tylko głowę swoją suszyć.
Ty mnie chcesz obrazić? krzyczała Hani, gdy ta próbowała jej wcisnąć 100 złotych za pomoc. Chowaj kasę, bo ci ją przez okno wyrzucę, Haniu! Przecież to żaden trud. Dobrze, że mieszkamy na tym samym piętrze. Raz-dwa i już jestem. Ty naprawdę dziwna jesteś.
Hani zrobiło się żal aż po zakopane serce. Robiła więc na drutach szaliki i rękawiczki. Cała Irenowa familia śmigała w tych ciepłych rzeczach i chwaliła się nimi przed kościołem na Skałce w niedzielę. Czapka z sikorką? Hania sama trzy tygodnie ją dziergała. Irenka doradzała otworzyć sklep internetowy, bo to hitem będzie, Polki kochają ręczną robotę, a wyprzedasz wszystko do świąt!.
Hana się zamyśliła, ale odrzuciła ten pomysł. Ja to wszystko na sztuki robię, przemiału nie pociągnę…
Wciągnij nasze babki! Przecież one i tak siedzą pod blokiem przy Światowida z szydełkiem. Daj im parę złotych, będą ci pomagać, same się ucieszą.
Jak Irka doradziła, tak się stało; starsze panie z okolicznych bloków wieczorami przysiadły na ławeczkach, grzejąc kolana i rozmawiając o plotkach, a ich palce wiły szaliki z szumem jak polskie rzeki. Biznes rozkręcił się na tyle, że Hana pierwszy raz pomyślała o sobie prawie jak bizneswoman.
Luba, widząc to wszystko, czasem mruknęła coś złośliwego zza okularów. Sama potrafiła robić czepce koronkowe, które jej babcia tkała jesienią dla dziadków na wesela w Tarnowskich Górach; jej prace były najdroższe w całym sklepie Hanny.
Męża Lubki nikt nie widział od chrztu bliźniaków. Zapadł się w jakieś alternatywne krajobrazy; malował, szukał siebie pod Wiśniczem, znikał na dni tygodnie. Starał się być bardziej duchem niż ciałem, a jego córka czasem wołała do matki: Mamo, tam znowu ten pan Paweł przyjechał. To doprowadzało go do szału, Ty mnie kompromitujesz warczał.
Luba próbowała znosić swój krzyż. Potem pogodziła się z losem, bo dzieci były. A rodzice pomagali, przysyłali kartofli z działki, jajek z gęsimi piórami. Luba nie żałowała sobie wyjazdów na wieś, praca, dom, dzieci i plotki na rynku.
Patrząc na dzieci Lubki, Hana myślała, że może by się zaryzykowała i sama była matką, gdyby tylko wiedziała, że jej też tak się trafi. Ale bała się dziecka samotnie, bez rodziców na tym zamglonym świecie. Gdyby jej się coś stało, co potem? Dom dziecka czy internat? Koty i szale lepsze niż nieświadoma trauma.
Hana nie miała pojęcia, że cały ich babiniec na czele z Irką szuka już jej kandydata na męża niestety, w Krakowie mężczyźni byli towarem limitowanym jak cukier w latach osiemdziesiątych. Żadna para oczu nie pasowała. I tylko Irka czasem się zapominała i wracała do tematu.
Potem wszystko wywróciło się jak kisiel na talerzu. Po którejś naradzie koleżanek, Hana przystała na dyżur za Irkę. Pomyślała, że wieczorem dokończy robotę w bibliotece, a rano wrzuci na stronę zdjęcia nowego, śnieżnobiałego, koronkowego dzieła Lubki sukienkę, która miała być wizytówką ich marzeń.
To cudo na ślub! Lubka, ty masz ręce ze złota!
To powiedz moim synkom, wczoraj chciały doprowadzić sukienkę do łez. Zanim przyszłam, już cięły koronkę. Musiałam całą noc naprawiać.
Wracając z pracy, Hana stąpała po schodach, w głowie buszowały reklamy i zdania. Nagle, jak na jawie, jakby z cienistego kąta, usłyszała cichy, rozmazany głos:
Pomóżcie…
Ten dźwięk ślizgał się jak ślimak po tapecie na klatce. Gdzieś ktoś się wyzywał, gdzieś świętowali, ale to, co usłyszała, wybiło ją ze snu. Ruszyła z miejsca, pokonując kolejne schody dwa naraz. Zatrzymała się tylko przy drzwiach do mieszkania przewodniczącej wspólnoty, Marii Dąbrowskiej.
Pani Mario! Coś się stało!
Otworzyły drzwi zapasowym kluczem, nie czekając na nikogo ze służb. Zostały same w świecie, gdzie słowo pomoc jest święte jak chleb.
W łazience na zimnych kaflach leżała Zofia Pajewska samotna emerytowana matematyczka, dama z innego świata, przyjaciółka matki Hani. Złamała nogę, próbując dostać się do zlewu. Leżała tam, ileś godzin czy dni sama nie wiedziała. Wołała, miała nadzieję, że może choć jeden z sąsiadów otworzy uszy.
Tym sąsiadem była Hania.
Odwiedzała więc Zofię w szpitalu, potem opiekowała się nią w domu. W końcu wzięła ją do siebie, bo puste mieszkanie z kotami (kotami-podlotkami, które śniły się Hani nocami) to jeszcze nie dom.
Życie Hani zmieniło się w barwną karuzelę ona, Zofia i cała plejada kociego futra, które przepychało się z kąta w kąt. Borutka (kocur Zofii) zaprowadzał terror nad domem, jej własne kotki fruwały jak ogórki po ogrodzie. Wieczorami prowadził narady domowników dziwnym miaukiem; stary świat mieszał się z nowym jak śmietana w zupie kalafiorowej.
Nawet ich oniryczny blok runął w ciepłe światło, bo pewnego wieczoru ktoś zadzwonił Hana i Zofia już myślały, że to sąsiadka z piętra niżej…
Na progu stał człowiek z mgły. Gęsta broda, skórzana kamizelka, dżinsy o zapachu podróży. Spojrzał na nie jak postać z sennych powieści Schulza.
Kogo pan szuka? spytała Hania.
Zofia Pajewska tu mieszka?
Po co jej pan?
Spotkać się chcę.
W tym śnie cienie przelatywały po ścianach. Boruta rzucił się mężczyźnie pod nogi.
O, Borutka, cześć stary! uśmiechnął się mężczyzna, a jego twarz rozjaśniła się jak ognisko przy łące w Noc Kupały.
Proszę wejść odpowiedziała Hania.
Zofia, widząc przybysza, zaczęła klaskać w dłonie i śmiała się, że to jej dawny uczeń, Sergiusz. On przyjechał rowerem przez całą Polskę, bo zlot motocyklistów nad Pilicą miał.
Niewiarygodne, ale Hana stała się nagle nie tylko opiekunką, ale i narzeczoną. Zofia chichotała jak nastolatka.
Haniu, my się prawie nie znamy wątpiła Hana.
A co to za różnica, Hanuś? My musimy się komuś spowiadać? Dorośli jesteśmy.
Luba i Irka westchnęły; Luba zdjęła suknię ślubną z oferty i przytuliła przyjaciółkę. Irka nakichała się z radości.
Wesele było niczym z absurdalnego snu: kawalkada motocykli pod Barbakanem, babcie z krakowskich bloków, bliscy i koty w amarantowych kokardach. Fotografie pod szpitalem, bo Zaraz po trzech latach Hana prostowała suknię, Zofia odpędzała pomocnikami mężowskie ręce, a fotograf ustawiał wszystkich całą drużynę: Irkę, Lubę, pana dozorcy, Marię Dąbrowską i cały babiniec z podwórka.
Bo jak w polskim śnie, dobro musi być wielogłośne i liczne jak chóry w kościele Mariackim.
I tak oto stara bajka o niebieskiej pończosze zmieniła się w legendę dla kolejnego pokolenia polskich kotów, dzieci, i zmęczonych bibliotekarek, które czasem, w magicznym snie, mogą dostać wszystko, o czym nie śmiały marzyć na jawie.







