Tuż przed samym Sylwestrem żona sprawiła Pawłowi niespodziankę taką, po której można było tylko płakać. Za nimi dwadzieścia wspólnie przeżytych lat, jak mu się wydawało szczęśliwych. Urocza córka, która niedawno wyszła za mąż i już podarowała im wnuczka. Czego więcej trzeba? Żyj i ciesz się!
Ale, jak się okazało, nie było tak beztrosko. Paweł starał się dla rodziny, przez wiele lat jeździł w trasę jako kierowca ciężarówki, miesiącami nie bywał w domu, żeby bliskim niczego nie brakowało.
A za jego plecami ukochana żona od dawna romansowała z kimś innym, a jemu wmawiała: Tęsknię, czekam, poduszka już cała mokra od łez… Wszystko wyszło na jaw, jak w żarcie: Mąż wrócił wcześniej z delegacji…
Paweł nie zrobił awantury. W milczeniu spakował ubrania i dokumenty, wsiadł do samochodu i odjechał. Wyjechał za miasto i zatrzymał się. Ręce mu się trzęsły, nie mógł pojąć, jak do tego wszystkiego doszło.
Wszystko w domu, wszystko dla rodziny. Odpoczywać wysyłał żonę i córkę, samochód kupił, remont w mieszkaniu zrobił. Jak przyszła pora, wydał córkę za mąż takie wesele urządził, że cała rodzina wspominała. Z każdej trasy przywoził prezenty, dzwonił kilka razy dziennie, tęsknił, a ona za jego plecami ułożyła sobie życie. Ot, i wierz tu kobietom!
Pewnie, różnie bywa, mężczyźni też nie są święci. Wielu na trasie ma przelotne znajomości. Ale on trzymał się w ryzach, kochał żonę, dbał o jej uczucia. Wyszło na nic.
Odpalił silnik, ale gdzie jechać nie wiedział. Myśli kłębiły się w głowie, złość i rozczarowanie zagłuszały wszystko inne. W końcu postanowił wróci na rodzinne strony. Droga daleka, trzysta kilometrów będzie musiał przejechać i dobrze im dalej od dawnego domu i żony, tym lepiej.
Telefon dzwonił bez przerwy dwadzieścia nieodebranych połączeń. Żona, córka wszystkim odciął się, wyłączył telefon. Zdrada była jak kubeł lodowatej wody.
Przed oczami przelatywało całe życie. Tu oni wychodzą z urzędu stanu cywilnego, tu odbiera córkę ze szpitala, tu odprowadza do szkoły, tu wraca z tras z bukietem… Wszystko dobre i ciepłe. Jak to się stało, że nie dostrzegł, kiedy żona przestała go kochać?
Teściowa, świętej pamięci, nie raz ją strofowała: Nie w pieniądzach szczęście. Stracisz męża. Niedobrze, że go miesiącami nie ma w domu. Tak rodziny się rozpadają. Jakby w przyszłość patrzyła.
Sąsiadki podsuwały myśli, ale nie uwierzył. Nie zauważył, nie poczuł niczego. I teraz jechał, gdzie oczy poniosą.
Kto wie nawet, czy dom w rodzinnej wsi jeszcze stoi dziesięć lat tam nie był. Może cała wieś się rozpadła. A on wraca zimą, tuż przed Nowym Rokiem. To żona prezent sprawiła nie do przewidzenia.
W przydrożnym sklepie nakupił jedzenia wszystko, jakby miał się zaszyć tam, gdzie sklepu nie ma. Słusznie. Zjechał z głównej trasy na polne drogi. Kiedyś wieś za wsią tu była, teraz tylko gdzieniegdzie światła. Zaczęło śnieżyć, wzmagający się wiatr szumiał w uszach. Ale Paweł znał drogę doskonale. Kochał swoją wieś.
Matka nigdy nie chciała się do niego do miasta przeprowadzić, ostatnie lata żyła samotnie on był jej jedynym dzieckiem, tym późnym. Kochała go i nie chciała przeszkadzać. W głębi duszy rozumiał ją trudno zostawić dom, gdzie się całe życie spędziło, ale żałował, chciał jej lepszego losu. Ale ona uparcie Tu mi lepiej, tu wszystko znajome. W mieście zwiędnę, nie zabieraj mnie.
Zmarła tam. Odprowadził ją w ostatnią drogę, dom pozabijał deskami i więcej nie wracał.
Zamieć była coraz silniejsza. Zostało dziesięć kilometrów. Ogniki wiosek coraz rzadsze. Tu za zakrętem powinna być jego wieś. Z trudem przejechał znajomą uliczką większość okien ciemna, wiele domów zabitych deskami. Tylko jeden dom przy drodze rozświetlony.
Oto i rodzinny dom. Płot przekrzywiony, deski na oknach dalej trzymały się. Brodząc w śniegu dotarł do furtki. Brama uchylona, przeszedł do ganku. W ukrytym miejscu odnalazł klucz. Tu we wsi nikt nie zamykał na klucz, tylko wyjeżdżając brał z sobą. Znał to miejsce wielka kłódka wyglądała komicznie na lekkich drzwiach.
Z trudem otworzył i wszedł. Latarką oświetlił drogę, znalazł włącznik izba błysnęła ciepłym światłem. Wszystko jak w dniu, kiedy wyjeżdżał. Tylko wilgotno, cicho i pusto bez matki.
Najpierw przyniósł drewno z sieni, tam zawsze było suche. Napalił w piecu kaflowym, drwa zajęły się jakby całe lata na to czekały. Ogień zatańczył po kątach izby, przyjemne ciepło rozlało się po pokoju. Paweł znalazł wiadra, nalał wodę z pompy, która mimo opuszczenia wsi jeszcze działała. Wstawił czajnik i garnek z wodą do pieca.
Niedługo później woda zawrzała, Paweł nalał ją do miski i zaczął ścierać kurz. Od dziecka był nauczony do pracy, pomagał matce, nie bał się nawet babskiej roboty.
Po czterdziestu minutach pachniało czystością, było ciepło. Paweł rozłożył na stole kupione jedzenie pokroił kiełbasę, ser, chleb, otworzył konserwę i usmażył jajecznicę. Założył zegar wybiła jedenasta.
No, to zaraz Nowy Rok. Trzeba nową drogę zacząć. Jak nie wiem. Ale rano mądrzejsze niż wieczór, jak mawiała moja matka. Dziś pożegnam stary rok.
Wyciągnął butelkę wódki, ale nie zdążył się napić ktoś nagle i głośno zapukał w okno. Ze strachu aż podskoczył.
Czyli ktoś jeszcze tu mieszka, nie wszyscy się wyprowadzili rzucił i podszedł do drzwi. Do środka weszła kobieta. Otrzepała śnieg z szala, spojrzała na Pawła przerażonym, zapłakanym wzrokiem.
Nie wiem nawet, jak się pan nazywa. Mieszkam tu od trzech miesięcy. Mam wielki problem synek ciężko chory, f eldzierza nie ma, zostało raptem kilka domów. Ale boję się, że to wyrostek. Sama tak kiedyś miałam. Zobaczyłam światełko, przyleciałam jest coraz gorzej…
Paweł już chwycił kurtkę, narzucił czapkę na głowę.
A na co czekać! Jedziemy. Tylko szpadel trzeba, bo drogę zasypało. Ledwo tu dojechałem.
Wicher ucichł. Paweł wziął na ręce płaczącego, rozpalonego gorączką chłopca i ruszyli do samochodu. Na szczęście do szosy dojechali bez problemów. Tam droga była ubita, ale i tak musieli kilka razy odśnieżać, zanim trafili do powiatowego szpitala.
Po półtorej godziny dotarli, zadzwonili po chirurga. Kobieta miała rację chłopca zabrano od razu na operację. Była już druga w nocy.
No i mamy Nowy Rok…
Przepraszam, że przeze mnie taki Sylwester…
Daj spokój, najważniejsze, żeby synek wyzdrowiał.
Siedzieli na korytarzu, kobiecie łzy płynęły ciurkiem po policzkach, nie odrywała wzroku od drzwi sali operacyjnej. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, napięcie rosło. W końcu wyszedł lekarz:
Dobrze, że państwo zdążyli. Jeszcze chwila… Teraz możecie wracać do domu.
Zostańmy do rana, daleko tam wracać…
Jak chcecie. Szczęśliwego Nowego Roku. Zaraz przewieziemy chłopca na salę pozabiegową, będziecie mogli go zobaczyć.
Całą noc spędzili przed salą. Potem kobietę miała na imię Bożena wpuścili do środka. Romek się obudził.
Bożena została z synem, a Paweł wrócił do wsi. Rozpalił piec, zjadł coś, zasnął. Po południu postanowił zajrzeć do nowych znajomych. Romek już się uśmiechał, tylko żal mu było, że nie przeżył sylwestra tak jak zawsze i nie doczekał się prezentu od Mikołaja.
On co roku przynosi pod poduszkę chowa prezent. Pewnie nie mógł przyjść tym razem. Już jestem duży wiem, że nie przez komin, tylko drzwiami wchodzi…
No, nie bądź taki. Przejeżdżałem koło waszego domu ślady widziałem w śniegu, duże to pewnie Mikołaj przyszedł. W nocy sypał śnieg, to te ślady nie nasze…
Ale dom zamknięty… Może tylko popatrzył, że nie ma jak wejść, i poszedł. I zostałem bez strażackiego auta…
Nie rozczulaj się. Ja zawsze znajdowałem prezenty na ganku, na ławce w sieni. Może i twój gdzieś się zapodział. Jak wyjdziesz ze szpitala, poszukasz.
Super by było Przecież byłem grzeczny cały rok, mamo, prawda?
Bożena przytaknęła tylko głową.
Romku, doktor każe mi wracać do domu, nie mogę z tobą zostać. Nie boisz się?
Nie, już jestem duży. Ty idź sprawdź, czy mój prezent nie przysypany śniegiem…
Paweł i Bożena pojechali razem.
Dziękuję, że wymyślił pan tę bajkę. Ja naprawdę nie kupiłam prezentu. Finansowo krucho… Z miasta uciekliśmy z synem właściwie tylko z jedną walizką. Mój mąż znów zaczął pić, bije, nawet na Romka rękę podnosił. Uciekliśmy w nocy. Tu, przy drodze, stoi domek po mojej ciotce zmarła niedawno, zostawiła mi go. Mąż nie wie, gdzie, bo od razu kazałby sprzedać i przepiłby wszystko. Zaczynamy tutaj nowe życie, całkiem od zera…
Paweł skręcił do sklepu.
Trzeba Romkowi kupić wóz strażacki, bo przestanie wierzyć w Mikołaja…
Kupił samochód-zabawkę, trochę słodyczy i pojechali razem.
Bożena była młoda może o dziesięć lat młodsza od Pawła. Chciała odmówić prezentów.
Nie możemy tego przyjąć, to za drogie. Po co wydawać tyle na cudze dziecko?
Chcę sprawić sobie przyjemność, choć kogoś uszczęśliwić w Nowy Rok.
Cały tydzień Paweł spędził na wsi. Nie miał czasu na nudę odśnieżał, rąbał drewno, pomagał Bożenie, odwiedzał Romka w szpitalu. Pierwszy raz chłopiec został bez mamy w łóżku szpitalnym.
Szwy pięknie się goiły, niedługo chłopca wypisali. Całą drogę dopytywał o prezent i smucił się, że ślady Mikołaja już przysypało.
Prezent czekał schowany Romek odkrył go w sieni, w schowku.
Nie zapomniał o mnie! zawołał radośnie chłopiec. Naprawdę istnieje! A Władek w szpitalu mówił, że to bajka. Nieprawda! Mama nie miała pieniędzy na taki samochód, a przecież to drogie!
Paweł uśmiechnął się. Dawanie prezentów to przyjemność.
Z okazji wyjścia Romka Bożena zaprosiła Pawła na kolację.
Dziękuję, Bożenko. Brakuje mi teraz ciepła domowego…
A rodzina pańska?
Była… już nie ma. Może kiedyś pogadamy.
Wieczór minął szybko. Romek zasnął wyczerpany zabawą.
Szczerze mówiąc, nie chce mi się odchodzić, ale trzeba znać umiar. Żegnam, jutro ruszam w trasę.
Możemy czekać? Romek rano zapyta o pana…
Przekaż pozdrowienia. Sam jeszcze nie wiem, czy wrócę, wszystko się sypie… Ale jesteście mi bliscy, ty i Romek… Do widzenia.
Paweł wyjechał. Długo go nie było trzy tygodnie kursował. Myślał często o nowych znajomych, zostali w sercu.
Po powrocie zajrzał do miasta odwiedził córkę, wnukowi przywiózł słodycze. Do żony nie zaglądał, tylko dał znać, że złożył pozew o rozwód.
Co dalej nie miał planu. Tydzień wolnego i dalej nie wiedział, gdzie się podziać. Przenocował u córki, po czym ruszył znów na wieś. Ciągnęło go tam, Bożena nie wychodziła mu z głowy.
Romek wyszedł mu naprzeciw, jakby czekał. Podał męsko rękę:
Długo pana nie było. Mama bardzo tęskniła.
Skąd wiesz?
Nie mówiła, ale ja już duży, wszystko rozumiem. Ciągle wygląda przez okno, jak przejedzie jakiś samochód. Idź do izby, pogadajcie, ja się jeszcze przejdę. Przecież wiem, o co chodzi.
Paweł wszedł. Bożena przywitała się, odwróciła do kuchenki, coś mieszała.
Myślałam, że już pan nie wróci. Co tu robić na takim odludziu…
Nie mów tak. Musiałem przemyśleć wszystko dwadzieścia lat z żoną to nie żarty… Ale o was myślałem… Dasz szansę?
Bożena podniosła wzrok, spojrzała Pawłowi w oczy i przytuliła się do niego…
Zamieszkali razem. Latem Paweł naprawił matczyny dom, doprowadził wodę, wyremontował łaźnię. Zaczęli gospodarzyć kupili kury, kozę, założyli ogródek. Dom Bożeny wynajęli letnikom okolica piękna, wielu chętnych na wiejskie wakacje. Życie zaczęło się układać. Romek trzymał się Pawła jak ojca i z czasem zaczął mówić tato.
Życie jest skomplikowane nigdy nie wiesz, co cię czeka za zakrętem ani jakiego prezentu od losu się doczekasz. Nie bez powodu starsi mówią, że życie przeżyć to nie to samo, co wieś przejść z końca na koniec.




