Krystyna Wach nastawia budzik na dziewiątą, choć od lat nie musi nikogo budzić do szkoły. Mieszka w Bydgoszczy, na Wyżynach, w bloku z wielkiej płyty, gdzie w windzie od trzech tygodni wisi kartka: „Naprawa w toku, przepraszamy za niedogodności". Ta kartka już pożółkła. Nikt jej nie zdejmuje, bo nikt nie oczekuje, że coś się zmieni prędko.
Kiedyś w tym mieszkaniu było głośno. Teraz w kuchni tyka zegar, którego wcześniej w ogóle nie było słychać, bo zagłuszały go dwa głosy — Mai i Tomka, jej dzieci, które kłóciły się o pilota do telewizora albo o to, kto pierwszy pójdzie pod prysznic. Maja ma teraz dwadzieścia siedem lat i mieszka w Krakowie, pracuje w firmie zajmującej się grafiką komputerową. Tomek, dwadzieścia trzy lata, wyjechał do Wrocławia na studia i tam już został — najpierw dla dziewczyny, potem dla pracy, teraz chyba już dla samego Wrocławia.
Krystyna parzy kawę w tej samej filiżance co zawsze — z odpryśniętym uchem, którego nikt jej nie chce naprawić, bo mówi, że przypomina jej pewien wieczór sylwestrowy sprzed lat, kiedy filiżanka spadła ze stołu, a nikt się nie pokłócił, tylko wszyscy się śmiali. Siada przy oknie. Na parapecie stoi doniczka z paprocią, którą podlewa co drugi dzień, choć roślina i tak wygląda, jakby miała umrzeć z nudów.
Telefon milczy. Od trzech dni.
To nie znaczy, że coś się stało. Maja pisała w środę — krótko, że ma nawał w pracy, że projekt trzeba oddać do piątku. Tomek dzwonił w niedzielę, jak zwykle, na dziesięć minut, powiedział, że wszystko gra, że może przyjedzie na Wszystkich Świętych. „Może" — to słowo Krystyna zapisuje sobie w głowie i odtwarza jeszcze wiele razy, próbując znaleźć w nim więcej pewności, niż tam faktycznie jest.
Nikt nie uprzedza matek, że przyjdzie taka cisza. Nie ta pusta, po sprzątniętym pokoju, tylko inna — cicha, oswojona, która osiada gdzieś między żebrami i tam zostaje.
Kiedyś Krystyna marzyła dokładnie o tym. Żeby dzieci wyrosły na ludzi, którzy sami podejmują decyzje, nie pytają o zgodę na każdy krok, nie boją się własnego życia. I to się udało. Powinna być z tego dumna — i jest. Tylko że duma i tęsknota potrafią mieszkać w jednej piersi jednocześnie, nie wypychając się nawzajem.
*
Sąsiadka z dołu, pani Basia, spotyka Krystynę na klatce schodowej, kiedy ta wraca z Biedronki z dwiema siatkami — w jednej ziemniaki i cebula, w drugiej słoik ogórków konserwowych, bo Tomek, gdyby przyjechał, na pewno by zapytał, czy są jego ulubione.
— Pani Krysiu, znowu pani gotuje na zapas? — pyta Basia, trzymając w ręku klucze do skrzynki pocztowej.
— A, tak sobie. Może przyjadą.
— Może?
Krystyna wzrusza ramionami i uśmiecha się tak, jak uśmiecha się człowiek, który już dawno nauczył się nie pokazywać, że coś boli. Nie mówi Basi, że w szufladzie kuchennej trzyma pocztówkę od Mai sprzed dwóch lat, z Zakopanego, gdzie córka napisała tylko: „Mamo, tu pięknie, szkoda że Cię nie ma". I że tę kartkę Krystyna czyta czasem wieczorem, kiedy telewizor już nudzi, a sen nie przychodzi.
*
We wtorek Maja w końcu dzwoni. Głos ma zmęczony, ale żywy.
— Mamo, przepraszam, że tak długo nic. Oddałam projekt, klient zadowolony, szef obiecał premię.
— To dobrze, córciu.
— A u ciebie co słychać?
— A u mnie… spokojnie. Podlałam paprotkę. Ugotowałam bigos, może wpadniesz kiedyś na weekend.
Zapada cisza po drugiej stronie — nie zła, tylko taka, w której słychać, że Maja liczy w głowie, ile ma jeszcze projektów do zamknięcia.
— Postaram się, mamo. Naprawdę.
Krystyna wie, że to „naprawdę" oznacza może za miesiąc, może za dwa. Nie robi z tego dramatu. Odkłada telefon na stół obok cukiernicy i patrzy przez chwilę na ekran, który gaśnie sam z siebie.
Tak wygląda teraz jej macierzyństwo. Nie w uściskach każdego dnia, tylko w krótkim „jak tam u ciebie", w bigosie gotowanym „na wszelki wypadek", w niedzielnych telefonach, które trwają dziesięć minut, ale te dziesięć minut ona przeżywa cały tydzień naprzód.
Kiedy chciałaby ostrzec Maję przed czymś, co widzi z daleka — że firma, w której córka pracuje, zwalnia ludzi po cichu, że słyszała o tym od kogoś w kolejce do apteki — zamyka usta i zamiast tego pyta o pogodę w Krakowie. Kiedy SMS nie przychodzi dwa dni, nie dzwoni pierwsza, tylko myje okna, choć są czyste, albo przekłada rzeczy w szufladzie z rachunkami, żeby zająć ręce czymś, co ma początek i koniec.
*
W listopadzie, tuż przed Wszystkimi Świętymi, dzwoni telefon — i tym razem to nie Maja ani nie Tomek, tylko numer, którego Krystyna nie zna.
— Pani Krystyna Wach? Dzień dobry, dzwonię z przychodni na Fordonie, w sprawie wyniku pani badań. Poziom cholesterolu jest podwyższony, poza tym w opisie USG jest wzmianka o zmianie w tarczycy, którą trzeba skontrolować. Prosiłbym o wizytę w przyszłym tygodniu.
Krystyna odkłada słuchawkę i siedzi chwilę przy stole. Nie dzwoni do dzieci. Umawia się na wizytę sama, zapisuje termin na kartce przypiętej magnesem do lodówki, obok listy zakupów, i przykrywa tę kartkę drugą, z przepisem na sernik, żeby nie rzucała się w oczy, kiedy ktoś zajrzy do kuchni.
Wieczorem otwiera stary segregator, który trzyma na najwyższej półce w szafie. W środku są rysunki Tomka z przedszkola — nieforemne słońca z zbyt długimi promieniami, dyplom Mai za konkurs recytatorski z piątej klasy, laurka z okazji Dnia Matki, na której dziecięcym pismem napisano: „Kocham Cię najbardziej na świecie, mamusiu". Ogląda zdjęcia — Maja z rozdrapanym kolanem na trzepaku przy bloku, Tomek w za dużej kurtce ojca, śmiejący się bezzębnie. Odkłada segregator dopiero, gdy robi się ciemno za oknem i trzeba zapalić lampę.
*
Wszystkich Świętych w tym roku wypada w niedzielę. Tomek nie przyjeżdża — dzwoni rano, tłumaczy się nawałem pracy i tym, że bilety na pociąg były już wyprzedane. Maja za to zjawia się w sobotę wieczorem, bez zapowiedzi, z walizką na kółkach i butelką wina kupioną na dworcu w Krakowie.
— Mamo, nie mogłam wytrzymać. Wsiadłam w pociąg.
Krystyna stoi w progu, ręce ma jeszcze mokre od mycia naczyń, i przez sekundę nie wie, co zrobić najpierw — czy wytrzeć dłonie w fartuch, czy objąć córkę. Robi jedno i drugie naraz, niezgrabnie.
Przy kolacji, gdy bigos już stygnie na talerzach, Maja pyta:
— Mamo, co to za kartka na lodówce, pod przepisem na sernik? Widziałam tam nazwę przychodni.
Krystyna odkłada widelec.
— Nic wielkiego. Kontrola. Cholesterol, no i coś tam w tarczycy, mają jeszcze zobaczyć.
— I miałaś mi nie powiedzieć?
— A co by to dało, córciu. Siedziałabyś w Krakowie i się zamartwiała, zamiast pracować.
— To nie tak działa, mamo. — Maja odsuwa talerz, głos jej drży. — Ja nie chcę się dowiadywać po fakcie, że coś się działo, kiedy ja pisałam maile do klienta. Wolałabym wiedzieć od razu, nawet jeśli nic z tego nie wynika.
— A ja nie chcę, żebyś rzucała wszystko i przyjeżdżała za każdym razem, kiedy lekarz mnie wzywa na kontrolę. Będziesz miała tego za dużo, jak dożyję siedemdziesiątki.
Milczą przez chwilę, obie ze wzrokiem w resztkach bigosu. W końcu Maja bierze matkę za rękę, mocno, jakby chciała się upewnić, że jest ciepła.
— Obiecaj, że następnym razem powiesz mi tego samego dnia. Nawet SMS-em. Trzy słowa wystarczą.
— Obiecuję — mówi Krystyna, i po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę w to wierzy.
Rozmawiają potem do drugiej w nocy, już spokojniej — o pracy Mai, o tym, że sąsiadka z dołu znów się skarży na hałas z windy, o tym, że paprotka na parapecie wypuściła nowy liść. Maja zjada jeszcze jedną porcję bigosu i mówi, że nigdzie indziej nie smakuje tak samo.
Rano Krystyna odprowadza córkę na dworzec. Stoi na peronie, dopóki ostatni wagon nie znika za zakrętem torów, a potem jeszcze chwilę, choć nie ma już czego oglądać.
W mieszkaniu jest cicho, ale to inna cisza niż tydzień temu. Na stole zostały dwa talerze — jeden umyty, drugi jeszcze z resztką sosu na dnie, bo Maja zbierała się w pośpiechu i nie zdążyła go opłukać. Krystyna bierze go do ręki, patrzy na zaschnięty ślad bigosu, i dopiero po chwili wkłada go do zlewu. Na lodówce, pod przepisem na sernik, nadal wisi kartka z terminem wizyty — teraz już nieukryta, na wierzchu.







