PRZYGODA SYLWESTROWA
Do domu wcale mi się nie spieszyło. Ostatni dzień pracy, trzydziestego pierwszego grudnia, minął w biurze szybko wszystkie koleżanki puściły się galopem do rodzin: do dzieci, mężów i do sałatki jarzynowej. Uśmiechnięte, rozgadane, obładowane siatkami mandarynek i butelką szampana prezentem od Stefana Iwanowskiego.
A na mnie w domu nikt nie czekał. I nie miałem dla kogo robić sałatki jarzynowej. Spojrzałem na górkę mandarynek w przezroczystej reklamówce, królującą na biurku, i westchnąłem.
Nie, do domu zupełnie się nie chce. Zanurzyłem się w kończeniu raportu. Po chwili zajrzał do mnie zdyszany Stefan Iwanowski, w rozpiętej kożuszce i z czapką na głowie jedyny facet w naszym zespole, a przy okazji szef.
O, a czemu to Ty tu jeszcze siedzisz? Wyobrażasz sobie, zapomniałem prezentu dla żony! rzucił szybko i popędził do swojego gabinetu.
Po kilku minutach wrócił.
A Ty czemu tu sama? Czemu nie lecisz do domu?
Bo w domu nikogo nie ma, Panie Stefanie.
Szef, który przed chwilą chciał już biec do żony, nagle się zatrzymał w drzwiach. Podszedł do mojego biurka i usiadł obok. Patrzył przez moment bardzo poważnie.
No dobra, pora skończyć z tym smutkiem. W końcu to Sylwester! No i co się tak patrzysz? Przecież święto, trzeba się cieszyć. Z taką miną jeszcze długo będziesz sam. Mężczyzna powinien się uśmiechać, wiesz? Dalej, koniec tego powiedział Stefan i zaczął przeglądać moje papiery, zbierając je w stertę. Wszystkich puściłem do domów, rozumiesz, a Ty co wymyśliłaś.
Panie Stefanie, nie przejmuj się pan. Zaraz już wyjdę. Proszę jechać do żony, ja sama wszystko ogarnę i zamknę biuro.
Tak? Na pewno? dopytał podejrzliwie.
Oczywiście!
No to lecę! Szczęśliwego Nowego Roku!
Znów westchnąłem. Głupio tak kisić się w pustym biurze. Naprawdę pora już iść.
Może by tak zamówić pizzę? pomyślałem, Ciekawe, czy pizzerie jeszcze działają?
Pierwszy telefon cisza. Zadzwoniłem do innej wesoła dziewczyna po drugiej stronie oznajmiła, że dziś tylko do osiemnastej i życzy mi wszystkiego dobrego w nowym roku. Spojrzałem na zegar osiemnasta zero pięć. Zdecydowałem się spróbować jeszcze raz i, o dziwo, zamówienie przyjęto! Pospiesznie zebrałem papiery, ubrałem się, chwyciłem mandarynki i szampana i wyszedłem z biura.
Od razu poczułem podniecenie zimowe powietrze przyjemnie szczypało w policzki, śnieg pod butami miło skrzypiał. Latarnie rozświetlały całe ulice, kolorowe lampki migały wszędzie naokoło. Ludzie, obładowani siatkami i paczkami, spieszyli do domów. Sklepy dalej działały, a ci, którzy wszystko zostawili na ostatnią chwilę, wybierali prezenty. Powoli czułem, że ta zabiegana, noworoczna atmosfera zaczyna mi się udzielać.
A co ja właściwie robię? zganiłem się w duchu i z rozpędem minąłem progi supermarketu.
Wkrótce już wykładałem zakupy na kuchenny blat.
Mam nadzieję, że ziemniaki się zdążą ugotować.
Włączyłem telewizor, na oknie zawisła świeżo zakupiona girlanda. Wetknąłem wtyczkę do kontaktu po ramie okna wybiegła migocząca, kolorowa wężykowa linia. Zrobiłem krótki taniec z rękoma w górze i poszedłem przygotować sylwestrową ucztę.
A co, należy mi się dla siebie!
Zostawiłem parujące ziemniaki na balkonie, a na stole, obok szklanek i wina musującego, wyłożyłem kanapki z łososiem i kawiorem, mięsiwa pokrojone w cienkie plastry na liściach sałaty, talerzyk z serowymi kostkami, ananas i mandarynki od szefa.
Po pół godzinie gotowa była już i sałatka jarzynowa, a na patelni skwierczały udka z kurczaka. Przesunąłem do kanapy stolik, przykryłem białą serwetą i zacząłem znosić talerze. Postawiłem kieliszek i szklankę na sok, dołożyłem sztućce. Odszedłem dwa kroki i spojrzałem krytycznie, jak dla gości.
O dwudziestej trzeciej trzydzieści poszedłem otworzyć szampana i wtedy zadzwonił domofon.
To Pan zamawiał pizzę? zabrzmiał energiczny męski głos.
O rany! Kompletnie zapomniałem!
Oczywiście! Proszę wchodzić powiedziałem, naciskając przycisk.
Proszę bardzo. Ile jestem winien? spytałem młodego mężczyznę, trzymającego w rękach płaskie pudełko.
Nic nie trzeba płacić, to prezent odpowiedział, szczerze się uśmiechając.
Ale to nie w porządku. Przecież potem Panu odliczą!
Na pewno nie. To rekompensata za późną godzinę. Proszę brać pizzę, w końcu święto.
Zorientowałem się, że cały czas mam w rękach butelkę szampana, jeszcze nie otwartą.
Proszę potrzymać szampana, podałem mu butelkę, odbierając pudełko, zaniosę pizzę do kuchni.
Wie Pan, nie bardzo Pan wygląda na kuriera, rzuciłem, wracając do przedpokoju.
Bo nie jestem kurierem. Jestem właścicielem tej pizzerii. Wszystkich pracowników wcześniej puściłem wiadomo, Sylwester. Mają rodziny. Zauważyłem, że w systemie został Pana niedostarczony zamówienie no to sam pojechałem. Mnie i tak nikt nie czeka, w przeciwieństwie do pizzy. No, wyjechałem lekko spóźniony.
Zostało dziesięć minut! wyskoczyłem Otwieramy szampana! Inaczej nie zdążymy wypić za stary rok!
Nie ma sprawy. Kieliszki się znajdą?
Kiedy poszedłem po kieliszki, rozległ się donośny huk korka.
Za stary rok!
Za stary!
Stuknęliśmy lekko szkłem i wypiliśmy musujący napój duszkiem.
O rety, cośmy narobili!
Co się stało? przestraszył się on.
No jak to! Wypił Pan szampana, a przecież jest Pan kierowcą!
Faktycznie, znowu szeroko się uśmiechnął.
I co teraz? Jak Pan pojedzie?
Wychodzi na to, że nie pojadę!
I taksówki teraz nawet nie złapie…
No, to racja powtórzył z radością.
Wie Pan co? Niech Pan zdejmuje buty i zapraszam do środka, bo Nowy Rok przywitamy w korytarzu!
Ale tu przytulnie!
Nalewaj Pan szybko, prezydent za chwilę kończy!
No, do siego roku… eee…
Damian podpowiedziałem.
Do siego roku, Damian! Ja jestem Marek.
Do siego roku, Marku! A spróbuj Pan sałatki, sam robiłem. Tylko jeden komplet sztućców mam… choć właściwie, jedz prosto z miski! mówiłem, nagle rozbawiony.
Marek był bardzo sympatyczny, a rozmowa z nim szła lekko i przyjemnie.
Mmm, z miski nawet smaczniejsze. Damian, masz może kawałek ciemnego chleba? Jestem głodny jak wilk!
Pewnie, że mam!
Kiedy wróciłem z chlebem, Marek miał już w obu rękach po obgryzionej pałce z kurczaka.
Wybacz, nie powstrzymałem się. Bardzo dobre! Damian, Ty potrafisz gotować!
Jak się cieszę, Marek! Napiekłem tego wszystkiego jeden nie zjadłby nigdy!
Jaki jeden? Pomogę Ci!
No to pomagaj szybciej!
Sam już poczułem głód.
Jedliśmy sałatkę jarzynową wprost z miski, popijaliśmy szampanem, oglądając noworoczny program i rozmawialiśmy wesoło o wszystkim i niczym.
Wygląda, że cały szampan poszedł!
Mam jeszcze w samochodzie, przyniosę!
Eee, nie, ja idę z Tobą!
Ale ten świeży, mroźny powietrze! rozłożyłem ręce.
Staliśmy koło auta Marka, na niebie wystrzelały fajerwerki.
Wiesz co, Damian? Ożeń się ze mną! To znaczy, nie od razu za rok! Najpierw się poznajmy.
Żartujesz?
Ani trochę!
W takim razie obiecuję przemyśleć.
To świętujemy dalej?
Uśmiechnąłem się szeroko; Marek wyjął z samochodu torbę i razem wróciliśmy do mieszkania, by kontynuować świętowanie.
Damy radę do rana!




