Nie żyję od wczoraj, a wy już dzielicie mój dom

Sobotni poranek zaczął się dla mnie o piątej trzydzieści, kiedy zadzwonił budzik w telefonie córki. Nie mój — ja budzę się od trzydziestu lat o szóstej, bez dzwonka. Ale w ten weekend Ewa nocowała u mnie, bo przyjechała z Krakowa załatwić sprawę, o której nie chciała mówić przez telefon. Twierdziła, że to nic pilnego. Dwa razy w nocy słyszałem, jak krząta się po kuchni. Raz włączyła czajnik o trzeciej nad ranem. Wiedziałem, że coś ją gryzie, ale czekałem, aż sama zacznie. Zawsze tak robiłem — z obiema córkami. Jak dziecko się pali, to w końcu otworzy usta. Tylko że z Ewą nigdy nie było wiadomo, czy to zajmie godzinę, czy pół roku.

O szóstej zszedłem na dół. W kuchni pachniało kawą i świeżym chlebem, który Ewa musiała kupić, zanim jeszcze wstało słońce. Stała przy oknie w moim starym flanelowym szlafroku — tym, który zostawiła u mnie po rozwodzie dziesięć lat temu — i patrzyła na podwórze. Za szybą mróz rysował na trawie białe pasy, a na płocie siedział sąsiadowy kot, czarny z białym łbem, i wyglądał, jakby też nie spał od trzeciej.

Ewa podała mi kubek. Kawę parzyła w swoim ekspresie przelewowym, który przywiozła w bagażniku — „żeby tata nie pił tej lury z kranu”. Pomyślałem, że mogłaby wreszcie powiedzieć, po co naprawdę przyjechała, ale zamiast tego wziąłem z talerza kawałek jej jajecznicy. Zrobiła to samo, co zawsze w takiej sytuacji: udała oburzenie, a potem dosunęła mi talerz.

— Zjedz, skoro i tak ci wsunę — mruknęła.

I właśnie wtedy zadzwonił telefon.

Ewa popatrzyła na ekran. **Magda.** Moja starsza córka. Ta, która została w Płocku, kiedy Ewa wyjechała na studia do Warszawy i już nie wróciła. Magda dzwoni rzadko. Ale jak dzwoni przed siódmą rano, to znaczy, że coś się stało — coś naprawdę złego, jak wtedy, gdy zięć rozbił służbowego volkswagena i trzeba było natychmiast pożyczyć pieniądze, bo „firma zrobi z niego dłużnika na lata”.

Ewa odebrała bez słowa. Przez chwilę patrzyła na mnie, potem włączyła głośnik i położyła telefon obok maselniczki.

— Ewa, tata nie żyje.

Palce Ewy drgnęły, ale nie oderwały się od kubka. Ja przestałem żuć. Jajecznica nagle zrobiła się sucha jak tektura.

W słuchawce było słychać cichy warkot silnika i rytmiczne klikanie kierunkowskazu. Magda jechała gdzieś ze swoim mężem, Arturem. Jechali, żeby załatwiać moje sprawy. Moje pogrzeb i mój majątek.

— Kiedy? — zapytała Ewa.

— W nocy. Znalazł go pan Henio.

Prawie parsknąłem. Heniek Wysocki, mój sąsiad z naprzeciwka, który przez trzydzieści lat pracował w zakładzie pogrzebowym w Płocku i naprawdę zna się na rzeczy. Magda wybrała jedynego człowieka w okolicy, który mógłby kogokolwiek przekonać, że miał kontakt ze zwłokami. Sprytnie. Ale nie na tyle, żebym ja to kupił.

— Wiadomo, co się stało? — zapytała Ewa.

— Serce — usłyszeliśmy. — Wreszcie.

Wreszcie. To słowo zawisło w kuchni jak dym.

Magda nie płakała. Nie zająknęła się. Mówiła spokojnie, jakby relacjonowała stan konta. Moja starsza córka nigdy nie umiała udawać smutku. Złości — owszem, od dziecka. Smutku — nigdy.

Zięć odezwał się z tła:

— Powiedz jej od razu, po co dzwonisz, bo znowu zacznie kręcić.

Magda westchnęła ciężko.

— Ewa, sprawa wygląda tak: znaleźliśmy w mieszkaniu dokumenty. Tata zostawił testament.

Ewa popatrzyła na mnie, jakby czekała, aż zaprzeczę. Nie zaprzeczyłem, bo niższego ciosu nie pamiętam. Ja testament? Nigdy w życiu nie spisałem ani jednej kartki na ten temat. Magda kłamała z pełną świadomością, że wystawia własnego ojca na pośmiewisko.

— Dom przepisał na mnie i Artura — ciągnęła. — Samochód, konto, polisę. Wszystko.

Głos Artura przebił się przez słuchawkę:

— I garaż. Nie zapomnij o garażu.

Magda poprawiła się posłusznie:

— No i garaż.

Znałem ten ton. To był głos kobiety, która od piętnastu lat słucha, co ma mówić, bo inaczej wieczorem znowu będzie awantura o pieniądze.

Ewa oderwała wzrok od telefonu i popatrzyła na mnie. W jej oczach nie było strachu. Była złość. Czysta, chłodna złość. Taka sama, jaką ja czułem w żołądku, gdzieś pod mostkiem, gdzie nie dochodzi nawet kawa.

— A co ze mną? — zapytała Ewa.

— Ciebie tata wykluczył — powiedziała Magda, jakby czytała z kartki.

Artur zarechotał w tle:

— Wreszcie ktoś ci pokazał, gdzie twoje miejsce.

Ewa zamarła. Widziałem, jak zaciska palce na krawędzi blatu. Pomyślała pewnie o tym samym, co ja: o Bożym Narodzeniu trzy lata temu, kiedy Artur upił się i nazwał ją „panią z Warszawy, która przyjeżdża jak do hotelu”. Magda wtedy nie odezwała się ani słowem. A przecież to Ewa dzwoniła do mnie co drugi dzień. To Ewa przyjechała w zeszłym roku, kiedy złamałem biodro, i siedziała ze mną w szpitalu przez dwa tygodnie. Magda przysłała SMS z życzeniami powrotu do zdrowia i bukiet goździków, który więdł na parapecie tak długo, że sprzątaczka musiała go wyrzucić.

— Nie chodzi o to, żebyś się obrażała — mówiła Magda, a ja usłyszałem, jak Artur szeleści przy jej uchu. — Tata podjął decyzję. Chcemy tylko, żeby było czysto. Bez sądów, bez awantur. Artur zamówił już rzeczoznawcę, żeby obejrzał volkswagena.

Zauważyłem, że wymienia samochód po nazwie, jakby już był jej. Jakby mój passat z 2011 roku, którym woziłem Ewę nad jezioro, należał do niej. W ustach Magdy brzmiał obco, jak kradziony.

— A mieszkanie? — zapytała Ewa.

— Zostawimy sobie — powiedziała Magda. — W końcu Artur mówi od lat, że trzeba zrobić remont w kuchni. Wymienimy meble na nowoczesne.

Artur krzyknął z tła:

— I wyrzucę te stare boazerie! Nareszcie!

Ewa popatrzyła na ściany mojej kuchni, na boazerię, którą sam kładłem w dziewięćdziesiątym ósmym, kiedy Magda szła do pierwszej komunii. Pamiętam, że staliśmy wtedy z Heleną, moją żoną, i zastanawialiśmy się, czy nie lepiej tapeta. Helena powiedziała: „Zostawmy drewno, będzie cieplej”. Zostało. Helena zmarła cztery lata później.

Artur powiedział jeszcze:

— A jak chcesz swoje rzeczy z dawnego pokoju, to przyjedź po nie w przyszły weekend. Wystawimy kartony przed garaż.

— Uprzejmie z twojej strony — powiedziała Ewa, a w jej głosie zabrzmiała taka ironia, że aż mnie zęby zabolały.

Magda najwyraźniej niczego nie wyczuła.

— To jest po ludzku. Nie mamy zamiaru robić z tego cyrku.

Zięć przejął telefon:

— Tylko nie próbuj niczego podważać, rozumiesz? Testament jest spisany, świadkowie są, wszystko się zgadza. Nie chcesz chyba, żeby ludzie się dowiedzieli, że córka okrada zmarłego ojca.

Ewa nie odpowiedziała. Ja też nie. Siedziałem i patrzyłem, jak mróz pełznie po szybie.

A potem Artur dorzucił zdanie, po którym przestałem się wahać:

— Twój ojciec wiedział, kto naprawdę się o niego troszczył.

Magda powtórzyła jak echo:

— Wiedział.

To „wiedział” przebiło wszystko. Bo to nie była już kłótnia o pieniądze. To była próba ostatecznego ustawienia przeszłości tak, żeby pasowała do ich wersji. Żebym w ich ustach nie był już człowiekiem, który się poci, kaszle i płaci rachunki, tylko milczącym argumentem w sprawie podziału majątku. Umarłym, którego można wyrecytować.

Wstałem.

Ewa poszła za mną wzrokiem. Nie próbowała mnie zatrzymać. Tylko przesunęła po blacie dłoń, tak jak robiła w dzieciństwie, gdy chciała wziąć mnie za rękę, ale nie wiedziała, czy wolno.

Podszedłem do telefonu.

Magda mówiła dalej:

— W poniedziałek idziemy do banku. Artur zadzwoni do rzeczoznawcy. Do ciebie przyjdzie pismo z kancelarii, ale to formalność. Dlatego lepiej, żebyś nie robiła problemów.

Artur dodał:

— Chyba że chcesz skończyć w sądzie z własną rodziną.

Pochyliłem się nad telefonem. Głośnik leżał między maselniczką a pełnym cukru cukiernicą. Moja kuchnia, mój stół, mój dom. A w słuchawce dwoje ludzi dzieliło to wszystko, jakbym już leżał pod ziemią.

— Ewa? — odezwała się Magda. — Jesteś tam?

— Jest — powiedziałem.

Zapadła cisza. Taka, jakby po drugiej stronie ktoś wyłączył światło.

— Kto to? — zapytał Artur.

Nie odpowiedziałem od razu. Popatrzyłem na swoje odbicie w ciemnej szybie. Siwe włosy, szlafrok, kubek z kawą w dłoni.

— Twój teść — powiedziałem w końcu. — Ten, którego przed chwilą pochowałeś.

Artur nie odezwał się ani słowem przez dobre dziesięć sekund. Potem usłyszałem, jak Magda oddycha do słuchawki, szybko i płytko.

— Tato? — szepnęła.

— Nie jestem twoim tatą — powiedziałem. — Twój tata nie żyje. Sama to przed chwilą ogłosiłaś.

Nie czekałem, aż coś odpowiedzą. Rozłączyłem się i odłożyłem telefon na stół.

Ewa patrzyła na mnie z otwartymi ustami. Po chwili parsknęła śmiechem, krótkim i nerwowym, jakby bała się, że do kuchni wejdzie policja.

— Oni naprawdę myśleli, że cię nie ma — powiedziała.

— Wiedzieli, że jestem — odparłem. — Po prostu nie sądzili, że odbiorę.

Sięgnąłem po komórkę i wybrałem numer Henia Wysockiego. Odebrał po trzech sygnałach.

— Heniek? Zdzisiek. Wyjaśnij mi jedną rzecz. Kto wam zlecił pogrzeb?

Heniek chrząknął.

— No wiesz, Magda z Arturem przyjechali wczoraj. Mówili, że masz raka płuc i że doktor dał ci tydzień. Artur twierdził, że już cię kołacze po ścianach. Chcieli zorganizować wszystko wcześniej, żeby było bez problemów.

— I uwierzyłeś?

— No wiesz, wyglądali na przejętych. Zapłacili zaliczkę. Dwie beczki na stypę, mowy pogrzebowe, oprawa muzyczna. Nawet trumna z okuciami. Wybrali tę dębową, z wieńcem i dwoma aniołami na wieku.

Pokiwałem głową do słuchawki. Oczywiście, że wybrali dębową. Zawsze lubili rzeczy z górnej półki, których sami nie musieli finansować.

— Heniek, anuluj zamówienie. Żyję i nie wybieram się jeszcze do ciebie w gości.

Heniek zaklął z ulgą. Umówiliśmy się, że zadzwoni do firmy i cofnie zamówienie. Zaliczkę kazałem im odesłać Magdzie przekazem pocztowym. Niech ma świadomość, że nie ma na co liczyć.

Ewa patrzyła na mnie, jakbym właśnie odzyskał nogi po paraliżu.

— Co teraz? — zapytała.

Wstałem i poszedłem do przedpokoju. Z szafy wyciągnąłem kurtkę, z kieszeni na piersi — telefon komórkowy. Sprawdziłem konto w aplikacji bankowej. Na rachunku oszczędnościowym leżało czterysta osiemnaście tysięcy złotych. Odkładałem na starość. Teraz zrozumiałem, że starość już nadeszła, a zamiast wydawać na pieluchy i lekarstwa, wolę wydać na coś, co naprawdę zostanie.

Zadzwoniłem do prawnika. Umówiłem się na poniedziałek, na dziewiątą rano. Miałem zamiar spisać testament, prawdziwy, u notariusza, z dwoma świadkami i pieczęcią. Ewa dostanie wszystko: mieszkanie w Płocku, działkę nad jeziorem, konto oszczędnościowe, volkswagena. Magda dostanie garnitur sztućców po babce, bo obiecywałem jej go lata temu — i dokładnie tysiąc złotych. Tyle powiedziałem notariuszowi. Niech ma. Tyle samo, ile dała mi, kiedy w zeszłym roku poprosiłem ją o pomoc w wymianie pieca. Powiedziała, że nie ma.

W poniedziałek rano pod dom zajechał prawnik. Ewa stała przy oknie, z kubkiem kawy, w moim szlafroku.

— Wiesz, że oni tu przyjadą? — zapytała.

— Przyjadą — przyznałem. — I zobaczą nowe zamki.

Sięgnąłem po telefon i wybrałem ślusarza. Umówiłem go na wtorek, na ósmą rano. Dwa nowe zamki w drzwiach wejściowych i w garażu. Klucze dostanie tylko Ewa.

Popatrzyłem na nią.

— A teraz zjedz śniadanie. Potem pojedziemy do banku. Chcę, żebyś miała dostęp do konta, na wypadek gdyby mnie naprawdę kiedyś zabrakło.

Ewa pokiwała głową i odstawiła kubek.

— Tato — powiedziała powoli. — A co, jeśli oni nie przyjadą?

— To znaczy, że całe życie mieli mnie za durnia. A ja nie chcę umierać w domu, w którym nie ma ani jednej osoby, która powiedziałaby mi prawdę.

Wyszliśmy z kuchni. Na dworze mróz puścił. Po chodniku biegła woda z topniejącego śniegu, a na parapecie siedział czarny kot sąsiada. Zeskoczył, kiedy zamknąłem drzwi.

W samochodzie Ewa zapytała, czy napiszę do Magdy. Wzruszyłem ramionami.

— Napiszę — powiedziałem. — Tylko zwięźle.

Odpaliłem silnik i podałem jej telefon.

Podyktowałem:

„Donoszę, że żyję. Zmieniłem zamki. Testament spisze notariusz. We wtorek rano możecie przyjechać po kartony z mojego garażu. Magda, Artur, będziecie mieli na podwórku sąsiadów, więc nie próbujcie niczego. Ojciec, którego pochowaliście, wybaczył wam z góry. Ja jeszcze nie.”

Oceń artykuł
Newskey24
Nie żyję od wczoraj, a wy już dzielicie mój dom