Ostatni wyjazd
Już od samego rana Zofię nie opuszczało dziwne przeczucie, jakby miało się wydarzyć coś niedobrego.
Od razu zadzwoniła do mamy, choć pani Janina uspokoiła ją od razu:
Ciśnienie mam jak u nastolatki, żadnej migreny. Co się martwisz, dziecko?
Tak pytam, na wszelki wypadek… odpowiedziała Zofia. Dobra, muszę się szykować do pracy. Jakby co dzwoń.
Oczywiście, kochanie.
Po rozmowie powinna poczuć się lżej, ale niepokój nadal ściskał jej serce. Nie potrafiła powiedzieć, skąd się to bierze przecież wszystko wydawało się w porządku.
Ale taka to już praca, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. A poniedziałki są, jak każdy wie, najtrudniejsze.
Dopiła kawę, spojrzała na zegarek dochodziła wpół do siódmej. Szybko się ubrała, zapakowała małą kanapkę i wyszła do pracy.
*****
Na placu przed stacją pogotowia Zofia spotkała kierowcę, z którym miała dziś pełnić dyżur pana Marka. Uśmiechnął się do niej szeroko i pomachał ręką, odwzajemniła jedynie zmęczonym kiwnięciem głowy.
Zosiu, czemu taka posępna dzisiaj? zagadnął Marek, odpalając papierosa. Stało się coś?
Nie, Marek. Jeszcze nic się nie stało. Ale czuję, że coś złego się wydarzy… zamyśliła się na chwilę.
O, święty Boże Skąd takie myśli od rana? Za krótko spałaś?
Zofia milczała. Spojrzała tylko w niebo ciemnoszare chmury zwiastowały nieuchronną ulewę.
Od dziecka nie lubiła deszczu.
Może to przez pogodę? Moje przeczucie to po prostu zły nastrój… ucieszyła się, że znalazła możliwe wytłumaczenie dla niepokoju. Prawie się uśmiechnęła, ale od razu coś ciężkiego znów ścisnęło jej żołądek.
Udanej wam służby! krzyknęła młoda sanitariuszka przebiegając obok.
Marek zachłysnął się dymem i po chwili potrząsnął pięścią w jej stronę, aż przestraszona dziewczyna zrobiła wielkie oczy.
Przepraszam… Zupełnie zapomniałam odparła zawstydzona.
Była świeżo po przyjęciu do zespołu i nie mogła jeszcze pojąć, że nie powinno się życzyć powodzenia ekipie wyjeżdżającej na zmianę taki przesąd.
No to teraz na pewno coś się wydarzy wyszeptała cicho Zofia, czując jak po kręgosłupie przeszedł jej zimny dreszcz.
Fiu, obyś się myliła mruknął Marek, wyrzucając niedopałek do metalowego kosza.
*****
Zofia przygryzała nerwowo wargi za każdym razem, gdy dyspozytorka przesyłała na tablet kolejny adres i przez megafon informowała o przyczynie wezwania:
Mężczyzna, 35 lat, silny ból głowy. Język się plącze, podejrzenie udaru
Tego mi brakowało przeszło jej przez myśl. Lekarze pogotowia muszą być gotowi na wszystko, ale
Każdy wyjazd przeżywała bardzo, najbardziej te, które kończyły się tragicznie. Przy udarach o to nietrudno szczególnie dzisiaj…
Na szczęście, mężczyzna, do którego przyjechała, okazał się bardziej zmęczony po świętowaniu niż chory. Język mu się plątał, bo do rana pił z kolegami, a głowa bolała go na kacu. Dała mu tabletkę i poleciła odpocząć.
A jakbym wypił piwo, to by przeszło? spytał z nadzieją.
Broń Boże! Będzie tylko gorzej. Jeśli chcesz żyć długo i szczęśliwie, odstaw alkohol zupełnie.
Wychodząc, odetchnęła z ulgą, że jednak nic poważnego się nie wydarzyło.
Może rzeczywiście Marek miał rację i to całe przeczucie to po prostu wynik zmęczenia?
Kiedy już powoli wracał jej spokój, dyspozytorka znów się odezwała i wysłała ich na cmentarz.
Gdzie?! spytał zaskoczony Marek.
Na cmentarz westchnęła Zofia, ściskając tablet w palcach.
Dziś chowano tam jakiegoś znanego artystę z miasta (dziwne, że Zofia nawet o nim nie słyszała).
Ludzi masa młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, niektórzy z goździkami, niektórzy ze łzami w oczach. Jedni szeptali wspomnienia, inni milczeli.
Zofia cały czas czekała, że coś się wydarzy, Marek nieustannie palił.
Ale nikomu nie była potrzebna pomoc pogotowia.
Potem przyszły inne wezwania, codzienna rutyna.
I tak niepostrzeżenie upłynęło prawie 12 godzin. Za chwilę będzie koniec zmiany.
Jeszcze tylko dziesięć minut i wrócą na swoją bazę pogotowia.
Zofia już marzyła o domu, gorącym prysznicu i śnie pod ciepłą kołdrą. Jutro nowy dzień może będzie lepszy, może i nastrój się poprawi.
Na wszelki wypadek zadzwoniła jeszcze raz do mamy.
Wszystko w porządku, kochanie odpowiedziała pani Janina. Zaraz jem kolację i oglądam serial.
I jak tam mama? spytał Marek, gdy schowała telefon do kieszeni.
Dobrze.
No widzisz? uśmiechnął się Marek. Mówiłem, że nic się nie stanie. A ty tylko: złe przeczucie, złe przeczucie…
Ale to przeczucie dalej mnie trzyma, rozumiesz? Nie wiem, co mnie tak gryzie.
A nie myślałaś, żeby zwierzaka jakiegoś sobie sprawić? Świetnie rozładowuje stres.
Ty tak na serio?
Oczywiście. Ja mam w domu kota Bonifacego. Jak wracam, od razu wskakuje mi na kolana, mruczy, mruczy… I wszystko złe odpływa. Śpię później jak dziecko.
Marek, z moim grafikiem? Kto by go pilnował na moich nocnych zmianach? Ty masz rodzinę, żonę, dzieci a ja przychodzę do pustego mieszkania.
Chciała dodać coś jeszcze, ale w tym momencie tablet znów się rozświetlił i rozległ się głos dyspozytorki:
Zofio, wybacz, ale zmiana się nie skończyła, przyjmij ostatnie zgłoszenie. Ul. Żeromskiego 23, mieszkanie… chwileczkę…
Nie czterdzieści osiem?
Tak, dokładnie. Skąd wiesz?
Tam mieszka pan Karol Nowak. Czuję się już jak członek rodziny, tyle razy tam byłam. Znów problemy z sercem?
W słuchawce zapadła cisza, a potem ciężkie westchnienie dyspozytorki.
Zmarł, Zofio… Jeszcze rano. Już jest policja, musicie być obecni, sama wiesz po co…
Wiem powiedziała cicho.
Zadrżała jej ręka, gdy kładła tablet na kolanach i spojrzała na Marka. Wiedział już wszystko i milczał.
Powiedział tylko:
Szkoda pana Karola. Dużo mi o nim mówiłaś, dobry człowiek był. I nie obwiniaj się, on sam nie chciał jechać do szpitala, nawet do przychodni nie zaglądał To nie twoja wina, rozumiesz?
Tak
Oparła się na chwilę o siedzenie i zamknęła oczy, pogrążona we wspomnieniach.
*****
Z karolem Nowakiem poznała się półtora miesiąca temu, kiedy sam wezwał pogotowie, bo poczuł silny ból w piersi.
Mężczyzna zostawił drzwi otwarte, można wchodzić przekazała wtedy dyspozytorka.
Kiedy weszła do mieszkania, w progu wybiegł do niej mały szczeniak maleńki, mieścił się niemal w dłoni.
Najpierw warczał na intruzkę, potem szczekał na całe mieszkanie, aż pan Karol zawołał go do siebie.
Z ulicy wziąłem, przygarnąłem. Teraz mnie pilnuje uśmiechnął się staruszek, próbując wstać z łóżka.
Zostań, proszę poprosiła Zofia. Świetny szczeniak, sama bym takiego chciała, gdyby było można.
A dlaczego nie możesz, córciu?
Za dużo pracy… A poza tym, jestem sama.
No dobrze, Zosiu, skupmy się na tobie. Od kiedy te bóle, bierzesz leki, bywasz u lekarza?
Okazało się, że problemy z sercem zaczęły się po śmierci żony, a leczenie nie pomagało.
Wierzę, że pogorszyło się przez kolejki w przychodni. A te bóle raz są, raz ich nie ma.
Opisz proszę dokładniej.
Nie ma co opisywać. Boli chwilę, potem przechodzi. Czasem po kropelkach, czasem po validolu…
Ani jedno, ani drugie nie jest leczeniem zauważyła Zofia. Lepiej zrobimy EKG.
Kardiogram wykazał nieprawidłowości, więc zaleciła hospitalizację. Pan Karol z uporem odmówił.
A z Bimbem co zrobię? Może Pani da tabletkę albo zastrzyk?
To tylko chwilowa ulga. Naprawdę powinien pan jechać do szpitala.
Pani koleżanki zawsze robiły tylko zastrzyk. Żyję, jestem, jak widzisz. Do szpitala nie pójdę. Jeśli trzeba, podpiszę odmowę.
Nigdy nie dał się przekonać ani za pierwszym, ani za kolejnymi razem. Z czasem wyjazdy do niego miała tylko ona, a pan Karol dzwonił regularnie raz w tygodniu na pewno.
Wcześniej to przechodziło, a teraz łapie mnie coraz silniej…
To oznaka, że jest coraz gorzej. Bez leczenia tylko się pogarsza. Może jednak zgodzi się pan na hospitalizację?
Przepraszam, Zofio, nie mogę jego głos złagodniał, gdy głaskał szczeniaka po łebku. Nie mam z kim zostawić Bimba, rozumiesz? On taki malutki.
Ale jeśli panu coś się stanie, co wtedy z nim?
Nic się nie stanie! A jak już to znajdą się dobrzy ludzie. Ja już z sąsiadką uzgodniłem, że popilnuje Bimba w razie czego. Nawet pokazałem, gdzie są pieniądze, na karmę dla niego.
Pieniądze? Po co to?
Jak to po co? Większość ludzi nie bierze psów z ulicy, bo ich na to nie stać.
Dobry był z niego człowiek.
A teraz Zofia znów miała pojechać do pana Karola, ale już nie mogła z nim porozmawiać jak dawniej. Żal…
Ostatni wyjazd naprawdę był ostatnim.
Wbrew słowom Marka czuła, że jest winna powinna go przekonać na leczenie. Naprawdę powinna
Zosiu, jesteśmy na miejscu.
Słucham? nie zauważyła nawet, kiedy Marek położył jej ciężką dłoń na ramieniu.
Dojechaliśmy.
Z trudem stawiając kroki, wspięła się na trzecie piętro. W mieszkaniu byli już dzielnicowy oraz sąsiadka pani Wiesława, z którą nieraz zamieniła parę słów podczas wcześniejszych wizyt.
Pewnego razu pan Karol zasłabł na klatce schodowej, trzymając Bimba na rękach. To pani Wiesława zadzwoniła po karetkę i wtedy się poznały.
Dzień dobry, Zosiu.
Dzień dobry, pani Wiesławo powiedziała cicho. To pani wezwała policję?
Tak, kto inny? Od rana jego pies szczekał jak oszalały. Zdziwiłam się, że Karol nie wychodzi na spacer, jak zwykle. Ale myślałam pewnie zły nastrój ma. Potem pojechałam na działkę, wróciłam wieczorem a pies dalej szczekał. Zadzwoniłam więc na policję. Przyszli z dozorcą, otworzyli drzwi… wskazała na sypialnię.
Rozumiem, dziękuję.
Zofia weszła do sypialni, długo patrzyła na śpiącego już na zawsze pana Karola. Musiała się bardzo pilnować, by nie rozpłakać się przy ludziach. Wypełniła dokumenty. Nagle…
Przypomniała sobie coś, zaczęła rozglądać się po pokoju, zaglądała do kuchni, łazienki, nawet na balkon.
Kogo pani szuka? spytał dzielnicowy widząc jej zachowanie.
Powinien tu być mały piesek… Nie widział go pan?
Taki ciemny? Widziałem. Kręcił mi się pod nogami, szczekał nawet na mnie. Ale potem już chyba sąsiadka go zabrała.
Dzięki Bogu! odetchnęła przelotnie Zofia.
Bała się, że ktoś wyrzucił szczeniaka na ulicę, a pan Karol bardzo by to przeżył…
Pożegnała się z dzielnicowym i zeszła do mieszkania pani Wiesławy choć powiedziała, że się spieszy, Zofia postanowiła wpaść na moment.
Zosia? Co się stało?
Chciałam pani podziękować, że wzięła pani Bimba. Bardzo się boi?
Kto się boi?
Bim Piesek przecież jest teraz u pani?
A, ten psiak? Ja go nie wzięłam, po co mi on? odparła zdziwiona.
Ale dzielnicowy mówił, że pani się nim zajęła.
Tak, wyniosłam go tylko na dwór, bo szczekał, rzucał się. Na dworze lepiej niż w pustym mieszkaniu, poza tym przeszkadzał policji, a mnie od szczekania rozbolała głowa.
Co?! Wypuściła go pani na ulicę?
Nie wyrzuciłam, tylko wypuściłam. W końcu co miał tu robić? Właściciela nie ma…
Pan Karol mówił, że się z panią umówił i nawet pokazał, gdzie są pieniądze na karmę.
Pani Wiesława pobladła, potem spochmurniała:
Nie rozumiem, o czym mówisz. Z Karolem się na nic nie umawiałam i o żadnych pieniądzach nie słyszałam.
Ale mówił…
Przepraszam Zosiu, ale nie mam teraz czasu. A pies… kto zechce, ten weźmie. Zawsze znajdą się dobrzy ludzie.
*****
Zofia wybiegła na dwór ulewa już na dobre się rozszalała, krople tłukły po asfalcie coraz głośniej.
Zosiu, co ty robisz na deszczu? Chodź do auta, zamokniesz! krzyczał Marek.
Otworzyła drzwi, zostawiła sprzęt w kabinie, po czym je zamknęła.
Zosiu, co się dzieje? wybiegł za nią z samochodu.
Marek, jedź na stację, zmiana skończona. Ja muszę jeszcze coś zrobić.
Co takiego?
Znaleźć Bimba.
Jakiego Bimba? Wytłumacz mi wreszcie o co chodzi.
W dwóch słowach opisała mu wszystko. Marek zaciągnął się papierosem i zamyślił.
Daleko nie mógł uciec. Zosiu, ja cię nie zostawię. Za chwilę się ściemni. Poszukajmy razem.
Ale samochód…
Nic się nie stanie, nie mówmy nikomu.
Oboje zaczęli szukać psa na całym podwórku. Po kilku minutach dołączył dzielnicowy.
Mam go! zawołał Marek.
Podbiegła co sił rzeczywiście, pod ławką tuż obok bloku siedział Bim, warcząc na kierowcę pogotowia.
Bim, ty mój kochany! szlochała Zofia, a może to tylko łzy mieszały się z deszczem. Poznałeś mnie?
Piesek wyszedł spod ławki, spojrzał na nią smutnymi oczami i zapiszczał cichutko.
Wiem, skarbie… Już nie ma naszego pana Karola.
Marek odwrócił się, wycierając łzę, dzielnicowy spojrzał w niebo udając, że nie widzi.
Nie zastąpię ci twojego pana, Bimku… ale spróbuję, kochany. Pójdziesz ze mną?
Bim poszedł. Wiedział, że Zofia jest dobrym człowiekiem, który go nie skrzywdzi.
A nie lubił też deszczu…
*****
Nie od razu Zofia była pewna, że sobie poradzi. Pomogła jej mama. Gdy miała dyżur, pani Janina doglądała Bimba, wyprowadzała, karmiła.
A w wolne dni spacerowali wszyscy razem w parku Zofia, mama i ukochany pies.
Nie żałowała ani przez chwilę, że przygarnęła tego bezdomniaka.
Bo jej życie nabrało sensu, a ona lepiej rozumiała pana Karola, choć jako lekarz nigdy nie pochwaliła jego uporu wobec leczenia.
Po pewnym czasie ich mała rodzina powiększyła się jeszcze o jedną osobę.
Tego samego dzielnicowego, z którym poznali się w mieszkaniu pana Karola i który pomógł odnaleźć psa. Zofii spodobał się od razu, chociaż okoliczności spotkania nie były radosne.
Gdy Władysław przyszedł w odwiedziny z bukietem kwiatów, na progu przywitał go Bim.
Powąchał nieznajomego, spojrzał uważnie z dołu w górę i po chwili zaszczekał radośnie. Egzamin zdał.
A więc jego ukochanej pani nic nie grozi… Chyba że szczęście, o którym od tak dawna marzyła.







