Ostatni dyżur
Od samego rana Zuzannę dręczyło niewytłumaczalne przeczucie, jakby coś miało się wydarzyć.
Coś złego…
Od razu zadzwoniła do mamy, ale Pani Elżbieta zapewniła ją, że wszystko jest w porządku:
Ciśnienie w normie, głowa nie boli. Czemu pytasz, córeczko?
Tak, tak na wszelki wypadek… odpowiedziała Zuzanna. Dobra, muszę się szykować do pracy. Jakby coś, to dzwoń.
Dobrze, skarbie.
Po tej rozmowie powinna była się uspokoić, jednak niepokój wciąż nie opuszczał jej serca.
Nie mogła zrozumieć, co naprawdę ją niepokoi. Przecież nie miała rzeczywistego powodu do zmartwień.
Chociaż… z jej pracą wszystko jest możliwe. Zwłaszcza w poniedziałki, a wiadomo, że poniedziałek to najgorszy dzień tygodnia.
Dopiła gorzką kawę, spojrzała na zegarek była wpół do siódmej potem szybko się przebrała, zabrała ze sobą kanapkę i wyszła do pracy.
*****
Na parkingu przy stacji pogotowia spotkała Krzysztofa, kierowcę, z którym dziś miała jeździć po mieście. Gdy ją zauważył, pomachał przyjaźnie, a ona tylko skinęła mu znużona głową.
Zuzka, czemu taka ponura? uśmiechnął się Krzysztof, zapalając papierosa. Coś się stało?
Nie, Krzysiek. Jeszcze nie, ale czuję, że dziś coś się wydarzy odparła zamyślona.
Uchowaj Boże… Skąd ci takie myśli od rana do głowy przychodzą? Nie wyspałaś się czy co?
Zuzanna nie odpowiedziała. Zamiast tego spojrzała w niebo sine, zasnute nisko chmurami, lada chwila spadnie ulewa.
Deszczu nie lubiła od dziecka…
„Może to przez pogodę? Może wcale to nie jest przeczucie, tylko zwykła chandra?” Zuzanna nawet uśmiechnęła się w duchu, wierząc, że rozgryzła źródło swego niepokoju.
Ledwie pomyślała, znów przeszedł ją dreszcz.
Udanej zmiany, koleżanki i koledzy! krzyknęła młoda ratowniczka biegnąca obok.
Na te słowa Krzysztof zadławił się dymem, odkaszlnął, błyskawicznie pokazał jej groźnie pięść, co dziewczynę wyraźnie wystraszyło.
Matko Boska… Przepraszam, zupełnie nie pomyślałam jąkała się speszona.
Zaczęła niedawno pracę i jeszcze nie zapamiętała, że nigdy nie powinno życzyć się ratownikom dobrej zmiany przed jej początkiem.
To zły omen.
To już pewne, dziś coś się wydarzy wyszeptała Zuzanna i poczuła zimny lęk na plecach.
Psiakrew… mruknął Krzysztof, gasząc papierosa w blaszanej popielniczce.
*****
Zuzanna obgryzała nerwowo wargę za każdym razem, gdy dyspozytorka przesyłała na tablet kolejny adres i przez radio dodawała przyczynę wezwania karetki:
Mężczyzna, 35 lat. Skarży się na silny ból głowy, niewyraźna mowa, podejrzenie udaru.
„Tylko tego brakowało…” myślała Zuzka. Tak, lekarz pogotowia musi być gotów na wszystko, ale…
Każde wezwanie przeżywała osobiście, najbardziej te, gdzie stawką było życie lub śmierć. A udar to nie żarty.
Zwłaszcza dziś…
Na szczęście okazało się, że mężczyzna nie miał udaru.
Bełkotał, bo do rana świętował urodziny kolegi, a głowa pękała mu z kaca. Zuzanna dała mu tabletkę, poradziła wypocząć.
Może jak wypiję piwko, to pomoże? zapytał z nadzieją, trzymając się za głowę.
Absolutnie nie! Będzie tylko gorzej. Chcesz żyć długo i szczęśliwie odstaw alkohol całkowicie.
Wyszła z mieszkania z ulgą: nie stało się nic poważnego.
„Może Krzysztof ma rację i to przeczucie to efekt zmęczenia?” Prawie się już uspokoiła, aż tu nagle dyspozytorka skierowała ich… na cmentarz.
Gdzie?! zdziwił się Krzysztof.
Na cmentarz odparła zrezygnowana Zuzanna, ściskając w dłoniach tablet.
Tego dnia na miejscowym cmentarzu odbywał się pogrzeb znanego aktora, ponoć rodowitego krakowianina (choć Zuzanna pierwszy raz o nim słyszała).
Mnóstwo osób.
Młodzi, starsi, kobiety i mężczyźni. Jedni milczeli z goździkami w dłoniach, inni płakali. Niektórzy wspominali zmarłego ciepłym słowem.
Zuzanna co chwilę wyglądała jakby zaraz coś się stało. Krzysztof odpalał jednego papierosa za drugim.
Nic się nie wydarzyło, pomoc ratowników nie była potrzebna.
Później były kolejne wyjazdy zwykłe, jak co dzień: przeziębień, drobne urazy.
Tak minęło prawie 12 godzin, a dyżur zbliżał się do końca.
Jeszcze dziesięć minut i będą wracać na swoją stację.
Zuzanna marzyła tylko, żeby wrócić do domu, wziąć prysznic i paść na łóżko. Jutro nowy dzień i oby lepszy nastrój.
Na wszelki wypadek, po raz dziesiąty, zadzwoniła do mamy.
Wszystko dobrze usłyszała Panią Elżbietę Idę jeść kolację, potem pooglądam telewizję.
I co, jak tam mama? spytał Krzysiek, gdy Zuzanna schowała telefon do kieszeni.
Wszystko w porządku.
No widzisz! uśmiechnął się szeroko Krzysztof. Mówiłem ci, że dziś nic się nie stanie. A ty ciągle wmawiasz sobie jakieś złe przeczucia…
Tylko że ono nadal jest, Krzyś. Nie potrafię się pozbyć niepokoju…
Lepiej byś sobie jakiegoś zwierzaka sprawiła. Niezawodnie rozładowuje stres.
Mówisz poważnie?
Jasne! Ja mam w domu kota Bonifacego. Gdy wracam do domu, wskakuje mi na kolana i mruczy, mruczy… A moje problemy ulatują, jakby ktoś je ręką odjął. I śpię potem jak niemowlę.
Krzysiek, a jak ja miałabym zwierzę, z moim grafikiem? Przecież pracuję na zmiany. Kto by się nim zajmował? Ty masz żonę i dzieci, a ja mieszkam sama.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, gdy nagle tablet zawibrował, a głos dyspozytorki przeciął ciszę:
Zuzanna, przepraszam, ale dyżur jeszcze się nie skończył. Przyjmij jeszcze jedno wezwanie. Ulica Słowackiego, 23. Mieszkanie… chwila…
Nie czterdzieści osiem przypadkiem?
Rzeczywiście, 48. Skąd wiesz? zdziwiła się dyspozytorka.
Tam mieszka Pan Tadeusz Biernacki. Chyba jestem tam częściej niż na własnej klatce. Znowu skarży się na serce?
Usłyszała ciężkie westchnienie dyspozytorki i już poczuła lęk…
Zmarł, Zuzanna… Dziś rano. Policja już jest na miejscu, musicie być przy protokole, sama wiesz dlaczego…
Wiem… odparła dziwnie obco.
Drżącą dłonią odłożyła tablet na kolana i spojrzała na Krzysztofa. On wszystko słyszał, nie odezwał się.
Po chwili powiedział:
Szkoda Pana Tadeusza. Z tego co mówisz, był porządnym człowiekiem. Pamiętaj, nie masz sobie nic do zarzucenia. Sam nie chciał jechać do szpitala, nawet do przychodni pójść nie chciał. Wiesz, że nie jesteś winna, prawda?
Mhmm…
Zuzanna oparła głowę, zamknęła oczy i na chwilę odpłynęła myślami.
*****
Z Panem Tadeuszem poznała się półtora miesiąca wcześniej. Sam wezwał karetkę, bo boli go klatka piersiowa.
Mężczyzna mówił, że drzwi zostawi otwarte, możecie wejść informowała wtedy dyspozytorka.
Dobrze.
Gdy weszła do mieszkania, w przedpokoju przywitał ją maleńki piesek kulka ledwie mieszcząca się w dłoni.
Najpierw śmiesznie warczał i szczekał na obcą, a gdy Pan Tadeusz go zawołał, pobiegł do pokoju, kiwając ogonem.
Znalazłem go na ulicy, przygarnąłem i teraz mnie pilnuje uśmiechnął się mężczyzna, próbując wstać z łóżka.
Leżeć, Panie Tadeuszu. Piesek cudowny, gdybym mogła, też bym takiego chciała.
A czemu nie możesz?
Mam swoje powody. Ale wróćmy do Pana, kiedy te bóle, czy leczy się Pan gdzieś?
Odpowiedział na wszystkie pytania. Problemy z sercem zaczęły się po śmierci żony. Chodził kiedyś do przychodni, ale brak poprawy…
Najgorzej jest, jak czekam w kolejce. Ból raz jest, raz znika.
Może Pan go określić bliżej?
A co tu mówić trochę poboli i puszcza. Czasem krople na serce, czasem tabletka.
Takie leczenie to nie leczenie uśmiechnęła się Zuzanna. Trzeba zrobić EKG.
Zza kartek wyszły rzeczywiste zmiany w sercu. Chciała skierować go do szpitala, jednak stanowczo odmówił.
A z kim Bima zostawię? Dajcie mi coś na ból i już.
To tylko chwilowa ulga, Panie Tadeuszu. Sugeruję szpital…
Wasze koleżanki zawsze dawały leki. Nic mi przecież nie jest, na szpital się nie zgodzę, podpiszę odmowę.
Nie dało się go przekonać. Ani wtedy, ani przy kolejnych wizytach.
Tak się złożyło, że na jego wezwania prawie za każdym razem przyjeżdżała Zuzanna. Pan Tadeusz dzwonił niemal raz w tygodniu.
Nigdy tak nie miałem. Kiedyś szybko przechodziło, teraz ściska i nie puszcza.
Bo stan się pogarsza, nie ma Pan leczenia. Proszę pojechać do szpitala…
Nie mogę odpowiedział, tuląc pieska Wie Pani, nie mam nikogo, komu mógłbym go powierzyć. Za maleńki jeszcze.
Jak Panu coś stanie się, też zostanie sam…
Nic mi nie będzie! A jakby co, są na tym świecie dobrzy ludzie. Nawet sąsiadce pokazałem, gdzie chowam pieniądze, żeby miała na karmę dla psa.
Pieniądze?
No tak zdziwił się dużo ludzi nie bierze zwierząt, bo ich nie stać.
Był dobrym człowiekiem.
I oto Zuzanna znów jechała do Pana Tadeusza, ale tym razem nie przyszło jej już z nim rozmawiać jak dawniej. Szkoda…
Ostatni dyżur naprawdę okazał się ostatnim.
I mówiąc szczerze, nie mogła się zgodzić z Krzysztofem, że nic sobie nie ma do zarzucenia. Miała! Powinna go przekonać, by pojechał do szpitala. Powinna…
Zuzka, jesteśmy.
Co? dopiero poczuła rękę Krzysztofa na ramieniu.
Jesteśmy, mówię.
Nogi miała jak z waty, z trudem wdrapała się na trzecie piętro, weszła do mieszkania, gdzie była już dzielnicowa i sąsiadka – Pani Halina, którą poznała już wcześniej podczas jednego z wezwań.
Wtedy Tadeuszowi zrobiło się źle na klatce, trzymał Bima na rękach, poprosił sąsiadkę, by wezwała karetkę. Od tego czasu się znały.
Dzień dobry, Zuzanno.
Dzień dobry, Pani Halino…? To Pani wezwała policję?
Ja. Nikt inny nie mógł. Od samego rana ten piesek szczekał. Zdziwiłam się, czemu Tadeusz nie wyszedł z nim na spacer. Pomyślałam, że może nie ma nastroju…
A potem?
Pojechałam na działkę, wróciłam wieczorem. A pies szczeka i szczeka. Zadzwoniłam po policję. Dzielnicowy przyszedł z ślusarzem, otworzyli drzwi i… wskazała na sypialnię.
Rozumiem, dziękuję.
Zuzanna poszła do sypialni, patrzyła długo na Pana Tadeusza, powstrzymując łzy. Wypełniła dokumentację… i nagle…
…coś sobie przypomniała. Rozglądała się wszędzie, zajrzała do kuchni, łazienki, nawet na balkon.
Przepraszam, kogo Pani szuka? zapytał dzielnicowy.
Pieska. Powinien tu być piesek, nie widzę go nigdzie. Nie widział go Pan?
Tak, czarny, rozrabiał tu pod nogami zaśmiał się, potem spoważniał. Sąsiadka go zabrała.
„Boże dzięki!” odetchnęła z ulgą.
Przeraziła się, że Bima wyrzucono na dwór. Pan Tadeusz bardzo go kochał, na pewno by się martwił…
Pożegnała się i postanowiła wstąpić do Pani Haliny, która szybko wyszła tłumacząc się pilnymi sprawami.
Zuzanna? Coś się stało? zdziwiła się sąsiadka.
Chciałam tylko podziękować za to, że przygarnęła Pani Bima. Jak się trzyma, bardzo przeżywa?
Kto przeżywa?
No Bim… Przecież jest u Pani?
A, piesek? Ja? Tylko na chwilę go wzięłam. Przecież nie potrzebuję psa.
Ale policjant mówił…
Wzięłam go, ale potem wypuściłam na spacer… Tak szczekał, nawet dzielnicowego atakował, pomyślałam, że lepiej mu na dworze. Po co miałby przeszkadzać pracującym czy mnie. Głowa mnie rozbolała od tego szczekania.
Chce mi Pani powiedzieć, że go wypuściła na ulicę?
Nie wyrzuciłam, tylko po prostu wypuściłam. Przecież właściciel nie żyje.
Ale Pan Tadeusz mówił, że z Panią się umówił. Nawet pokazał Pani, gdzie trzyma pieniądze na karmę dla psa…
Pani Halinie ściemniała twarz, na moment wyraźnie się przestraszyła, a potem spochmurniała.
Nie wiem, o czym mówisz, Zuzanno. Pan Tadeusz mi nic takiego nie mówił. I nie wiem o żadnych pieniądzach.
Ale on sam…
Przepraszam, nie mam teraz czasu. Jak piesek będzie chciał żyć to przeżyje. Może ktoś go zabierze. Świat nie bez dobrych ludzi.
*****
Zuzanna zbiegła na dół, wybiegła przed blok. Kiedy była u Pana Tadeusza, pogoda totalnie się popsuła i zaczął padać deszcz.
Początkowo drobny, ale z każdą chwilą coraz gęstszy.
Zuza, nie stój na deszczu! Wejdź do auta, bo się przeziębisz zawołał Krzysztof.
Podeszła, wsadziła apteczkę do środka…
i zamknęła drzwi.
O co chodzi? Krzysztof podszedł do niej, zdziwiony.
Krzysiek, wracaj na stację, zmiana się skończyła, a ja muszę coś załatwić.
Co takiego?
Muszę znaleźć pieska.
Jakiego znowu pieska? Wyjaśnisz mi co się dzieje?
Szybko streściła, co się stało. Krzysztof zasłuchał się, popalając papierosa.
Bim nie mógł uciec daleko. Musi być gdzieś tu, rozumiesz? Wracaj na stację, ja tu zostanę i spróbuję go znaleźć.
Zgniótł niedopałek, spojrzał na Zuzannę.
Nie zostawię cię samej. Zaraz będzie ciemno. Poszukamy razem.
Oszalałeś? Nie możesz zostawić auta!
Nikomu nie powiemy. Nic się nie stanie.
Przez dziesięć minut szukali pieska po całym podwórku. Przyłączył się też dzielnicowy, zauważywszy Zuzannę i Krzysztofa.
Pomogę oznajmił bez zbędnych słów, czym Zuzanna była mile zaskoczona.
Mam go! zawołał wreszcie Krzysztof.
Dzielnicowy też przybiegł, a Zuzanna co tchu w piersiach pobiegła za głosem.
Bonifacy siedział pod ławką, niedaleko domu Pana Tadeusza, warcząc na Krzysztofa i nie pozwalając mu się zbliżyć.
Bim, kochanie moje! szepnęła Zuzanna ze łzami w oczach, zlewającymi się z kroplami deszczu. Poznałeś mnie?
Piesek wysunął się spod ławki, spojrzał żałośnie, cichutko zaskomlił.
Wiem, maluchu, wiem… Odszedł nasz Pan Tadeusz. Już nie wróci.
Krzysztof dyskretnie wytarł łzę. Dzielnicowy uniósł wzrok do nieba mężczyznom przecież nie wolno płakać.
Zuzanna przyklękła przy piesku.
Nie zastąpię ci twojego pana, ale… jeśli się zgodzisz, spróbuję być dla ciebie najlepsza, jak umiem. Pójdziesz ze mną?
Bim poszedł.
Poczuł, że Zuzanna jest dobrym człowiekiem, nie zrobi mu krzywdy.
A poza tym… bardzo nie lubił deszczu.
*****
Początki były trudne Zuzanna bała się, czy podoła. Pomogła mama.
Gdy dyżurowała, Pani Elżbieta przychodziła do niej, karmiła i wyprowadzała Bima.
W dzień wolny razem chodzili do parku Zuzanna, mama i ich ukochany pies.
Nigdy nie żałowała, że zabrała tego biednego, nikomu niepotrzebnego szczeniaka.
Bo jej życie znów nabrało sensu. I zaczęła rozumieć Pana Tadeusza, choć jako lekarka nie aprobowała jego uporu.
A po pewnym czasie do ich małej rodziny dołączył jeszcze jeden człowiek.
Ten sam dzielnicowy, z którym poznała się u śp. Pana Tadeusza i który szukał z nimi psa. Zuzanna od początku mu się spodobała, choć okoliczności ich spotkania nie sprzyjały bliższej znajomości.
Kiedy Wojtek przyszedł z bukietem tulipanów, na progu powitał go Bim.
Powąchał jego dłoń, popatrzył uważnie z dołu w górę i po chwili radośnie zaszczekał przeszedł kontrolę.
To znaczy, że jego ukochanej pani już nic nie grozi. Chyba że szczęście, na które czekała od tak dawna…







