Pakuj się, spotkałem swoją pierwszą miłość powiedział mąż. A godzinę później sam stał z walizką w ręku.
Andrzej wrócił z klasowego zjazdu w niedzielę wieczorem. Justyna właśnie kończyła zmywać naczynia.
Coś w nim było innego. Podekscytowany, wypieki na twarzy. Jakby właśnie dostał awans albo wygrał szóstkę w Lotto. Justyna zerknęła na niego, wycierając ręce w ściereczkę, i przez chwilę pomyślała z uśmiechem: No, dobrze się bawili.
Andrzej milczał. Przebrał się w pidżamę, położył spać.
Rankiem siedział w kuchni z miną człowieka, który podjął ważną decyzję. Jak w filmie ręce złożone, poważne spojrzenie. Justyna postawiła przed nim kawę i zaglądając do lodówki, zaczęła zastanawiać się, co zrobić z resztą mielonych. Wtedy się odezwał.
Justyś. Musimy porozmawiać.
No i zaczęło się przemknęło jej przez głowę. Fraza, którą poprzedzają najgorsze wiadomości.
Wczoraj spotkałem Lidię. Pamiętasz? Opowiadałem ci kiedyś. Moja pierwsza miłość.
Justyna pamiętała. Lidia przewijała się w rozmowach raz na pięć lat, zwykle gdy Andrzej był trochę podchmielony i wspominał: Byliśmy tacy młodzi. Klasyczna historia.
Rozmawialiśmy. Długo. I wiesz co, Justynka, pakuj się.
Justyna odwróciła się, bez słowa. Kotlety nadal stały na półce.
Słucham?
Podjęliśmy decyzję. Ja i Lidia. Rozumiesz?
Justyna przez moment tylko patrzyła na męża.
Mieszkanie i tak jest moje dorzucił Andrzej, takim tonem, jakby mówił no i co z tego. Będzie ci lepiej, jak poszukasz czegoś własnego.
Justyna odłożyła kotlety z powrotem. Zamknęła lodówkę powoli, tak by magnes z widokiem Zakopanego się nie zsunął.
Już wszystko postanowiłeś? spytała.
Tak.
Skinęła głową i wyszła do pokoju.
Usiadła na skraju łóżka, wpatrzona w ścianę. Na niej wisiał kalendarz z kotkami, kupiony na hali targowej w styczniu po taniości, a jednak już luty minął, a kalendarz wisiał dalej. Rudy kociak z kokardką patrzył na Justynę prawie ze współczuciem.
Tak właśnie pomyślała.
Dwadzieścia lat życia z człowiekiem, który teraz siedzi w kuchni i czeka, aż spakuje walizkę. Dwadzieścia lat to szmat czasu.
To pierwsze wynajmowane wspólnie mieszkanie na Pradze, z cieknącym kranem i głośnym sąsiadem Mirkiem za ścianą.
To upadłość jego firmy, kiedy Andrzej miesiącami chodził szary i Justyna udawała, że nie widzi go wieczorami z butelką piwa na balkonie.
To noc, gdy zawiozła go na Szaserów z bólem brzucha okazało się, że to wyrostek, chirurg powiedział: Jeszcze godzina i mogło być po wszystkim. To komers jej uczniów w szkole na Grochowie, gdy Andrzej przyszedł z kwiatami, zawstydzony, ale dumny. To wszystko się wydarzyło. I jakoś już nie miało znaczenia.
Justyna wstała, przeszła się po pokoju, zatrzymała przy szafie.
Na najwyższej półce, w rogu, leżały dokumenty.
Andrzej nadal siedział w kuchni, przeglądał telefon pewnie pisał do Lidii, bo czasem się uśmiechał. Z miną człowieka, który właśnie zrobił wielki krok i czeka na brawa.
Justyna usiadła naprzeciw, kładąc dokumenty na stół.
Dokumenty już bierzesz? zerknął Andrzej.
Nie. Chcę ci coś pokazać.
Otworzyła teczkę.
Jutka, może nie teraz…
Zamknij się, proszę.
Znalazła odpowiedni papier, położyła przed nim.
Ale tu jest
Tak, przytaknęła Justyna.
Że mieszkanie po rozwodzie zostaje przy tobie.
Tak.
No ale
Zerknął na akt ponownie, potem opuścił wzrok.
Justyna nie poganiała. Niech przeczyta jeszcze raz. Piętnaście lat temu mógł się zainteresować szczegółami, nie zainteresował się. Teraz miał okazję.
A długi? spytał cicho.
Biznesowe kredyty twoje. Masz czwarty paragraf.
Andrzej zamilkł. Na ekranie telefonu mignęła wiadomość Lidia pewnie pytała, co słychać. Nie odpisał.
Justyna
Tak?
Ty to specjalnie wszystko przechowałaś?
Justyna przez moment się zastanowiła.
Nie. Po prostu nie wyrzucam dokumentów.
I to była prawda. Justyna trzymała wszystko: paragony, gwarancje, instrukcje do pralek, papiery z przychodni sprzed lat. Porządek przede wszystkim.
Andrzej znów wpatrywał się w papier, potem w okno.
Justyna wstała, schowała dokumenty, odstawiła kubek po kawie do zlewu. Potem odwróciła się.
Andrzeju. Ktoś z nas faktycznie powinien się wynieść powiedziała. Masz rację.
Wróciła do pokoju.
Andrzej siedział w kuchni jeszcze dwadzieścia, może trzydzieści minut. Justyna nie zwracała już na niego uwagi. Zajęła się czymś normalnym w nienormalnej sytuacji: układała książki leżące przy łóżku, przestawiła doniczkę z pelargonią na regał, wytarła kurz ze szafy. Ręce zajęte głowa myśli ciszej.
Nagle usłyszała jak Andrzej podchodzi.
Justyna…
Odwróciła się. Stał z papierem w ręku trzymał go, jakby to było coś, co mogłoby go ocalić.
Porozmawiajmy normalnie.
Dobrze zgodziła się, spokojnie, bez emocji.
Ten dokument… To był stary czas, inne realia. Nikt nie myślał wtedy, że…
Że co?
Zawiesił głos. Najwyraźniej nie wiedział, jak skończyć zdanie. Że się rozstaniemy? Że jednak umowa będzie istotna? Że tak właściwie nikt nie myślał?
U notariusza wszystko załatwione przypomniała Justyna. Prawo jest prawem. Sprawdzałam.
Kiedy?
Z pięć lat temu. Tak profilaktycznie.
Andrzej patrzył na nią z miną człowieka, który właśnie zorientował się, że bardzo pominął ważne sprawy.
Planowałaś coś?
Justyna pokręciła głową.
Po prostu jestem porządnicka, już ci mówiłam.
I to była prawda. Pięć lat temu zadzwoniła do notariusza w sprawie spadku po mamie i przy okazji spytała o umowę. Wszystko aktualne, proszę się nie martwić powiedział. Justyna pokiwała do słuchawki i zapomniała. Aż do dziś.
Andrzej wrócił do kuchni. Słyszała jego kroki, szuranie. Cisza. Potem znów szafki, przesuwanie czegoś.
Podeszła do framugi i zaglądnęła.
Co robisz?
Myślę.
O czym?
Nie odpowiedział.
Justyna włączyła czajnik.
Andrzeju zapytała łagodnie zastanowiłeś się, gdzie się przeprowadzisz?
Zamilkł.
No tak mruknęła Justyna.
Domyśliła się prawdy. Andrzej chyba inaczej sobie tę scenę wyobrażał: powie ważne słowa, Justyna się rozpłacze, wyjdzie, a on zostanie w mieszkaniu, a potem przyprowadzi Lidię. Wszystko jasne i proste.
Ale zapomniał o jednym nierozpakowanym od lat papierze.
Gdy woda się zagotowała, Justyna zaparzyła herbatę.
Ja się nie wyprowadzam powiedziała. To moje mieszkanie i tu zostaję.
Andrzej milczał.
A gdzie ja mam…
Do Lidii przypomniała spokojnie. Sam mówiłeś, że się zdecydowaliście.
O Lidi Justyna myślała wtedy bez gniewu, nawet bez ciekawości. To była postać z czyjejś przeszłości, ktoś z sentymentu i szampana, wymyślona historia. Justyna w tej opowieści była tylko przeszkodą.
Cóż, bywa.
Ona… zaczął Andrzej i znów zamilkł.
Co?
Chyba nie jest jeszcze gotowa. Nie rozmawialiśmy o tym. U niej trochę tłoczno…
Justyna odłożyła filiżankę.
Andrzej.
Hm?
Mówisz mi pakuj się, a nie ustaliłeś z Lidią, dokąd pójdziesz?
Poczerwieniał. Zrozumiała, że faktycznie niczego nie ustalił.
Niektórzy faceci robią wielkie rewolucje, gorzej im idzie z dopięciem szczegółów.
Justyna sięgnęła do szafy, wyjęła brązową torbę służbową i położyła na stole.
Proszę. Zabierz, co trzeba.
Justyś.
Podjąłeś decyzję. Przyjęłam ją. Teraz dokończ.
Patrzył na torbę. W tej chwili coś się w nim przełamało.
Zaczął się pakować.
Justyna została w kuchni, słuchając jak tam przesuwa ubrania, zamyka szuflady, podrzędne odgłosy całego dwudziestoletniego życia mieszczącego się w jednej walizce.
Po godzinie stał w korytarzu z torbą. Twarz człowieka, który nie tyle się rozmyślił, ile nie przewidział efektu.
Justyna… Zadzwonię.
Dobrze odpowiedziała.
Musimy, no wiesz… papiery rozwodowe.
Zadzwoń, omówimy.
Jeszcze chwilę stał, czekał może na łzy, błagania, awanturę coś, co pozwoliłoby wrócić do znanego układu. Nic takiego nie przyszło.
Andrzej wyszedł.
Po trzech tygodniach Justyna usłyszała od pani Zofii, dawnej koleżanki z pracy, która wiedziała wszystko o wszystkich, że Andrzejowi z Lidią nie poszło.
Lidia mieszkała u siostry: małe mieszkanie, siostra z mężem, dwójka dzieci. O romantyzmie nie było mowy. Andrzej nie zdecydował się tam zamieszkać. Wynajął pokój gdzieś na Targówku u starszej pani, która nie pozwalała palić i wymagała uprzedzania o każdym gościu.
Lidia, kiedy dowiedziała się o tym pokoju i że Andrzej nie ma i nie będzie miał mieszkania, ostygła. Prawdopodobnie wizja mężczyzny, który rzuca wszystko dla miłości, była kusząca póki nie okazało się, że rzeczywistość to jedna walizka i cudze długi. Pierwsza miłość dobrze wygląda z daleka z bliska już mniej.
Justyna wysłuchała, nalała Zofii herbaty.
I jak się trzymasz? zapytała tamta z charakterystyczną dla bab polskich gotowością do współczucia.
Dobrze odpowiedziała Justyna.
To była prawda. W ciągu tych trzech tygodni zapisała się na kurs masażu od dawna chciała, ale ciągle brakowało czasu. Zadzwoniła do Gosi, przyjaciółki z dawnych lat, nie widziały się trzy lata pogadały cztery godziny w kawiarni. Kupiła karnet na basen. Drobiazgi, a właśnie z takich cząstek składa się życie.
Czasem wieczorem, gdy w mieszkaniu było cicho, myślała o Andrzeju. Bez gniewu. Tak po prostu. I złapała się na tym, że dobrze, iż to on sam otworzył tamte drzwi. Pewnie żyłaby, odkładając ich otwarcie na potem.
Na ścianie nadal wisiał kalendarz z kotkami. Styczeń, luty, brązowy kotek z kokardką wszystko jak dawniej. Justyna spojrzała na niego i pomyślała, że najwyższa pora przekręcić na aktualny miesiąc.
Ale zaraz uznała jeszcze zdążę.






