Pewnej starszej pani trafił się piesek. To był prezent od syna malutki, drogi pieseczek, taki że z trudem wpadał w oko, bo mniejszy był od cukierka Michałka. Syn, który wiedział, ile mamie przyniósł trosk przebyty zawał, pomyślał, że taki mikrus rozproszy jej czarne myśli i podniesie na duchu. Rzeczywiście pomogło! Starsza pani (no, nie da się ukryć, babcia pełną gębą) szybko wracała do formy.
Spacerowała teraz codziennie z Bazylką, prowadząc ją cieniutką smyczą jak niteczka, albo wpuszczała do specjalnej torebki uszytej przez wnuczkę. Bazylka bo gdy się rodził, był mniejszy od bułki kajzerki. Pieseczek był przekochany łagodny, uroczy, co rusz podbiegał, żeby się przytulić lub poturlać po dywanie.
Któregoś dnia babcia wyszła z Bazylką na spacer pod blok, gdy nagle tuż przy niej przystanął samochód taki, że nawet proboszcz z sąsiedztwa by pozazdrościł. Ze środka wyszli chłopak i dziewczyna szerokie uśmiechy, sneakersy, dres No klasyka gatunku, tylko że zainteresowali się Bazylką! Prosili, żeby pogłaskać, babci trochę było niezręcznie odmawiać, bo co powie nie dam, bo nie? Podeszła do auta, podtrzymując pieska. Dziewczyna wyciągnęła ręce, łup porwała Bazylkę, a samochód odjechał z piskiem opon tuż spod Żabki.
Babcia podbiegła za nimi, krzycząc wniebogłosy, łzy ciekły jej po policzkach. Potem się przewróciła, mocno się potłukła i straciła przytomność. Sąsiad, ten z czwartego piętra co zawsze przynosi ziemniaki z ogródka, zadzwonił po pogotowie. Babcię zabrano do szpitala. Syn przyjechał zastał mamę bladą, z sinymi ustami, która tylko szeptała przez łzy imię pieska: Bazylka Bazylka.
Ale syn, człowiek czynu zresztą, nie odpuścił. Sąsiedzi zapamiętali numery auta i już plotka się niosła, do kogo młodzi co noc zajeżdżają. Do ludzi to nawet niepodobnych bogactwem szpanujących, willa z podjazdem, samochód wart więcej niż samochody połowy osiedla razem wzięte.
Syn, trochę jak polski detektyw, dotarł pod dom. Drzwi otworzył, nie będziemy wnikać jak. Bazylka była w środku chuda, ledwo stała na nóżkach. Od czasu porwania nie chciała jeść, nie piła, tylko skamlała ledwo było ją słychać. Odzyskał ją syn, nie wnikajmy jak ważne, że odzyskał.
Złodzieje mieli już dość chcieli mieć słodką maskotkę do zabawy i zdjęć na Instagram, a trafili na biedne, chore zwierzątko, które tylko płakało i zostawiało ślady łapek na panelach. Nudne i do tego kłopotliwe.
Na szczęście babcia wróciła do zdrowia, Bazylka też. Dziś spacerują tylko po spokojnych uliczkach, piesek od razu kryje się w torbie, gdy ktoś się zbliża. Historia kończy się dobrze.
Ale mam jeden wniosek: nie zabierajcie cudzej radości. Nie podbierajcie innym kawałka szczęścia. Czasem to jedyne, co człowieka trzyma tu, na tym świecie drugi człowiek, stary rower, ogródek na trzy ary, pierwsze miejsce w konkursie na najpiękniejszą jarzębinę, czy właśnie tej mikroskopijnej Bazylki.
Ludzie żyją tym, co dla innych jest niby niczym. To malutkie szczęście trzyma przy życiu. Nie bierz dla zabawy cudzego pieska, bo szczęścia zabranego się nie da zatrzymać i z ukradzionego szczęścia jeszcze nikt nie był zadowolony.
Można tym małym, niewinnym czynem zniszczyć czyjeś całe mikro-życie. Uważać trzeba bo nawet dusza to ponoć tylko kilka gramów. A jednak mieści się w niej wszystko.







