Pewna starsza pani miała swojego ukochanego pieska.

Dawno, dawno temu, była sobie starsza pani w Warszawie, która miała małego pieska. Jej syn podarował jej niezwykle drogiego, maleńkiego pieska takiego, co mieścił się w dłoni, drobniutkiego jak okruszek. Po tym, jak przeszła zawał serca, syn chciał jej pomóc odzyskać radość życia, oderwać myśli od smutku. I rzeczywiście, podarunek sprawił cud starsza pani poczuła się lepiej, zdrowie zaczęło powracać.

Staruszka a trzeba przyznać, była już sędziwą osobą zaczęła spacerować z pieskiem, którego nazwała Maciusiek. Powód? Był tak malutki jak kropelka, więc imię pasowało idealnie. Wyprowadzała Maciusia na cieniuteńkiej smyczy lub nosiła w specjalnej torebce. Był uosobieniem łagodności i posłuszeństwa, zawsze skory do zabawy.

Pamiętam, jak pewnego dnia starsza pani wyszła z Maciusńkiem na spacer po Królewskim Przedmieściu, gdy obok zatrzymał się samochód. Wysiedli młody chłopak i dziewczyna, zauroczeni urokiem malutkiego pieska. Poprosili, aby mogli go pogłaskać. Staruszka nie miała na to ochoty, ale nie chciała być niegrzeczna, więc podsunęła pieska do okna auta. Wtedy dziewczyna chwyciła Maciusia, a chłopak natychmiast ruszył z piskiem opon. Pojechali, nie oglądając się za siebie.

Starsza pani rzuciła się za samochodem, krzycząc rozpaczliwie. Potknęła się jednak i upadła, boleśnie się raniąc. Straciła przytomność. Sąsiedzi, widząc to wszystko, wezwali pogotowie. Zabrano ją do szpitala na ul. Lindleya. Syn dowiedziawszy się o wszystkim, natychmiast przyjechał. Zastał matkę bladą, z posiniałymi ustami, szepczącą tylko cicho imię swojego pieska płakała cicho, prosząc: Maciusiu

Syn nie dawał za wygraną. Sąsiedzi zapamiętali auto i skojarzyli, gdzie czasem się zatrzymuje. Syn zwrócił się o pomoc do znajomych policjantów. Szybko ustalili, że właściciel samochodu mieszka w pięknej willi na Mokotowie było jasne, że żyje mu się dobrze, na dostatek wskazywał choćby drogi volkswagen, którym jechali.

Syn pojechał do tej willi, dostał się do środka w taki czy inny sposób nie to najważniejsze. Na własne oczy zobaczył Maciusia piesek leżał słabiutki, wycieńczony. Od dnia porwania nie jadł, nie pił, tylko cicho skomlał, a potem już nawet tego nie miał sił robić. Dla tych młodych ludzi Maciusiek okazał się kłopotem chcieli mieć wesołą zabawkę, a ukradli przerażone, schorowane zwierzę.

Tak czy inaczej, syn zabrał Maciusia z powrotem nie ważne jak, lecz ważne, że wrócili do domu. Porywaczom piesek i tak był tylko przeszkodą tylko brudził i przeszkadzał.

Starsza pani, całe szczęście, wróciła do zdrowia. Maciusiek również. Spacerują teraz, bardzo ostrożnie nikomu nie pozwalają zbliżyć się do siebie, a na widok obcych Maciusiek od razu chowa się w torebce.

Ta historia zakończyła się szczęśliwie. Ale myślę sobie często nie wolno zabierać komuś jego szczęścia. Cudzego uczucia. Czasem człowieka trzyma przy życiu właśnie to coś maleńkiego: drugi człowiek, stara syrenka, działka nad jeziorami czy choćby głupia nagroda w konkursie na domowe wypieki. To właśnie takie drobiazgi dają siłę i sens.

Nie odbierajmy dla żartu komuś jego drobinki szczęścia. Skradzione szczęście nigdy nie przyniesie nikomu prawdziwej radości. Łatwo zniszczyć czyjeś życie przez odebranie tego, czym żyje i oddycha. Dusza też jest bardzo mała mówią, że waży kilka gramów. A jednak mieści się w niej cała nasza egzystencja.

Oceń artykuł
Newskey24
Pewna starsza pani miała swojego ukochanego pieska.