Szpitalne okno było szeroko otwarte, bo od rana pielęgniarka postanowiła przewietrzyć salę. Powietrze czyste, firanki łopotały, za szybą zielono aż miło, a do konkretnej, polskiej, letniej duchoty jeszcze było daleko.
Piotrek miał wycięty wyrostek robaczkowy. Ustalono, że operacja była na ostatnią chwilę, ale udało się, co Piotrek przyjął ze spokojem bokserskim.
Zastrzyków się nie boisz? zagadnęła z uśmiechem pielęgniarka, powoli wypuszczając powietrze ze strzykawki.
Piotrek tylko przewrócił się na bok wstawania jeszcze zakazano.
No dobra, tym to mnie nie nastraszysz…
Przywieźli go prosto zza rogu bazaru. Tam go chwyciło. Bezdomny? No bez przesady, dorastał po prostu w domu dziecka. Po prostu szedł z chłopakami od targu, gdzie próbowali dorobić parę złotych na czarno; i nagle bach, brzuch.
Piotrek żałował tylko jednego: że wrobił w to całą ekipę teraz pewnie w domu dziecka panikują. Już dzień po operacji przybiegła do szpitala pani Kiryłowa zastępczyni dyrektorki, demonstrując troskę. Piotrek półprzytomny, wiedział tylko, że była, troskliwie pochylała twarz, ale co mówiła nie pamiętał.
Czemu to nie zdarzyło się akurat na terenie ośrodka? Do budynku było rzut beretem. No ale pech…
Obwiniał morele. Dali im na targu całą skrzynkę przejrzałych owoców, a one przecież takie słodkie jak miód! To się przejadło.
No, mistrzu! Jak tam? podszedł starszy lekarz z czarnymi, włochatymi ramionami, oglądając szew. Najgorsze masz za sobą, dzielny jesteś! Teraz się nie bój.
A ja się nigdy nie bałem odparł Piotrek.
Ho, ho! Odważniaczek? Ale teraz posłuchaj, braveheart! Na razie nic nie jesz. Żadnych paczek! Troszkę bez słodyczy wytrzymasz, wieczorem dostaniesz kisiel.
Piotrek kiwnął głową tak z grzeczności. Przecież i tak nikt mu nic nie przyniesie. W domu dziecka mają na niego stracha za tę akcję na targu i nagły popis chorobowy. Przechodzili przez płot, przez dziurę w ogrodzeniu i… musiało złapać właśnie jego na powrocie!
No, ale prawda nie bez powodu lekarz mówił o odwadze. Piotrek musiał być twardy życie go tak nauczyło. Urodził się, bo jego matka nie miała chyba na aborcję, a zostawiła od razu dokumenty, więc… miał jej nawet wdzięczność przynajmniej istniał.
Od trzeciego roku życia dom małego dziecka, potem dom dziecka pod Łodzią, potem pod Olsztynem. I zawsze był walkower walka o swoją miskę, swoje prawa.
Pamiętał bijatyki o jedzenie nawet w tych spokojnych czasach Gierka (kucharki i dyrekcja wynosiły, ile się dało, z kuchni do domu albo na handel). Ale bitwy były nie tylko o żarcie o wszystko! Zęby, kości dwa razy ręka złamana. Fryzjerka, co ich obracała na jeżyka, o mało się nie rozpłakała, patrząc na wielowarstwowe blizny jego głowy. No i co z tego?
Piotrek nigdy nie płakał. I teraz mają go przestraszyć jakimś szwem na brzuchu czy zastrzykiem?
Dobry żart!
Uważał dorosłych za zimnych i wyrachowanych. Sam nie był rozczulającym się bobasem czy słodką małą dziewczynką, żeby go pokochać bywał grubiański, zawzięty i prostolinijny.
Ty no, Wronowski! Niczego nie planuj do izolatki pójdziesz! pogroziła mu wychowawczyni, pani Irena.
Nie sprzeczał się, ale i tak robił swoje własne zasady, własna filozofia.
W życiu był tylko jeden dorosły, którego wspominał z czułością. Nie znał relacji matka-syn z pierwszej ręki, ale miał wspomnienie o kobiecie, która kiedyś pojawiła się w jego życiu delikatny głos, ciepłe dłonie i zapach, który kojarzył z bezpieczeństwem.
Miał wtedy jakieś sześć lat, mieszkał jeszcze w poprzednim domu dziecka. Kim była? Pewnie jakaś tymczasowa opiekunka. Ale pamiętał, jak sadzała go na kolanach i szeptała:
Musisz być silny, Piotrusiu. Jeść dobrze, zdrowie szanować, słuchać się trochę. Łatwo nie będzie, ale dasz sobie radę. Spróbuj, kochanie.
A potem śpiewała mu piosenkę:
Koteczek, koteczek, szary ogonek,
Lulaj, lulaj…
Szare uszka, białe łapki,
Lulaj, lulaj
Jeśli było paskudnie, Piotrek przypominał sobie ten refren, zaciskał powieki, mruczał pod nosem i od razu było lepiej.
Ta kobieta zniknęła nagle. Została mu tylko jej kołysanka i marzenie, żeby to była… mama, choć wiedział przecież, że to opiekunka.
W końcu pielęgniarka zamknęła okno i zaczęła ścielić sąsiednie łóżko. Piotrek się ucieszył samemu leżeć było nudno jak w szkolnej sobocie.
Nie minęło pięć minut, a na salę wjechało łóżko na kółkach, otoczone dorosłymi w kitlach. Zrobił się zamęt. Piotrek z trudem dojrzał, że na łóżku leży drobny, szpiczastonosy chłopak pod kroplówką. Zaraz potem została tylko pielęgniarka i jakiś mężczyzna w białym fartuchu narzuconym na marynarkę.
Siedzieli w ciszy, rzucali tylko pojedyncze słowa.
Będzie spał powiedziała pielęgniarka.
Dobrze, dziękuję.
Zawołacie…
Dobrze.
Pielęgniarka wyszła. Mężczyzna siedział w ciszy, z głową wspartą na kolanach, nie poruszając się. Piotrek z nudów zmienił pozycję. Mężczyzna spojrzał w jego stronę zmęczona twarz, ale sympatyczne spojrzenie.
Dzień dobry wyszeptał, jakby dopiero teraz zorientował się, że nie są sami.
Dzień dobry odezwał się Piotrek.
Mężczyzna ocknął się, spojrzał na chłopaka pod kroplówką, ale potem przeniósł się na krzesełku do Piotrka.
Operowali cię?
Ta, wycinanie wyrostka.
To super. Jeszcze nie wstajesz?
Nie pozwolili.
To ci coś przynieść?
Nie wolno mi. Do wieczora o głodzie. A on co ma? kiwnął na sąsiada.
On? mężczyzna się skrzywił. Inna choroba. Mogę tu zostać? Pomogę, jak coś będzie trzeba. Jakby przyszli do ciebie, wyjdę.
Nie mam nic przeciwko Piotrek się uśmiechnął (bo i co miał do gadania?).
Jemu na imię Szymon, ma jedenaście lat. A ty?
Piotr, dziesięć.
Dzięki, Piotrku powiedział mężczyzna, choć Piotrek sam nie wiedział za co.
Przez cały następny dzień w sali wrzało. Szymonowi podłączali kroplówki, przychodził lekarz, ojciec nocował na sąsiednim łóżku. Szymon ruszał się ledwo, oczy miał zamknięte.
Potem przyszła starsza para z wysoką, prostą kobietą z zakręconymi włosami matka Szymona. Wprowadzono ją niemal pod rękę, posadzono przy synku. Cały czas coś szeptała, gładziła go po głowie.
Może przewieziecie Piotrka? zapytał ojciec dziewczynę, spoglądając na żonę.
Jasne, dziś przeniesiemy.
Lekarz podszedł do Piotrka:
No i jak, stary? Boli?
Trochę.
Noc minęła pod znakiem bóli szwów i katującego cewnika, a kolacji nie dostał, bo taki los.
Powoli możesz wstawać. Dziś przenosimy na inną salę. Damy radę, młody.
Aż Piotrek nie mógł się doczekać, kiedy się podniesie, ale pielęgniarka się spóźniała, za to gościa pełno.
W końcu zrozumiał, że Szymon chyba umiera. Nie odzyskiwał przytomności, rodzina szeptała, wszyscy jacyś poważni i przerażeni.
Przy Szymku została dziewczyna krewna. Kiedy pielęgniarka przyszła wyciągać cewnik, Piotrek tylko rzucił znaczące spojrzenie (niech ona wyjdzie!), ale odparła szorstko:
Akurat, komu ty tu potrzebny. Już, raz-dwa.
I faktycznie, zrobione. Tylko co dalej ciuchów nie ma. Dziewczyna siedzi, głaszcze Szymka. Piotrek zbiera się do odwagi pyta o ubranie.
Dowiem się. Ale popilnuj Szymona, dobrze?
Spróbował wstać, prawie zjeżdżając ze szpitalnym kocykiem na podłogę, nogi się trzęsły, ledwie doszedł do łazienki.
W końcu przynieśli piżamę. Oczywiście pięć rozmiarów za dużą, trzeba kombinować z gumką. Nawet z podwijaniem spodni dziewczyna mu musiała pomagać.
Chłopie, zaraz zaliczysz glebę
O matko jedyna dziewczyna doprowadziła go do krzesła, Dziecko, ty jesteś chory! Jadłeś dzisiaj coś? Jak masz na imię?
Piotrek.
Mnie mówią Liza. Piotrek, najlepiej mama by była blisko, może zadzwonię?
Mamy nie mam.
Oj, rozumiem… A tata? Ktoś jest jeszcze?
Jakoś dam radę. Muszę do kibla.
Spojrzał na siebie w lustrze pod oczy sine, usta wyblakłe, a oczy czarne jak wronie pióra. Nic dziwnego, że przylgnęło przezwisko Wron (Wronowski, jak dopasowała jedna wychowawczyni). Nawet był z tego dumny.
Przynieśli mu w końcu kisiel.
Sam musisz schodzić do stołówki, ogarniesz po zapachu żartowała salowa.
Ale on niezdolny, nie da rady po schodach! Przyniosę, Pani, sama fuknęła Liza. I koniec festynu.
Piotrkowi nie leżało się spokojnie. Krążył po sali, patrzył na Szymona chudy i ładny chłopiec, z lokami po mamie. Piotrek, prosto z mostu:
Umrze?
Dziewczyna się wzdrygnęła.
Nie wiemy. Ale… Tak, Szymek jest bardzo chory. Cztery operacje… Rodzice udręczeni… On już nie walczy. Ja jestem ciotką, siostrą ojca. Ale przecież cuda się zdarzają, prawda?
Skąd mam wiedzieć? Piotrek usiadł na łóżku.
Patrzył na Szymka miał wszystko jak w filmie: mama, tata, dziadkowie, rodzina… A jednak leży i gaśnie.
Pech…
Piotrka nie przenieśli. Wieczorem pojawił się znowu ojciec Szymka, zrobiono szum wokół dziecka, a do Piotrka po raz pierwszy zwrócił się słowem:
Piotrek, mówił lekarz, że jesteś z domu dziecka?
Tak.
Może chciałbyś się przenieść na inną salę? Tu Szymek… jest w ciężkim stanie
Dobrze mi tu. Zostanę.
Cztery dni zleciały jak jeden. Gdy Piotrek złapał gorączkę, przenieśli go do sali ze staruszkami. Nudził się, więc wracał do Szymka, nikt go nie odganiał.
Wypis przesunięto przez tę temperaturę.
Ojciec Szymona, pan Dymitr Eugeniusz, wiedział już o Piotrku wszystko tu podpytał, tam podsłuchał. Przyniósł mu nawet ubranie, bardziej przemyślane niż szpitalne dresy. Piotrek łypnął na Szymka.
To jego, tak?
Tak, trochę mu już niestety niepotrzebne…
A jakby on jednak przeżył?
Dymitr popatrzył dziwnie cała rodzina unikała słowa umrzeć. Ale tu chłopcy z domu dziecka, to twardziele prosto w oczy.
Niestety, już nie da się go uratować. On odchodzi, Piotrze przyznał z trudem.
To boli umierać? Piotrek przytulał ubranka Szymka, patrzył mu w oczy z żalem.
Dymitr widział, że ten chłopiec naprawdę przeżywał, współczuł, wzruszał się.
Nie, szybciej niż sen. Pilnujemy, by go nic nie bolało.
Ale on rusza się.
Tak, ale nie wiemy, czy nas słyszy. Jednak mówimy do niego. Bo wiecie, cuda się zdarzają… Może jednak…
Raz zostawił Dymitr syna z Piotrkiem na sali, a sam wyszedł. Z oddali zobaczył, jak Piotrek trzyma Szymka za rękę i szepta:
…nie wiem, gdzie moja matka. Może już jej nie ma. Ale trudno, jakoś bez niej się żyje. Gdyby przyszła, wybaczyłbym. Nie wierzysz? Bez sensu… A ty walcz. Zobacz, jacy twoi się martwią. Twój tata… Chciałbym mieć ojca, jak on. Rzeczy twoje oddam, się nie ubrudzą. Ja mam tych rzeczy pełno. Ty tylko przeżyj! Daj radę… musisz!
Dymitr zakasłał, naprawdę łzy podeszły do gardła. Piotrek zerwał się.
On słyszy, przysięgam! Uścisnął mi dłoń, serio!
Wierzę, Piotrze! Pewnie słyszy.
Dymitr i cała rodzina czekali na koniec. Szymek był jedynakiem, wzorem. Chorobę wykryto u niego w wieku ośmiu lat zaniki mięśni, potem kolejne narządy. Leczyli go i w Warszawie, i w Gdańsku, ale teraz już na cuda nie było szans. Szymon się nie skarżył, brał życie jak było.
Wszystko spadło na ramiona żony, Zofii. To ona czuwała nad nim całe noce, ona biegała po lekarzach, ona się modliła. Dymitr był, ale po męsku, silniejszy, chłodniejszy.
Ona się posypała, kiedy już wiedzieli, że to kwestia dni. Zajęli się nią farmakologicznie.
Mów z nim, Piotrze. Ja myślę, że cię słyszy. Cieszy się.
Dla Dymitra rozmowy Piotrka były jak łyk powietrza. Słuchał za drzwiami:
…a jak mi Saran złamał rękę, to zemdlałem na moment; potem tylko spojrzałem na łapę, a ona wykrzywiona! Ale nie zapłakałem, zaciąłem się. On do pielęgniarki poleciał, a ja wytrzymałem. I potem zagoiło się jak nic. Ty też dasz radę, bracie.
Szymon zmarł w nocy. Piotrek nie zauważył, nikt mu nie powiedział. Poszedł na śniadanie, wrócił, w sali już inny chłopak zbierał się do pakowania.
A tamten chłopak? zagaił, wskazując łóżko po Szymku.
Nie wiem, nie było nikogo odpowiedział nowy.
Piotrek poleciał do dyżurki pielęgniarek nikogo; do pokoju lekarzy to samo. Dopytywał.
Szymon? Gdzie Szymon? Zabrali go? Dokąd?
Szymon No, rozumiesz był ciężko chory
Umarł? Piotrek przerwał młodemu lekarzowi.
Ten kiwnął głową.
Niestety, tak bywa.
Piotrek się wycofał. Był wściekły na szpital, lekarzy i wszystkich dorosłych na świecie.
Nic nie zrobili!
Jak miał okazać złość?
W korytarzu sprzątaczka myła podłogę. Piotrek kopnął wiadro, rozchlapał wodę. Rozległ się wrzask, lekarze zbiegli, pielęgniarka też. Wszyscy zrzędzili, a on rzucił się na swoje łóżko, zamknął uszy rękami.
Cały szpital! Tyle lekarzy, a nikt nie umiał pomóc jego przyjacielowi! Nic, kompletnie nic!
Dlaczego Szymon stał się przyjacielem? Nie wiadomo. Przecież był nieprzytomny cały ten czas, a jednak… Piotrek mówił do niego wszystko o matce, o tej kobiecie z kołysanką, o bójkach, złamaniach.
A pewnej nocy wyśnił sobie, że Szymek siada na łóżku, smętnie się uśmiecha, zaczyna opowiadać o sobie. Piotrek nie pamiętał o czym, ale wiedział, że rozmawiali. Szymon spojrzał na okno i zaczął się wspinać na parapet. Piotrek bał się, że spadnie, w strachu się obudził.
Czerń gałęzi za oknem, księżyc i Szymek miotał się w gorączce, a ojciec spał jak zabity.
Podszedł więc cicho, wziął go za rękę i zaśpiewał jedyną kołysankę, jaką znał:
Koteczek, koteczek, szary ogonek,
Lulaj, lulaj
***
Tak od tamtej pory Piotrek rozmawiał sobie z Szymkiem w głowie. Szymon opowiadał o rodzinie, wakacjach nad Bałtykiem, o dziadku generale i babci, o szkole, o swoim pokoju i mamie, która mu robi śniadanie.
Taka właśnie była w wyobraźni Piotrka normalna rodzina on znał ją tylko z telewizji: każde dziecko ma osobne łóżko w jednej sypialni, własną szafkę w przedpokoju, a w czwartek rybka na obiad, herbatę mama nalewa chochlą…
***
Dziwne, ale Dymitr, kiedy jego syn zmarł, poczuł ulgę. Nie z braku miłości, tylko dlatego, że dziecko już nie żyło, a tylko męczyło się. Teraz trzeba było przyjąć stratę jego żona musiała to zaakceptować.
Coraz częściej myślał o Piotrku.
Na temacie adopcji absolutna blokada Zofia by tego nie zniosła. Szymon miał portret wyeksponowany na środku salonu, żona siedziała przy świecach, jeździli na cmentarz codziennie. Po ciąży pozamacicznej już dzieci mieć nie mogła…
A Piotrek nigdy nie miał i mieć nie będzie rodziców.
Byli drapieżni i surowi, Piotrek inny niż Szymon: nieokrzesany, czarnooki, prosty. Ale jaki miał charakter! Dymitr słyszał, jak rozmawiał z Szymkiem. Tyle w nim było światła, które jeszcze się nie zgasiło.
Zosiu, byłem w szpitalu. Piotrka wypisali. Długo trzymali, ale już wypisali.
Po co tam pojechałeś? Zofia się dziwi.
Po papiery, dla Szymka… A, zresztą. Piotrek, mówili, to teatr odstawił, jak się dowiedział, że Szymka nie ma. Wszyscy byli mu winni.
Głupi wzdycha Zofia.
Nie? Dokładnie…
Nie martw się o mnie, Dymitrze. Radzę sobie. Ty pracuj.
Dobra…
Ale o żadnych chłopcach mi nie mów na razie, jasne?
Nie mówił.
Ale, napędzany jakimś dziwnym przymusem, pojechał do domu dziecka, szukać Piotra w weekend. Nic z tego zasypano go pytaniami. Dyrektorka patrzyła podejrzliwie, spotkania nie dostał.
Tym bardziej go to napędziło! Przypomniał sobie koleżankę ze szkoły Tatianę Sawicką, psycholożkę w adopcji.
Szybko ustalił adres, odwiedził ją, pogadali. Tłumaczyła jasno bez zgody Zofii i Piotrka szansy nie ma. Ale obiecała dowiedzieć się wszystkiego, po swojemu.
Tymczasem Dymitr poszedł do opieki społecznej, sprawdził listę dokumentów niezbędnych do adopcji. Panie z opieki bardzo przystępne, obiecały kontakt.
Z Zofią nie rozmawiał o akcji, ale z teściem i Lizą już tak. Liza ucieszyła się Piotrek jej przypadł do gustu. Obiecali rozmawiać z Zofią.
Ale Zofia, gdy tylko słyszała nazwisko Piotra, zaraz była roztrzęsiona.
On nie zastąpi Szymka! Jak wy tego nie rozumiecie?
I nie musi, Zosiu. Nie chcemy nikogo zastępować. Każdy jest inny. On też nie miał rodziny, ani matki, ani ojca. Ale gdybyś tylko słyszała, jak on rozmawiał z Szymkiem… Ten chłopiec potrafił dodać otuchy staremu koniowi! Proszę cię, chociaż go poznaj.
Tylko nie naciskaj na mnie.
I to była pierwsza zgoda.
Podczas pierwszej wizyty w gabinecie dyrekcji Piotrek był spięty jak struna wzrok w stół, ręce zaciśnięte na biało. Nawet nie podał Dymitrowi ręki.
Tatiana nie przeszkadzała, tylko obserwowała. Dymitr widział, jak bardzo Piotrek się stresuje. W szpitalu był zupełnie inny.
Chciał go objąć jak własne dziecko, ale zupełnie nie wiedział jak. Zaczął opowiadać o pierdołach, żeby cokolwiek powiedzieć. Piotrek już po chwili został odesłany do siebie.
Taki to odważniak!
Chyba nie chce do nas? martwił się Dymitr.
Mylisz się odparła Tatiana. Bardzo chce, marzy o tym. Ale panicznie boi się, że nie sprosta.
My tacy straszni?
Nie, wy po prostu jesteście prawdziwi. On nie zna takiego świata. Boi się emocji, boi się, że nie sprosta. Ale żyje nadzieją.
Padła decyzja Piotrek przyjedzie po raz kolejny, na kilka godzin. Jeszcze zgody oficjalnej nie było, Zofii dalej trudno.
Gdy przyjechał, zasiedli przy herbacie. Ręce Piotka mokre jak po myciu, patrzył tylko w kubek, bał się nawet chrupnąć herbatnikiem. Wszystko było inne niż w wyobrażeniach. Przestrzeni niby dużo, a jakby był tu za blisko tych dorosłych. Najbardziej bał się Zofii.
Kiedy Dymitrowi spadła łyżeczka, Piotrek podskoczył i rzucił:
No kurde…
Dymitr podchwycił.
Też tak myślę! Dawaj ziemniaczki, Piotrze!
Udało mu się wcisnąć jeden kawałek, żuł, jakby to był kamień.
Bracie, spokojnie!
Piotrku, może byś zobaczył pokój Szymka? zaproponowała Zofia.
Oczy się rozjaśniły. Wszedł. Pierwsze co portret Szymka na ścianie. Wygląda trochę inaczej niż w szpitalu tu uśmiechnięty, rumiany.
Cześć, Szymek! szybko podszedł, dotknął ramy, Tu trochę grubszy, co?
Tak, chudł dopiero pod koniec Zofia z trudnością.
Przed śmiercią? głośno i prosto zapytał Piotrek.
Zofia wyjęła fotoalbum.
Wiesz co, ja nie mogę jeszcze patrzeć… Obejrzyj sam.
Usiadł, zaczął przeglądać.
To on? Taki malutki? Tu na plaży wy?
Pojechaliście nad morze, tak opowiadał…
Zofia pokręciła głową ze smutkiem.
Mówił ci? Już przecież dawno nie mógł mówić.
Piotrkowi się nie chciało tłumaczyć uparcie:
Mówił, jak inaczej.
I Zofii się nagle zrobiło lżej. Oglądała zdjęcia z Piotrkiem obok. Nie bolało. Ba, czuła nawet spokój.
Nabrała powietrza i spytała:
Piotrek, gdybyśmy chcieli cię przyjąć do rodziny zgodziłbyś się?
Piotrek znów spięty, milczał.
Nie wiem. Szymon był super. Ja… nie umiem za bardzo…
Zofia objęła go gwałtownie.
Dobrze, nie musisz być zamiast Szymka. Po prostu bądź sobą przyjmujemy cię jako przyjaciela.
Piotrek zdrętwiał od dotyku, bo nikt go tak nie przytulał od lat. Zapach, ciepło…
Żeby się nie rozkleić, dalej przewracał karty albumu, ale Zofia go już nie puszczała. I nagle… poleciały łzy. Sam się zdziwił.
Płaczesz, Piotrusiu? No już, nie płacz, bo ja się rozkleję. Jesteś facet musisz być silny! otarła mu łzy.
Już to słyszał.
Okno było znów otwarte, firanka nadęta balonem, zieleń aż iskrzyła, a z portretu uśmiechał się do niego Szymek.
I Piotrek, jak mały chłopiec, zapytał:
A Pani zna taką piosenkę… o szarym koteczku, z białymi łapkami?
Coś kojarzę! Kołysanka. Chcesz, żebym się jej nauczyła?
Piotrek pociągnął nosem i kiwnął głową. Tyle wystarczyło do szczęścia.






