Przybranek
Halo? Kto w domu? Lena ściągnęła sandały i odetchnęła z ulgą.
Sandałki piękne, ale no po prostu nie do noszenia! Dała się skusić na wygląd, a trzeba było pomyśleć, jak to w ogóle nosić w upale. Te paseczki, tak cienkie, że aż wbijają się w skórę
Podniosła buty, żeby odstawić je na regał w przedpokoju, i wtedy nagle zamarła. Z kąta tuż przy drzwiach patrzyły na nią dwa wielkie, uważne, zielone oczy.
A ty kto? zapytała Lena szeptem, sama nie wiedząc dlaczego.
Właściciel tych hipnotyzujących ślepi wyraźnie nie miał ochoty na rozmowy. Skulił się jeszcze bardziej w rogu, przysiadł na łapach i fuknął ostrzegawczo.
Jasne wszystko jasne Lena postawiła ostrożnie sandały na podłodze i cofnęła się kawałek, by nie spłoszyć gościa. Nie ruszam cię, spokojnie. Zaraz się dowiem, skąd się tu wziąłeś. No, chyba że nie masz nic przeciwko.
Kocur odmruknął groźnym, basowym pomrukiem. Lena aż się uśmiechnęła.
Daj spokój, jaki z ciebie groźniak! To mój dom. Tu nikogo się nie skrzywdzi. I nigdy się nie krzywdziło.
Zwierzak chyba coś zrozumiał, bo ucichł, opuścił przód na podłogę i choć patrzył dalej z czujnością, przestał fukać i warczeć.
Lena zajrzała do salonu, potem do kuchni i zdziwiła się ciszą oraz porządkiem. Normalnie kiedy wracała z pracy, trzeba było patrzeć pod nogi a nuż jakaś część z klocków rozwalona po pokoju. Albo rozlane farbki, które mąż ostatnio przyniósł dzieciakom i które nie chciały się niczym spiertać.
Drzwi do pokoju dzieci były uchylone, tam też cisza, aż Lena była pewna, że nikogo nie ma.
Pomyliła się. Jej szczęścia cała trójka siedzieli na podłodze. W środku pokoju leżał duży brystol, a oni coś mozolnie i wspólnie malowali.
No pięknie, a kto mama nie wita? Lena się uśmiechnęła, patrząc na dwie rude czupryny i jedną ciemną.
W odpowiedzi usłyszała chór „ojeju!” i pisaki rozleciały się po pokoju, a Weronika rzuciła się na kartkę, rozkładając ręce i nogi, próbując zakryć niedokończony rysunek.
Mamo! Nie patrz!
Lena roześmiała się i zasłoniła twarz dłońmi.
Obiecuję! Ale może mi ktoś powiedzieć, co za potwór siedzi w przedpokoju, warczy na mnie i fuka?
Olek, właściciel tej ciemniejszej czupryny, popatrzył znacząco na młodsze rodzeństwo i wstał.
Przepraszam, mamo. Chcieliśmy cię przygotować, ale nie zdążyliśmy. To ja go przyniosłem
Rozumiem. Ale czemu taki dziki?
Ma zranioną łapę. Odgoniłem go od psów na podwórku.
Lena od razu się zaniepokoiła.
Psy cię nie pogoniły? A rany?
Mamo, daj spokój! Nic mi nie jest. Serio. To były psy pani Ireny z dołu. Nie bezpańskie.
Lena znała tę bandę od zawsze cztery wściekle ujadające kundelki Ireny, które raz na jakiś czas siały postrach wśród dzieciaków. Pani Irena, nazywana pół-serio, pół-żartem główną awanturnicą dzielnicy, nie raz już musiała płacić mandaty, bo psy puszczała luzem, bo jej nogi za słabe na spacery. Mimo wszystko ani myślała oddawać ukochanych piesków i wszystkie mamy na osiedlu przychodnia 5 wiedziały: do dziesiątej rano lepiej dzieci na zewnątrz nie wypuszczać.
Irena miała ostrą gadkę i na wszystko swoje zdanie:
Zobacz, patrz na własne dzieci! Czemu puściłaś go samego? Chciałaś odpocząć, matka jesteś czy co? Moje króliczki nikt nie skrzywdzi! Od ciebie się naucz, jak się dzieci broni!
Lena znała historię pani Ireny. Może i była trochę gderliwa, ale swoje przeszła. Jej pierwszy mąż był okropny nikt długo nie wiedział, co się dzieje w czterech ścianach. Na oko porządny, ugrzeczniony, pomocny. Zawsze czysta koszula, uśmiech na twarzy. Ale to, co działo się w środku, wyszło na jaw dopiero przez przypadek.
Irena cierpiała cicho dla dobra syna z pierwszego małżeństwa po śmierci pierwszego męża chciała, by dziecko miało ojca. Nowy mąż był dla pasierba cudownym przyjacielem… ale żonę więził w milczeniu i bólu. Syn dowiedział się o tym zupełnym przypadkiem przyszedł za wcześnie ze szkoły. Nikt nie wie do końca, co się wtedy wydarzyło; wiadomo tylko, że Irena ochroniła syna za wszelką cenę.
I, jak to w życiu bywa, syna zabrała babcia, a Irena swoje musiała odsiedzieć. Po powrocie pierwsze, co zrobiła, to odzyskała syna, wymieniła mieszkanie, i zaczęła nowe życie tylko z synem i nowym, znalezionym na ulicy, szczeniakiem. Piesek przeżył pod kołami auta i Irena nadała jej dumnie imię Izolda, potem została już po prostu Izą. Tak zaczęła się jej gromadka, bo kiedy Iza miała własne maluchy, została w domu Iza Druga, potem Iza Trzecia. Stare odchodziły, nowe się pojawiały, a pani Irena bez zwierzaków już sobie życia nie wyobrażała.
Jej syn skończył szkołę, potem studia, zamieszkał na północy Polski dobra praca, fajna rodzina, żona i dwójka super dzieci, duże mieszkanie w Gdańsku. Ale mama nie chciała się przeprowadzać, choć synowa i wnuki prosiły. Była świetną babcią, troskliwą teściową, ale uważała: póki można, żyć osobno to lepiej, nie obciążać bliskich.
To ją nieco zgryźliwą robiło i sąsiedzi czuli, jak tęskniła. Swoje psy kochała jeszcze mocniej z czasem nazbierało się już cztery hałaśliwe łobuziaki. Ale Ireny psy dzieci Leny nigdy nie zaczepiały. Lena, rozbierając mięso, co tydzień przynosiła kości dla bandy, piła z Ireną grzecznościową herbatę, przeglądała zdjęcia wnucząt, które Irena pokazywała z dumą.
Tylko Irena wiedziała, że Olek nie jest biologicznym synem Leny. I tylko raz, gdy zderzyła się z nią na podwórku, komentowała na głosy sąsiadek, że Olek w ogóle niepodobny ani do rudych włosów Leny, ani jasnych Szymona:
A co wam za interes, na kogo dziecko podobne? U siebie pilnujcie! Natura cuda potrafi. Dziadek twój, Lenka, czarny jak bez i oczy błękitne. Przystojniak! Sama podkochiwałam się ciut… Fajne masz dziecko, Lena, niech cię ręka boska broni od złego oka!
Po tej rozmowie sąsiedzi już nie gadali. Lena zaś opowiedziała Irenie historię Olka.
Z Szymonem długo starali się o dziecko pięć lat bez skutku. Lekarze bezradni, niby wszystko w porządku, ale los nie dawał. Do czasu, aż życie załatwiło wszystko po swojemu.
Kuzynka Leny, Sylwia, zaszła w ciążę, partner ulotnił się szybciej niż przyszłość. Sylwia, starsza od Leny, ale nigdy rozsądna nie była. Popadła w depresję, cała rodzina próbowała pomóc bez skutku. Dzieciątko, niestety, nie było już przez nią chciane. W końcu powiedziała:
W szpitalu podpiszę zrzeczenie. Nie chcę tego dziecka.
I tak się stało porodu nie przeżyła. Olek został sierotą tuż po narodzinach.
Dla Leny to był szok. Ale decyzja przyszła sama.
To siostra, opiekowała się mną, kiedy mała byłam. Nie oddam maleństwa obcym! Cioci Wery nie dadzą przez wiek i chorobę. Co zrobimy?
Spojrzała na Szymona i już znała odpowiedź. Dlatego, gdy wróciła z synkiem po załatwieniu formalności, sąsiadkom tłumaczyła, że wyjechała na rehabilitację, potem zasłaniała się żartami. Tylko Irenie opowiedziała prawdę.
Dobrze, że powiedziałaś. Zachowaj to dla siebie. Twój chłopak, bo wychowasz go jak własnego, jasne? I pamiętaj, matka to nie brzuch, który nosi, tylko ta, co wychowuje. Naucz go reguł i kochaj jak własnego a jak zaczniesz mieć wątpliwości, to zawali się wszystko, i jemu źle będzie, i tobie.
Lenę te słowa mocno trafiły i przy każdym spotkaniu z Ireną czuła wdzięczność.
Olek rósł, potem pojawił się Janek, później Weronika. Irena czasem się uśmiechała, podpatrując, jak dwójka rudych dzieciaków biega za sobą, karmiąc przy okazji ciastka Izie Trzeciej i reszcie.
Aż pewnego dnia Lena potrzebowała rady. Olek zaczął się bić… Nie rodzeństwo, tylko inne dzieci. Rozmowy nie dawały nic. Psycholog w szkole machnął ręką: Wyrośnie z tego.
Nie wytrzymała poszła do Ireny. Ta, choć zgryźliwa, umiała wysłuchać.
Boisz się o Olka?
Tak…
I wtedy, przy cieście i herbacie, Lena mogła powiedzieć wszystko. Irena słuchała. W końcu dała radę:
Daj mu się wygadać. Nie pytaj z wyrzutem, tylko z ciekawością. Powiedz, że kary zachowasz, ale na razie chcesz zrozumieć. Jak poczuje, że jesteś po stronie, to się otworzy. Po prostu go wysłuchaj do końca, cicho, bez ocen.
Tego wieczora Lena długo rozmawiała z Olkiem.
Uświadomiła sobie, czemu się bił dzieci zaczęły gadać, że jest przybrany, niepodobny do rodziny. I boleśnie trafiali go w samo serce.
To głupoty! Lena, ścierając łzy, podniosła jego podbródek. Jesteś mój! Od głowy po pięty. I Szymonowy. I nie słuchaj głupich ludzi! Mądry człowiek nigdy nie będzie obrażać innych. Jesteś nasz, i już!
Z albumu rodzinnego pokazała mu zdjęcia, przywołując historię rodzinno-dziedziczną i Olek się uspokoił. Otworzył się. I Lena obiecała sobie jeszcze nie czas na pełną prawdę, kiedyś przyjdzie na to pora.
Rano, gdy Irena spotkała go na podwórku, rzuciła tylko:
Fajnego masz syna, Lena! Jest się z czego cieszyć.
To wystarczyło.
Później Lena jeszcze nie raz biegła do Ireny po radę. Ale przyszedł dzień, kiedy drzwi się nie otworzyły. Psy wyły, Irena bez słowa trafiła do szpitala, nawet syna nie powiadomiła. Lena została z kluczami i opieką nad banda.
Na szczęście kryzys minął, Irena wróciła, szczęśliwa, a Lena mogła się jej odwzajemnić za cały spokój i pomoc.
Olek tak się zżył z psami, że potem sam wyprowadzał je codziennie. A gdy pewnego dnia od Ireny odgonił szczuplutkiego, wystraszonego kota, zaniósł go do domu i historia zaczęła się od nowa.
Dzieciaki podeszły do sprawy poważnie: najpierw rysunek, potem rozmowa z kotem, potem dyskusja jak przygotować mamę, która kotów nigdy nie miała.
Mamo, a może zapytam Irenę? Ona wie, czym karmić i jak opiekować się takim kotem, wszystko ci powie!
Dzwonek przerwał rozmowę Irena sama przyszła spojrzeć i pomóc z łapą kota.
Możemy go zostawić, jeśli się właściciele nie znajdą? pytały dzieci szeptem.
No jasne uśmiechnęła się Lena ktoś go musi przecież pokochać, prawda?
I tak kot został. Lena westchnęła, płacąc za szczepienia w lecznicy, ale stwierdziła, że szczęście dzieci i cieplejszy dom są warte tych kilkudziesięciu złotych.
Kot dość szybko zmienił fuki na mruczenie i zaczął przytulać się do Leny. Olek trochę się obrażał, Lena się śmiała:
No co? On wie, kto tu rządzi!
A wieczorem, gdy cały dom zamierał, dzieci szły spać, kot cicho przesuwał się pod jej nogami, a potem zaglądał do pokoju dzieci i wciskał się pod kołdrę do Olka.
Dobranoc! Lena głaskała dziecięce głowy i koci grzbiet, a cisza w domu odpowiadała jej ukojeniem. Szczęście lubi spokój. Spokój, choćby do rana.
A potem będzie nowy dzień, nowe obowiązki, a wraz z nimi spokojna pewność, że wszystko jest na swoim miejscu.
W końcu przyjdzie też dzień, kiedy Irena zdecyduje się na przeprowadzkę choć trudno jej będzie zostawić miejsce, to w nowym, większym domu syna, znajdzie się miejsce dla niej, wnuków i całej bandy. Psy dostaną własny ogród, a Irena regularnie będzie się łączyć z Olkiem przez komputer i usłyszy z ekranu:
Cześć, ciociu Ireno!
A duży kot przytuli się do dorosłego już Olka i sama Irena, patrząc na dzieci machające jej na pożegnanie, uśmiechnie się przez łzy.
I nikt już nie powie, że była tylko największą awanturnicą na osiedlu zobaczą w jej oczach coś, co bez wątpienia pokazuje to dobry człowiek! A życie jeszcze przed nią. I ludzie wokół też dobrzy. Jeszcze wiele światła przed nią i wiele uśmiechu.
A kto wie może trochę miejsca dla kolejnych czworonogów i dla jeszcze jednej niespodzianki losu.
Autorka: Lucyna WawrzyniakA kiedy już Lena późnym wieczorem siedziała przy kuchennym stole z kubkiem herbaty kot zmęczony dziecięcym entuzjazmem spał na poduszce w korytarzu, a psy Ireny przez sen pochrapywały w nowym domu tuż za gardzeniem kamery przyszło jej na myśl, że przybrana rodzina to czasem więcej niż ta dana przez los od początku. To szereg powitań i pożegnań, czułości na co dzień, czasem chłodu, którego już nie musi się bać.
Zerknęła na wiszącą w kuchni kartkę z dziecięcym napisem: Tu jest miejsce dla każdego. Zobaczyła pod spodem doklejone kocie wąsy i uśmiechnęła się szeroko.
Bo przecież nikt w ich domu od dawna nie pytał już, skąd kto przyszedł ważne, że zostali. Nawet życie czasem samo wybiera nowych, a zadaniem człowieka jest tylko zrobić im miejsce.
Za oknem, na wiosennym niebie, zamigotała gwiazda Lena patrzyła na nią przez chwilę, pozwalając sercu wypełnić się łagodną pewnością, że wszystko, co najlepsze, dopiero przed nimi.
I wtedy może jedynie jej się wydało, a może rzeczywiście gdzieś z korytarza zabrzmiało ciche, zachrypnięte kocie mruczenie wiedziała, że dokonała właściwego wyboru.
Dom tętnił spokojem, dziećmi, śmiechem i odrobiną nowej nadziei. A Lena przyjęła to w pełni, gotowa na wszystko, co przyniosą następne dni. Bo przybranek to wcale nie przygodny to ten, któremu otworzysz drzwi i serce. I już zostanie.







