Przypadkowe spotkanie

Przypadkowe spotkanie

Kurtka puchowa Natalii grzała już tylko od pasa w dół. Puch przesunął się do dolnych części, a góra była już cienka i przewiewna niczym zwykły płaszcz, przez który przedzierał się wiatr. Na szczęście miała na sobie wełniane spodnie i porządne filcowe buty, a chustę z wełny poprawiała na ramionach, żeby nie zmarznąć.

Auto, które obiecała załatwić jej koleżanka od handlu, Tatiana, tym razem nie spisało się. Zostały więc obie na poboczu drogi z całą masą worów, próbując złapać stopa. Ich toboły z trudem zmieściłyby się razem do jednego samochodu, więc rozdzieliły się każda polowała na okazję solo.

Jak jeszcze pracowała Natalia u szefowej, nie miała takich problemów. Ale pieniądze kończyły się błyskawicznie samotnie wychowywała dwójkę dzieci, dlatego niedawno sama, razem z Tatianą, ruszyła na szaber do Niemiec. Szału z pieniędzmi nie było, towar jeszcze zalegał, a kłopotów przybyło.

Teraz każdego ranka trzeba było targać towar na bazar, a wieczorem wszystko zwijać, ładować z powrotem do domu, potem taszczyć na czwarte piętro po schodach o ile syn był akurat w domu i mógł pomóc.

Jeszcze niedawno śpiewała z koleżankami Czekamy na zmiany, a te zmiany nagle rozwaliły jej życie zlikwidowano spółdzielnię, gdzie pracowała, zwolnili ją. Mąż dawno zniknął, nie było rady zaczęła handlować, choć całe życie myślała, że nie nadaje się do tego kompletnie.

Teraz stała przy szosie, nogi w brei śniegowo-błotnej, w zasadzie młoda jeszcze kobieta, tyle że usta popękane od zimna, twarz czerwona od ciągłego stania na mroźnym targowisku, oczy łzawiły.

Samochody pędziły, ochlapując ludzi błotnistą breją. Natalia już nawet nie patrzyła na to błoto, tylko na dachy domów i drzewa tam śnieg był jeszcze biały i czysty. W życiu jest tyle tego szaro-burego bajora, że lepiej po prostu go nie zauważać.

Kolejny raz zamachała ręką, w końcu przy niej zatrzymał się z obskurnym wyglądem, jak wszystko wokół, niemiecki samochód.

Podwiezie mnie pan na ulicę Kwiatową za przystępną cenę? rzuciła do otwartych drzwi, po czym nagle zamilkła.

Znała go od razu. Jakby lata nie minęły. Ten sam lekko ironiczny, poważny wzrok, uniesione brwi, uśmiech skryty w kąciku ust.

Zanim odzyskała rezon, wysiadł z auta, szybko wrzucił jej wory do bagażnika.

Wsiadła na przednie siedzenie, poprawiła chustę, przygotowując się w głowie do tego, jak mu wytłumaczyć, czemu wygląda tak kiepsko. Przecież na pewno ją poznał.

A może

Ile to już lat minęło? Ile właściwie?

***

Wtedy miała dwadzieścia dwa lata. Przysłali ją na staż do starego leśnictwa pod Poznaniem. Czekał już na nią narzeczony Leszek. Wszystko pięknie zaplanowane: praktyka, dyplom, ślub.

Cóż mogło się zmienić w trzy miesiące praktyki? Nic…

Zamieszkała u starszej kobiety, pani Katarzyny, która także pracowała w leśnictwie, opiekowała się głuchawym teściem. Świetnie się dogadywały, wspólnie czuwały nad staruszkiem.

Pech chciał, że przy Natalii staruszek dostał ataku. Pobiegła po pomoc do sąsiadów nikogo nie było. I wtedy ulicą jechał traktor. Pomachała. Wyskoczył z niego chłopak: wysoki, przystojny, poważne, lekko tajemnicze spojrzenie.

Pobiegli do domu, bez słowa złapał dziadka i wpakował na przednie siedzenie traktora. Natalia zaraz za nimi. Martwiła się, czy dowiozą staruszka.

Dowiozły do wiejskiej pielęgniarki, akurat nadjechała karetka. Chłopak nie odstępował, razem z Natalią wsiadł do ambulansu.

Dopiero kiedy staruszkiem zajęli się lekarze, zaczęli rozmawiać na spokojnie.

Okazało się, że pracują w tej samej instytucji i mieszkają po sąsiedzku. On nazywał się Andrzej.

Nastał już późny wieczór. Dziadka przyjęli w szpitalu na czas na szczęście. Ale jak wrócić do domu? Karetka przecież nie wróci na wieś.

Chodź. Moja znajoma niedaleko mieszka. Przenocujemy, rano ktoś nas zabierze z pracy zaproponował Andrzej.

Natalia wiedziała, że jest w porządku, nie narzuca się, ale i tak trochę się wahała.

Nie, zostanę w szpitalu. Rano mnie zabierzecie.

Na tych twardych krzesłach? Daj spokój. Ciocia Lidia jest świetna, dom duży, ja prześpię się w stodole z Genkiem.

Natalia w końcu się zgodziła i dobrze na tym wyszła. Spała jak zabita, aż ciocia Lidia obudziła ją rano pysznym śniadaniem. Bardzo serdeczna kobieta.

Podczas śniadania opowiedziała, że Andrzej miał żonę przywiózł ją skądś, ale zupełnie mu się nie udała, zostawiła mu synka i uciekła. A Andrzej, samodzielny chłopak, poza pracą trzyma świnie, sprzedaje mięso, buduje nowy dom. Wychwalała go, jakby liczyła, że Natalia się nim zainteresowała.

Natalia tylko się uśmiechała. Przecież ma narzeczonego prawie inżynier, młody, dobrze rokujący. Ona sama ambitna, młoda, rozwiedzeni z dzieckiem w ogóle ją nie interesują.

Ale od tej pory Andrzej zaczął pojawiać się często na horyzoncie. Tu w stołówce, tam przy składzie drewna, na ulicy pod domem. Katarzyna dobrze go znała, razem odbierały dziadka ze szpitala.

Wpadłaś mu w oko, mrugała Katarzyna, zapytałam go o ciebie, to zarumienił się jak dzieciak. Dobrze byście do siebie pasowali.

Oj daj spokój, mam Leszka.

To przecież jeszcze nie mąż. A Andrzej porządny, na świniarni się dorobił, kupuje sprzęt, a chłopaczek jego to tylko byleby mama miała.

A Natalii serce dziwnie przyspieszało coraz częściej szukała Andrzeja wzrokiem. Silny, spokojny, pewny siebie, czuło się od niego taką ciepłą energię. No i ludzie go szanowali.

Z Pstrągowskim pogadaj, on się zna. słyszała od ludzi.

Natalia miała w tym leśnictwie renomę zjawiskowo wysoka, szczupła, w jasnym płaszczu, który kontrastował z marcowym błotem. Wyglądała tu egzotycznie, wszyscy na nią patrzyli, przystopowywali przekleństwa, prostowali się.

Pani, jak pani tu trafiła?

Natka, poczekaj, podrzucę cię rzucił Andrzej, kiedy lało jak z cebra.

A z kim synka zostawiasz? zagadnęła Natalia, bo facet z dzieckiem wydawał się jej już dorosły, choć starszy był o dwa lata.

Skończ z tą oficjalnością. Syn z matką moją. Sąsiadka pomaga. Do przedszkola go prowadzimy.

Jak ma na imię?

Igorek, widać było miłość w oczach, szybki jak błyskawica. Musisz go pilnować, bo babcia stale narzeka. spojrzał na nią życzliwie. Nie podoba ci się tu?

Czemu? Dobrze…

Daj jeszcze trochę czasu. Jak błoto obeschnie i wszystko się zazieleni, będzie tu pięknie. Jest rzeka, brakuje tylko latarni, ale naprawimy.

Jechali już ciemną ulicą, latarnie nie działały, bo gmina oszczędzała na rachunkach. Andrzej jakby czuł się za całą wieś odpowiedzialny, obiecywał, że naprawi.

A wtedy jeszcze nie rozumiała, że odpowiedzialność to największa zaleta mężczyzny.

Jego starania stawały się oczywiste wpadał, przywoził drewno, jeździł po leki. Natalia broniła się przed tymi uczuciami.

Nie mogła się widzieć w tej roli mieszkać na wsi. W mieście też jakoś bez sentymentów: Leszek i rodzina, szykowanie do ślubu. Myślała, jak zaboli Leszka, że nawiązała romans, jak matka się załamie.

Będziesz mieszkać na wsi? będą się dziwić.

A co, jakby się dowiedzieli, że przyszły zięć rozwodnik, hoduje świnie? Równa się to z upadkiem wszelkich nadziei rodziców

Wieczorami, gdy słychać było tylko szczekanie psów i wiatr na podwórzu, Natalia wyobrażała sobie siebie z Andrzejem. Będzie ją kochał, żałował, doceni, jeśli zostanie matką jego syna. Dzieci jeszcze swoje będą, może będą do niego podobne.

Ale zrozumiała, że choć wyobraźnia swoje, serce swoje odważyć się nie potrafi. Leszek już kupił obrączki, jego mama odkładała na wesele, a jej rodzice Wstyd zrezygnować ze wszystkiego.

A serce cały czas czuło coś tajemniczego i słodkiego, przeczucie zbliżającej się miłości. To sprawiało, że traciła kontakt z rzeczywistością.

Coraz częściej wydawało się jej, że Leszka właściwie nie kocha, a Andrzeja pokochała prawdziwie. To, że w mieście czeka na nią pewny kandydat, czyniło historię jeszcze bardziej dramatyczną tragizm potęgował romantyzm.

W końcu, w jakimś emocjonalnym uniesieniu, z łzami w oczach, sama sprowokowała ich zbliżenie. Czym motywowany był ten impuls nie wiedziała. Chciała zamknąć stare uczucie, może już pożegnać się z nadzieją na miłość? On próbował ją odwodzić, patrzył w oczy, ale decyzja zapadła.

Pierwszy raz w życiu i wszystko tak piękne, że nie miała czego żałować.

Ale decyzji podjąć definitywnie nie zdołała. Może głupota, naiwność, brak doświadczenia?

Wszystko zmienił jeden przypadek przy studni. Szła po wodę i zobaczyła białowłosego chłopca.

Wisiał na krawędzi studni, próbował się tam wdrapać niebezpieczna zabawa. Natalia przyspieszyła krok.

Hej, co robisz? Nie wolno się tam wspinać, można spaść! Gdzie twoja mama?

Rozglądała się drogą biegła dziewczyna, taka szara, niezauważalna, kompletnie bez wyrazu. Chłopiec oburzył się, wyrwał z objęć Natalii i rzucił się z płaczem do spódnicy dziewczyny.

On próbował wejść zaczęła Natalia

Igorek, nie płacz, już dobrze uspokajała dziewczyna. Nie upilnowałam cię. Dziękuję rzuciła do Natalii smętnie, wzięła chłopca za rękę i szybko odeszli.

Igorek? To syn Andrzeja? żal ścisnął Natalię. Zupełnie obce dziecko, nawet się przestraszył jej.

Potem przyszła matka Andrzeja Klaudia. Płakała, mówiła, że Igorek już przyzwyczaił się do tej Galiny, biednej dziewczyny od sąsiadów, która naprawdę kocha Andrzeja i dobrze mu z nią było, dopóki nie pojawiła się ta miastowa.

Natalia była zdruzgotana to ja rozbijam rodzinę? Myślała zawsze, że to ona jest skrzywdzona, a tymczasem okazało się, że przyczyni się do tragedii innych.

Jak Andrzej prosił, żeby nie wyjeżdżała! Odprowadzał ją na dworzec, tłumaczył, że matka z Galiną sobie coś wymyśliły, że Galina wcale do niego nie pasuje. I to była prawda. Cicha, bura, zginęłaby przy nim.

Ona jest jak cień powiedziała Katarzyna wy do siebie pasujecie.

Ale Natalia była twarda. Nie chciała być tą, co rozdziela ludzi. Chciała mieć własną historię miejską. Wszystkie wątpliwości uleciały, Andrzeja przestała nawet słuchać. Wracała do narzeczonego.

Zostal na peronie: koszula w kratę, szerokie ramiona zapadnięte, skupienie i żal na twarzy. Takiego go potem wspominała przez lata.

Płakała w pociągu przez całą drogę.

Tak skończył się trzymiesięczny staż…

Ale młodość leczy rany. Szybko weszła w nową rolę, wyszła za mąż, wir życia wciągnął ją na dobre.

**

Usiadła na przednim siedzeniu auta, poprawiła chustę, znowu się tłumaczyła w myślach ze swojego wyglądu przecież musiał ją rozpoznać.

A może za bardzo się zmieniła? Przytyła, usta popękane, śmieszny puchowiec, chusta…

Ile lat minęło? Szesnaście. Tak, minęło szesnaście lat.

Przez chwilę jechali w milczeniu.

Ale pogoda rzuciła, gdy kolejny samochód oblał ich wodą z kałuży.

To tylko w mieście. Za miastem piękniej, czyściej. Drogi nawet dobrze odśnieżone odpowiedział Andrzej.

Jeździ pan tam? dopytywała Natalia.

Tak, krążę tam i z powrotem. Praca, różne sprawy.

Dziękuję, że mnie pan podwiózł. Zazwyczaj mam własną furę, ale dziś się posypało. Oczywiście, zapłacę…

Odwrócił się, rzucił jej ten swój poważny, jakby rozczarowany wzrok i zrozumiała poznał ją.

Cześć powiedziała cicho, na wszelki wypadek.

Cześć, Natalio!

Poznałeś mnie? Myślałam, że już zapomniałeś dawno.

Nie zapomniałem odpowiedział poważnie, patrząc na drogę.

I coś ją ścisnęło pod żebrami głos, dłonie, spojrzenie. Zrobiło się duszno, zdjęła chustę z głowy.

Jak żyjesz, Andrzeju? szepnęła.

Chwilę milczał, jakby otrząsał się z naporu wspomnień.

Wiesz, całkiem nieźle. Radzę sobie… Takie czasy. I widzę, że ty też.

Nadal w leśnictwie pracujesz? próbowała przerzucić rozmowę na stare tory, zapytać o wspólnych znajomych.

Ależ skąd uśmiechnął się Leśnictwo zlikwidowali w latach dziewięćdziesiątych. Już dawno jestem na swoim.

Hodowla? przypomniała sobie, że Andrzej zawsze był gospodarny, sprzedaż mięsa.

I hodowla, i firma, i trochę handlu. Wędliniarstwo.

I nagle przypomniało jej się, jak na etykietce szynki widziała dawną znajomą nazwę: Pudlewski. Uśmiechnęła się do siebie, wtedy uznała to za przypadek.

Czekaj, te wszystkie wędliny „Pudlewski” to twoje?

Tak, można tak powiedzieć. Niesmaczne? rzucił z tym dawnym ironicznym uśmiechem.

Ależ skąd, odpowiedziała zaskoczona, Mama je uwielbia, specjalnie jeździ po nie na rynek. Niesamowite. Nie spodziewałam się…

Wytłumaczył się:

Zaczynaliśmy od małej produkcji, miałem mięso, ludzie bez pracy, więc spróbowaliśmy sprzedawać sami. A potem poszło. Fabryka, własne sklepy.

Jest z kimś?

Zespół. Ale sam prowadzę wszystko. Bez ludzi nie dałbym rady. Zresztą, wiele osób od nas z Semenówki pracuje. Teraz sprzedajemy już po całym województwie…

Rozumiem.

Poczuła, jak bardzo się zmieniło ona w zniszczonej kurtce, filcowych butach, kiedyś miastowa elegantka, on dawny traktorzysta z wioski, dziś biznesmen.

A syn?

Andrzej się uśmiechnął:

Trzech.

Troje dzieci?

Tak, trzech chłopaków. A ty?

Syn i córka odpowiedziała i otarła pot z czoła.

Igor w wojsku, był nawet na misji. Przeżyliśmy swoje. Gałka (tu: Galina) prawie osiwiała. Ale wraca wiosną. Środkowy w technikum, a najmłodszy w piątej klasie.

Gałka więc jednak się ożenił z tą szarą myszką.

Aż ją ścisnęło z zazdrości i żalu, bo już tysiąc razy żałowała, że wtedy wsiadła do pociągu. Teraz, patrząc na niego

Leszek okazał się miernym mężem. Na początku jeszcze wszystko się kręciło dostał pracę jako inżynier, wyjechali do woj. mazowieckiego, lokum służbowe, dzieci małe, prawdziwe życie. Szybko zaczął popijać, kłopotów było coraz więcej, stracili mieszkanie, zamieszkali u teściowej, potem Leszek zniknął zupełnie. Natalia wróciła do matki z dziećmi.

Tak bardzo chciała mu o tym wszystkim opowiedzieć, przyznać, że żałuje. Ale powiedziała jedynie:

Starszy syn już w liceum, córka w podstawówce. Ale czas leci.

Leci.

Chwilę milczeli. Tak wiele czuła, ale wiedziała, że on myśli, że to nieistotne.

Poczuła wyrzuty sumienia wobec Andrzeja. Ale zaraz przypomniała sobie jego płaczącą matkę, Galinę oddała im wtedy pole…

A ty jak? zapytał, jakby niezobowiązująco.

Ja? Co widzisz Zwalniali. Założyłam działalność, próbuję handlu, ale ciężko samej…

Mąż? Leszek, jeśli dobrze pamiętam?

Dobrze pamiętasz.

Wiesz, nawet widziałem cię w sukni ślubnej. Pędziłem za waszą kawalkadą samochodów aż do sali. Tyle że nie pokazałem się, wróciłem do domu. Wtedy poprosiłem Galinę o rękę.

O rany Gdybym wiedziała poczuła się kompletnie rozbita.

I dobrze. Byłaś wtedy taka szczęśliwa, taka piękna, podekscytowana.

Tak było, choć nie na długo. Po pięciu latach rozwiedliśmy się. Wróciłam z dziećmi do mamy.

Szkoda.

Ale przyzwyczaiłam się. Silna kobieta ze mnie, dzieci dają radę, radzę sobie. Tylko handlować muszę, na tym bazarze wieje niesamowicie, ale mam dobre miejsce. No i żyję.

Chciała mu pokazać, że nie jest aż tak źle, nawet jeśli nie ma wielkiego biznesu jak on, to daje radę.

Andrzej słuchał w skupieniu.

A twoja rodzina? Jak tam Gałka?

Wzruszył ramionami, zamyślił się.

Dobrze. Piekarstwo prowadzi.

Sama piecze chleb?

Najpierw piekła sama. Teraz mamy sklep i cukiernię Polska Piekarnia. Jej firma.

Jasne, byłam tam kiedyś! przypomniała sobie zaskoczona, Twoja żona to ona? Mała, energiczna blondyna, zawsze w białym fartuchu i z kolorową apaszką?

To Galia.

Świat jest mały.

Dojechaliśmy zatrzymał się. Natalia westchnęła.

Jeszcze kawałek dalej.

Ale Andrzej już się zatrzymał, wyskoczył z samochodu.

Chwilę później podbiegł do pobliskiej kwiaciarni, wrócił z bukietem białych chryzantem. Otworzył drzwi i położył je jej na kolanach.

Spojrzała na nie, obraz był rozmazany przez łzy. Szybko wytarła policzki, bo przecież przed chwilą mówiła, jaka jest niezależna.

Pomógł jej z torbami, zaniósł aż pod drzwi. Klatka schodowa z porysowanymi ścianami, Natalia stała nieco oszołomiona, ściskając kwiaty.

Wpadniesz na herbatę? bała się, żeby nie wszedł, bo w domu pewnie bałagan, towar rozwalony po kątach, mama z setką pytań…

Ale niech by wpadł. Zobaczyłby jej codzienność, może zrozumiał…

Nie, Natalio, jadę dalej, dziś mam dużo spraw ujął jej dłoń na chwilę jakby na pożegnanie.

Pobiegł po schodach, nie odwrócił się.

Krzyknąć za nim? Wyżalić się?

Patrząc na jego plecy, pojęła, że i jemu nie jest lekko. Że to ich ostatnie spotkanie. I z tą świadomością zrobiło jej się lżej.

Wciągnęła wory do mieszkania.

Na progu natychmiast pojawiła się mama: codzienne troski, wieści rodzinne. Natalia była nieobecna, wciąż czuła dotyk jego dłoni, stawiała buty na suszarce, działała mechanicznie.

Mama chodziła za nią krok w krok, nie zauważając, że Natalia jest duchem gdzie indziej.

W końcu, kiedy usiadła, spytała:

Mamo, pamiętasz, opowiadałam ci przed ślubem o tym chłopaku z praktyki? Rolnik z wielkopolskiej wsi był miły…

Pamiętam. Czemu pytasz?

Wtedy powiedziałaś: Jeszcze tylko wieść prosiaki w gnoju po wsi, tego by brakowało.

I dobrze powiedziałam. Byłabyś w gnoju.

Wiesz, spotkałam go dziś.

Gdzie?

To nie ważne. Ale wędliny Pudlewski, które tak lubisz jego firma. A jego żona to kierowniczka Polskiej Piekarni. Ot, taka ciekawostka…

Mama zamarła na chwilę. Potem ostrożnie odstawiła filiżankę, w oczach coś jej zabłysło. Po chwili powiedziała:

Człowiek przecież nie wybiera sobie losu. Gdyby można było, to by się ludzie pozabijali o to szczęście.

I zrobiło jej się żal mamy.

Spokojnie, mamo. Dobrze żyjemy, jakoś się trzymamy. Dziś sprzedałam dwa garnitury i trzy kurtki. Damy radę.

No, pewnie. Gdybyśmy wiedziały, gdzie się przewrócimy, to byśmy podłożyły słomę No, masz rację ale widziałam, że jej to nie dawało spokoju, pogrążyła się w myślach.

Wkrótce wrócił syn. Wysoki, z poważnym spojrzeniem coraz bardziej przypominał ojca.

Jak cała rodzina uwierzyła, że trzykilogramowe dziecko mogło urodzić się siedem miesięcy po ślubie? Ale uwierzyli, bo Natalia nigdy nie była lekkomyślna.

Syn usiadł do stołu.

Mamo, tylko się nie złość Znalazłem pracę w klubie jeździeckim, będę czyścił konie, płacą za godzinę. Obiecuję, nie odbije się to na nauce. Proszę, nie martw się…

Natalia westchnęła. Wczoraj by się wkurzyła, a dziś…

Jasne, Andrzejku. Jesteś już dorosły. Każda praca szlachetna. No i sam sobie zarobisz. Nie mam nic przeciwko.

Szalenie szczęśliwy zanurzył się w zupie, a Natalia widziała, że coś się w niej zmieniło, choć sama nie była pewna, co dokładnie.

Tego wieczoru długo nie mogła zasnąć. Nie płakała, nie rozpaczała. Czuła się po prostu dziwnie.

Patrzyła na białe chryzantemy, myślała o losie, o dzisiejszym spotkaniu. Wiedziała już, że każde z nich musi iść dalej przez życie osobno.

Tamto spotkanie podzieliło jej życie na „przed” i „po”. I teraz, po latach, poczuła podobnie.

W obu czekała ich jeszcze niejedna niespodzianka. Już się nie spotkają, ale i tak będą dla siebie ważni.

Wszystko w życiu ma swój sens.

Dzisiejsze spotkanie dało jej ważną lekcję może najważniejszą.

Oceń artykuł
Newskey24
Przypadkowe spotkanie