SAMA SOBIE PREZENT
Izabela Nowak zgrabna, nieco puszysta brunetka z jasnoniebieskimi oczami, tuż po pięćdziesiątce stała przy oknie pięciogwiazdkowego apartamentu, sączyła likier orzechowy i rozmyślała:
No i proszę, doczekałam się… Rozwódka w średnim wieku, sama jak palec w hotelu dla zakochanych. Dobrze chociaż, że mam apartament, a nie pokój nad parkingiem to dopiero byłby wstyd!
Była przekonana, że romantyzm skończył się razem z odejściem ostatnich trzaskających drzwi i burzą hormonów u dzieci, gdzieś ze dwadzieścia lat temu. Mężczyźni przewijali się przez jej życie, ale wszystko zawsze kończyło się rozczarowaniem na granicy depresji. W końcu postanowiła, że związki to nie jest jej bajka.
Aż pojawił się On wirtualny adorator. Pisał takie wiadomości, po których policzki płonęły, a plecy nagle prostowały się same z siebie. Najchętniej oprawiłaby te słowa i powiesiła na lodówce, by czasem poczytać i trzymać się z dala od tej lodówki. Niekiedy Izabela myślała, że facet albo jest poetą i chodzi na warsztaty literackie, albo po prostu ma za dużo wolnego czasu.
Znowu stała się Izą. Kupiła sukienkę, przy której koleżankom z pracy cierpły szczęki z zazdrości, biustonosz w cenie biletu lotniczego i nawet zaczęła chodzić na siłownię. Przysiady ćwiczyła z taką determinacją, jakby od tego zależał los całej ludzkości.
Jak umrę od tych ćwiczeń, to pochowajcie mnie w tej sukience. Niech mój były aż gryzie łokcie! żartowała gorzko do przyjaciółek.
Spotkanie doszło do skutku. Było naprawdę udane. Szczegółów niech historia nie notuje dość powiedzieć, że spojrzenie w lustro po wszystkim sprawiało jej prawdziwą przyjemność. Odbijała się w nim odmłodzona, szczęśliwa Iza.
Druga randka już nie wyszła. Umówili się w urokliwym nadmorskim miasteczku. Izabela planowała, szykowała się, a jemu w ostatniej chwili przytrafił się dramatyczny wzrost ciśnienia i oto ona: sama, w hotelu, w obcym mieście. Taki już los, że nerwy i stres nie przechodzą bez śladu. Los mrugnął do niej złośliwie: Dziewczyno, nie przesadzaj z marzeniami.
Usiadła przy oknie z kieliszkiem likieru i zaczęła tłumaczyć sobie wszystko na chłodno:
No trudno. Jak to potem wnukom opowiem? „Babciu, jak przeżyłaś swoją drugą młodość?” „Na parkingu lotniska, czekając na pana z tabletką na ciśnienie”. Ach, co za romantyzm!
Rano poszła do spa i postanowiła: Dość. Czas urządzić święto dla siebie. Będę korzystać z życia na całego! W spa zapewniano ją, że teraz jej cera lśni. Iza spojrzała w lustro i stwierdziła: coś tam się błyszczy, choć raczej od oliwki, niż od młodości.
Wycieczka po mieście była fantastyczna. Przewodnik wysoki, elegancki pan o aksamitnym głosie. Obok trajkotała jakaś babcia w dresie, ale Iza słuchała tylko jego. Opowiadał o średniowiecznych bitwach, a Izabela myślała: mężczyźni od wieków walczą o miasta, a kobiety o uwagę. Bilans się jakoś wyrównuje.
Musicie spróbować szarlotki zachęcił przewodnik, prowadząc grupę do najsłynniejszej kawiarni i spoglądając jej prosto w oczy.
Szarlotka była boska. Tak pyszna, że Iza mogłaby się znów zakochać ale tym razem w cieście z jabłkami. „Przynajmniej na szarlotkę zawsze można liczyć, z facetami to różnie bywa”, pomyślała z przekornym uśmiechem.
Były jeszcze małe zakupy bursztynowy wisiorek i turkusowa sukienka, tak obcisła na biuście, że musiała do siebie mrugnąć w lustrze. Sukienka była tak śmiała, że Iza nie była pewna, czy odważy się ją założyć. Ale to jej nie powstrzymało.
W samolocie Izabela spojrzała przez okno. Miasto znikało pod skrzydłem, a z nim jej romantyczne oczekiwania.
Trudno… Może jeszcze się spotkają, a może nie. Na szczęście życie na tym się nie kończy.
Przed nią nowa szafa, kolejne wakacje i… może jeszcze jedna szarlotka. Z mężczyzną, albo i bez niego.
A jak bez niego, to przynajmniej z gałką lodów waniliowych zaśmiała się pod nosem i zamknęła oczy, wyciszona i pogodzona z losem.




