SAMOTNOŚĆ WE DWOJE
Trzydzieści osiem lat temu Aniela przyprowadziła swojego przyszłego męża, Wincentego, do rodziców w Warszawie. Miała ich sobie przedstawić, powiedzieć, że planują złożyć wniosek o ślub.
Mama z tatą od razu wszystko zrozumieli, jak tylko zobaczyli na progu obcego chłopaka. Wcześniej Aniela nigdy nie przyprowadzała do domu żadnych adoratorów. Powtarzała zawsze:
Po co pokazywać? Jak będę chciała wychodzić za mąż wtedy przyjdę z narzeczonym.
Rodzice więc bardzo uważnie przyglądali się młodemu człowiekowi, który nieco skrępowany siedział z nimi przy stole.
Aniela, nie wiadomo po co, wyszła do kuchni, a za nią ojciec.
Popełniasz błąd. Nie powinnaś za niego wychodzić.
Dlaczego? Aniela od razu stanęła w obronie Bo jest traktorzystą?
Nie tylko o to chodzi, choć to też ma znaczenie. Widzisz, on może i jest porządnym człowiekiem, ale jesteście z kompletnie innych światów. O czym będziesz z nim rozmawiać? Ty się wychowałaś w rodzinie oficerskiej, masz wyższe wykształcenie. A on? Chłop ze wsi, pracowity, ale prosty. Widać to od razu. Zostaniesz z nim, to zawsze będziecie dzielić jedno słowo inteligencja.
Daj spokój, tato. Przesąd. Dla mnie nie ma znaczenia skąd pochodzi. Najważniejsze, że mnie kocha. A uczyć się nigdy nie za późno. Pomogę mu ripostowała Aniela, zupełnie pewna swojej racji.
Pamiętaj tylko: Kto nie słucha rodziców, ten zabłądzi. Potem nie mów, że cię nie ostrzegałem
Wesele się odbyło. Szał początkowej miłości szybko opadł. Zaczął się zwykły, codzienny dom.
Wincenty po długich namowach poszedł zaocznie do technikum, ale nauka nie była mu w głowie. Aniela pisała mu prace domowe, ślęczała nad materiałami technicznymi, które były jej obce. On pojechał ze dwa razy na zjazd i temat porzucił, mówiąc:
Na co mi to? Ty chcesz się uczyć, to się ucz.
Aniela próbowała przekonać męża, ale bez skutku. Wincenty uważał, że i tak wszystko wie. I nie zamierzał marnować czasu na takie głupoty.
Jak chcesz machnęła ręką, dając spokój mężowi i jego edukacji.
Myślała sobie, że przecież nie jest głupi. Przeczytał wszystkie jej książki, interesuje się polityką. W pracy go cenią. Co z tego, że czuć od niego wieś? Takiego pokochała, już trudno.
Z biegiem lat relacje z Wincentym stawały się coraz trudniejsze. Przestał brać pod uwagę zdanie żony, stale próbował ją upokarzać i pokazywać, kto tu rządzi. Przed innymi potrafił powiedzieć rzeczy, których Aniela wolałaby nawet nie słyszeć, co powodowało u niej dreszcze żenady.
Okazało się, że mąż nie potrafi podjąć żadnej poważnej decyzji. Wszystkie problemy rodzinne trafiały na jej barki. On uważał to za naturalne:
Chcesz remont? To rób!
Potrzebny nowy lodówka? Kup!
Balkon zabudować? To twoja sprawa zamawiaj!
Jedynym, co go faktycznie interesowało, była działka. W polu umiał się odnaleźć, uwielbiał tę robotę. I to by było wszystko.
Ktoś powie: Czy to tak mało? Wcale nie. Ale sezon działkowy trwa ledwie kilka miesięcy w roku. Poza tym Aniela była i żoną, i mężem w jednym.
Na początku, młoda jeszcze, nie zwracała na to uwagi. Potem coraz bardziej odczuwała ciężar codzienności. Wincenty, przyzwyczajony, że wszystko za niego załatwia żona, nie zamierzał się zmieniać. I po co? Jemu było dobrze. Nigdy nie przyniósł Anieli tulipana na Dzień Kobiet. Raz nawet powiedział zupełnie poważnie:
Już ci wszystko dałem dwa razy. Tam biegają.
Miał na myśli ich dwie córki.
Aniela nie protestowała, nie próbowała tłumaczyć. Pogodziła się. Sama przed sobą tłumaczyła: Nie nauczono go dawać prezentów, taka rodzina. Przeżyję.
Wincenty był trudnym człowiekiem w kontaktach z innymi od zawsze. Nie potrafił i nie chciał się otwierać. Nawet znajomi pytali Anielę, czy jej chłopak w ogóle umie rozmawiać. Obracała to w żart.
Jego zaś irytowało, że żona łatwo zawiera znajomości, z każdym potrafi się dogadać. O jej przyjaciołach i rodzinie wypowiadał się nieuprzejmie, a swoich własnych przez lata nie zdołał zdobyć.
Aniela nie tylko rozwiązywała rodzinne sprawy, ale i dobrze zarabiała. Nigdy nie żyła na koszt męża. Nawet w trudnych czasach miała dodatkowe zajęcia. Wiedziała, że Wincenty nie będzie się przemęczał. Mało ci? To zarabiaj! mawiał. On chodził do pracy i tyle. Miała być zadowolona.
Z czasem Aniela zauważyła, że z mężem po prostu nie ma o czym rozmawiać. Patrzą na świat zupełnie inaczej. Gdy jej podobał się film, on mówił, że to głupota. To, co on lubił, ona znosiła góra dziesięć minut. O muzyce czy książkach nie było nawet mowy.
Charaktery zupełnie odmienne: ona altruistka, gotowa poświęcić się dla dzieci, męża, przyjaciół. On egoista troszczący się tylko o siebie. Efekt: inne posiłki, inne zainteresowania, uczucia wygasły, dzieci się rozjechały. Ponad trzy dekady wspólnego życia za plecami, ale obcy sobie ludzie. Dwoje samotnych pod jednym dachem.
Wincenty z kolei uważa, że żona się wyemancypowała, przestała go szanować. Nieważne, że wszystko dźwiga na swoich barkach. Musi, taka jej powinność.
Dlatego od czasu do czasu się upija i zaczyna wygarniać żonie wszystko o jej rodzicach, o jej bliskich, o jej każdym kroku. Obraża, upokarza. Robi to z wyraźną satysfakcją. Jak panisko, które pokazuje miejsce służbie.
Kiedy wytrzeźwieje, nie rozumie, czemu żona z nim nie rozmawia.
Przecież mówiłem prawdę!
I nie da mu się wytłumaczyć, że to tylko jego prawda. Innej nie słyszy, nie rozumie, nie akceptuje.
Właśnie teraz siedzi Aniela naprzeciw mnie przy stole, zalewa się łzami i opowiada:
Tak mi się już nie chce Całe życie na beczce prochu. Nigdy nie wiem, co mu do głowy strzeli, w którym momencie coś wybuchnie. Mam dość kompromisów, dostosowywania się. A co zrobić? Rozwód? Jaki to ma sens? Ten człowiek nigdzie nie odejdzie. Będzie powoli wysysał ze mnie krew, drwił. Najgorsze, że jest święcie przekonany o swojej racji. Po takich jego atakach dochodzę do siebie tygodniami. Składam się na nowo. W końcu rodzina, dzieci, już są wnuki. Zawsze wynajduję powód, żeby jeszcze zostać. Staram się rozmawiać, łagodzić konflikty… On chyba widzi w tym swój sukces. I zaczyna wszystko od nowa.
Mam już tego dość Ale nie mam dokąd pójść. Odejść? A co dalej? Jak się opije, traci resztki rozsądku. Jak mnie zabraknie cała lokalna pijacka ferajna sprowadzi się do naszej kawalerki, zniszczą wszystko, oplują To już przerabiałam.
I tak muszę znosić Szkoda zostawiać własny dom na pastwę losu.
Wiesz, kiedy dzieci były w domu, ta nasza odmienność nie była aż tak widoczna. Nie gnębiła. Nie było czasu na rozmyślania czy użalanie się nad sobą.
A teraz, kiedy zostaliśmy tylko we dwoje, nie do zniesienia się zrobiło. Dwoje obcych pod jednym dachem… Przeżyliśmy razem trzydzieści osiem lat…
Tak… Ojciec miał rację… To wszystko rozbija się o jedno słowo. Inteligencja. Zawsze stała między nami…




