Sąsiadka zrobiła palarnie pod moimi drzwiami. Rozwiązałem sprawę twardo i nie spodziewała się, jak to się skończy.
A gdzie niby jest napisane, że to twoje powietrze? Klatka schodowa to miejsce wspólne. Chcę palę, chcę pluję. Przepisy się poczytaj, kobieto!
Dwadzieścia lat licząca córka sąsiadki, Agnieszka, wypuściła gęsty obłok słodkawego dymu tuż w moją twarz. Przy niej, rozlazłych na parapecie między piętrami, rechotało dwóch chłopaków. Na zimnej podłodze leżały pety, puszki po energetykach i łuski od pestek słonecznika.
Ja, Andrzej Kwiatkowski, główny księgowy dużej fabryki w Łodzi, nie zakaszlałem, nie zacząłem wymachiwać rękami, jak się tego spodziewali młodzi. Poprawiłem okulary i rzuciłem Agnieszce to moje spojrzenie, od którego nawet mistrzowie produkcji podczas audytu dostają dreszczy.
To miejsce wspólne, Agnieszko powiedziałem chłodnym tonem. A więc tu się nie pali, nie pluje i nie robi chlewu. Masz pięć minut na sprzątnięcie tego bajzlu. Potem rozmowa będzie już inna.
O rety, ale się wystraszyłam! przewróciła oczami Agnieszka, strząsając demonstracyjnie popiół na świeżo umytą podłogę. Idź, herbatkę se zaparz, bo ci ciśnienie skoczy. Do matki się pożalisz? To ona mi kazała tu siedzieć, żeby w domu nie śmierdziało.
Chłopaki prychnęli śmiechem. Drzwi mojego mieszkania trzasnęły, odcinając hałas klatki.
W korytarzu pachniało smażonymi ziemniakami i starym drewnem swojski zapach, który teraz przebijał się z niego smród tanich papierosów wślizgujący się przez dziurkę od klucza. W kuchni, pochylony nad stołem, siedział Paweł.
Paweł miał trzydzieści dwa lata, choć przez przedwczesne łysienie i przygarbioną sylwetkę wyglądał na czterdzieści. Był bratankiem mojego zmarłego żony i mieszkał ze mną już dekadę. Cichy, nieśmiały, lekko się jąkał, naprawiał zegarki w małym zakładzie i bał się własnego cienia. Dla sąsiadów czubek, wdzięczny cel do żartów.
A-andrzej, oni tam znowu? Paweł schował głowę w ramionach, słysząc huk zza drzwi.
Jedz, Paweł. To nie Twoja sprawa uciąłem, nakładając mu ziemniaki, chociaż we mnie się gotowało.
Wieczorem poszedłem do sąsiadki. Grażyna, matka Agnieszki, otworzyła w szlafroku, z telefonem przy uchu i maseczką na twarzy.
Grażyna, twoja córka urządziła sobie pod moimi drzwiami melinę. Smród ciągnie do mieszkania, hałas do północy. Proszę coś z tym zrobić.
Grażyna przewróciła oczami, nawet nie odklejając telefonu od ucha.
Andrzej, daj spokój. Młodzież musi się gdzieś podziać, na dworze zimno. To przecież nie dilerzy jacyś, gadają sobie. Trochę wyrozumiałości, własnych dzieci nie masz, to się czepiasz. A ten Twój Paweł to i tak dziwak, jemu wszystko jedno!
Uderzyła celnie i złośliwie. Westchnąłem ciężko.
No dobrze, młodzież musi się wyszumieć? I mój Paweł ci przeszkadza? Dobrze, Grażyna. Zapamiętam to.
Wróciłem, usiadłem do biurka i wyciągnąłem teczkę z dokumentami. Emocje są dla słabych. Dla silnych jest Kodeks Cywilny i Kodeks Wykroczeń.
Cały następny tydzień zachowywałem spokój. Agnieszka uznała, że się poddałem i przejęła całą klatkę. Przynieśli sobie stare fotelisko z śmietnika, muzyka rzęziła do pierwszej w nocy.
Finał przyszedł w piątek.
Paweł wracał z pracy, niosąc reklamówkę z zakupami i niewielkie pudełko zamówienie klienta. Gdy zbliżył się do towarzystwa na półpiętrze, jeden z chłopaków, adorator Agnieszki zwany Kwaskiem, wystawił nogę.
Paweł się potknął. Torebka się rozdarła, jabłka potoczyły się po brudnej podłodze między pety. Zegarkowe mechanizmy spadły pod ścianę.
O, patrzcie, struś poleciał! rechoczał Kwasek.
Agnieszka leniwie dmuchnęła dymem.
Patrz pod nogi, sieroto! Chodzisz tu, powietrze psujesz. Zbieraj szybko, póki jestem w dobrym humorze.
Paweł cały czerwony, łzy mu stanęły w oczach zaczął trząść się i zbierać jabłka. Przywykł. Do bycia nikim, którego zawsze można kopnąć, nikt się nie ujmie.
Nagle otwarły się drzwi. Wyszedłem na klatkę, w ręku zamiast miotły czy kija trzymałem telefon, a jego kamera mierzyła prosto w Kwaska.
Wandalizm, wyzwiska, szkody powiedziałem głośno i wyraźnie. Wszystko nagrane. Dzwonię po dzielnicowego, a jutro materiały trafią na policję.
Schowaj pan ten telefon! syknął chłopak, ale nie podszedł mój wzrok był groźniejszy niż niejeden policjant.
Paweł, wchodź rozkazałem, nie patrząc na niego. Do domu.
A jabłka… zająknął się.
Zostaw. To już tylko śmieci. Jak wszystko, co tutaj.
Gdy drzwi zamknęły się za Pawłem, odwróciłem się w stronę nagle cichej Agnieszki.
Teraz słuchaj mnie uważnie, dziewczyno. Myślałaś, że cały tydzień odpuszczałem? Ja zbierałem dokumenty.
Jakie dokumenty? prychnęła, ale głos już nie był taki pewny.
Skontaktowałem się z właścicielem mieszkania. Twoja matka nie jest właścicielką, prawda? Lokal należy do twojego ojca, który mieszka w Warszawie i wierzy, że jego córka to grzeczna studentka medycyny, a nie szefowa pijackiej meliny pod klatką.
Agnieszka zbladła. Ojciec był nie tylko wymagający był tyranem, trzymającym ją i Grażynę na swoim garnuszku pod warunkiem idealnego zachowania.
Nie zrobisz tego wyszeptała.
Już zrobiłem. Dostał zdjęcia i nagrania dziesięć minut temu. Razem ze zgłoszeniem na policję i do spółdzielni, z całym kompletem zdjęć: daty, godziny, śmieci, hałas, palenie na klatce. Teraz niech rozstrzygają, komu należy się mandat. Dzielnicowy będzie za pół godziny. A twój ojciec zapowiedział, że będzie rano.
W sobotę rano klatką wstrząsnął męski bas.
Siedziałem przy herbacie, gdy zadzwoniono do drzwi. W progu stał wysoki, silny mężczyzna w drogim płaszczu ojciec Agnieszki, Zenon Rogowski. Przy nim, ze spuszczoną głową i zapłakaną twarzą, stała Grażyna, a Agnieszki w ogóle nie było widać.
Pan Andrzej? głos miał uprzejmy, ale stanowczy. Przepraszam za zachowanie córki i byłej żony. Bajzel sprzątają już panie z administracji. Remont ścian opłacę ja. Agnieszka przenosi się do akademika. Odciąłem im finansowanie.
Skinąłem głową, przyjmując przeprosiny jak należy.
Słusznie. Ale jest jeszcze jedna rzecz.
Zawołałem Pawła. Wyszedł z pokoju skulony, czując nadchodzące problemy.
Wczoraj pański gość obraził mojego bratanka powiedziałem spokojnie. Zniszczył mu część pracy. Paweł to wyjątkowy zegarmistrz. Naprawia mechanizmy, za które nawet w Szwajcarii nie chcą się brać.
Pan Rogowski spojrzał z zainteresowaniem na Pawła.
Zegarmistrz?
R-restaurator poprawił się cicho, jąkając się lekko, Paweł.
To ciekawe Pan Rogowski podszedł krok, Paweł odruchowo się cofnął, lecz Rogowski wyciągnął do niego szeroką dłoń. Mam kolekcję kieszonkowych Breguetów. Jeden stanął rok temu, trzy warsztaty odmówiły. Sprawdzisz?
Paweł podniósł oczy. Po raz pierwszy ktoś patrzył na niego nie jak na ofermę, tylko poważnie, jak na fachowca.
M-mogę spróbować, jeśli sprężyna cała.
Umowa stoi mocno ścisnął mu dłoń Rogowski. I wybacz za moją dziewczynę. Przegapiłem wychowanie. Nie pielęgnuj urazy. Licz się z wynagrodzeniem i zamówieniem.
Gdy zamknęły się drzwi, Paweł długo patrzył na swoją rękę. Wyprostował się. Po raz pierwszy od lat jego ramiona przestały być zgarbione.
Wujku Andrzeju powiedział wreszcie, niemal bez jąkania Te jabłka sam pozbieram. Nie powinny się marnować.
Odwróciłem się do okna, żeby nie zobaczył łez w moich oczach.
Pozbieraj, Paweł. I czajnik nastaw. Dziś mamy święto.
Na klatce było pusto i czysto. Pachniało chlorem i świeżą farbą. Z mieszkania dochodził zapach drożdżówki i spokojny, pewny głos Pawła, który opowiadał o budowie tourbillonu.
Palarnia została zamknięta. Raz na zawsze.







