Zawsze byłam szczęśliwa, gdy odwiedzała nas siostra mojego męża. Dopiero później zaczęłam domyślać się jej prawdziwych intencji.
Mój mąż przez długi czas nie komunikował się ze swoją przyrodnią siostrą Wiolą. Nieoczekiwanie ostatnio ich relacje uległy poprawie.
Wiola nie ma jeszcze 60 lat. Jest bardzo miłą kobietą, inteligentną, potrafiącą podtrzymać każdą rozmowę, doskonale gotuje. Mieszka w mieszkaniu swojego drugiego męża. Ma syna z pierwszego małżeństwa. Jej drugi mąż również ma dzieci z poprzednich związków.
Przed każdym świętem Wiola dzwoni do mojego męża i pyta, jak się mamy. Często zapraszaliśmy ich do nas. Jej mąż też jest bardzo miłą osobą, ale jest jedno ale”.
Na początku ich wizyty były sporadyczne. Kilka razy w roku. Później stały się częstsze, aż do momentu, gdy widywaliśmy się w każdą niedzielę. Przygotowywałam dla nich doskonałe przyjęcia. Sałatki, dania główne, wędliny, ciasta itp. Ona zawsze chwaliła, jak dobrą kucharką jestem. Za każdym razem przynosili ze sobą butelkę wina.
Zawsze, przed wyjściem, prosili o spakowanie tego, co zostało z kolacji. Dodatkowo tak wychwalała moje przetwory, dodając na koniec, że chętnie weźmie do domu kilka słoików.
Kilka razy zdarzyło się, że prosili nas dodatkowo o ziemniaki czy cebulę. Nigdy z mężem nie odmówiliśmy. Ich wizyty zaczęły być coraz częstsze.
W ciągu ostatniego miesiąca przyszli do nas aż cztery razy. Za każdym razem uczta zaczynała się od tego samego zdania.
– Mamy wspaniałą tradycję, gromadzić się u Was podczas każdego weekendu i dzielić się tym, co mamy – powiedziała szwagierka.
Powiem szczerze, zaczynałam mieć dość ich wizyt. Nie jestem skąpa, chętnie się dzielę. Nie chcę im odmawiać, ale ta przyjemność zaczynała być dość kosztowna. Za każdym razem miałam poczucie, że jesteśmy totalnymi głupcami. Było mi trochę wstyd o tym mówić, ale podzieliłam się swoimi przemyśleniami z mężem. Poczułam ulgę.
– Tak, kochanie. Relacje trzeba pielęgnować. Ale też uważam, że mogliby przynajmniej raz zaprosić nas do siebie. To jest w jakiś sposób niewłaściwe, że za każdym razem to my musimy ich gościć – stwierdził mój małżonek.
To było ostatni raz, kiedy przygotowaliśmy weekendowy poczęstunek. Dzwonili do nas jeszcze wiele razy, a ostatecznie się obrazili.
Zdecydowanie czuję się lepiej, gdy mogą spokojnie spędzić z mężem niedzielne popołudnie na kanapie, przed telewizorem, a nie stać od rana w kuchni, przygotowując ucztę dla rodziny męża







