Trudne szczęście
Ale jak to, rozwodzimy się? Daniel, ty sobie chyba żartujesz?
Oliwia patrzyła na męża z wyrazem kompletnego niezrozumienia. O jakim rozwodzie mowa? Przecież są razem prawie dwadzieścia pięć lat! Za dwa tygodnie mieli świętować srebrne wesele albo jednak już nie? Myśli plątały się jak makaron. A co z uroczystością, gośćmi? Zaproszenia poszły w świat, wszystko gotowe. Rodzina się zbierze, znajomi już wydzwaniali z pytaniami, co kupić na prezent Nawet Julka, jej najbliższa przyjaciółka, już coś przysłała pocztą daleko mieszka i na szóstym miesiącu ciąży o żadnej podróży do Warszawy nie ma mowy. Trudno, spotkają się kiedy indziej i będzie okazja świętować podwójnie. Julka miała znaczący udział w powstaniu ich małżeństwa to ona poznała Oliwię z Danielem, kolegą ze studiów, a potem najgłośniej krzyczała Gorzko! na weselu, zasłaniając się bukietem panny młodej.
Nie rozumiem, co ci twój Kamil tak zwleka? Wypuści taką dziewczynę i będzie żałował!
Nigdzie się nie wybiera Julka poprawiała Oliwii fryzurę. Wszystko w swoim czasie, Olinko. Jeszcze nie dojrzał, a zielonego męża mi nie trzeba. Będzie kwaśny i rozwód po paru latach murowany! Potem to już zostają podziały: majątku, dzieci, rodziny, bo wtedy to mnie pokochają wszyscy. Po co mi to? Poczekam na lepszy rocznik!
Dwa lata to i tak dużo planujesz! Oliwia śmiała się jak dziecko, obserwując jak Julka, z nosem w chmurze, poprawia makijaż.
Ja nie umiem żyć na pół gwizdka. Jak już działać, to od razu!
Dzieci od razu? I nie jedno?
Jasne! Najlepiej bliźniaki raz się pomęczyć i mieć pełen pakiet. W rodzinie mam precedensy, u Kamila też.
Tylko potem te pakiety trzeba wychować.
Dwójkę wychowuje się łatwiej niż jedno dziecko.
Czemu niby? Oliwia uwielbiała słuchać Julki, która zawsze potrafiła wyjaśnić wszystko, nawet to, co niewytłumaczalne. Od dziecka miała w sobie spryt i nieprawdopodobny dar unikania kłopotów, nie tylko dla siebie, ale często i dla reszty uczestników psot.
Proste! Zdrowa konkurencja, towarzystwo do zabaw, a do tego tytuł matki roku za ogarnianie dwójki naraz. Mam wymieniać dalej?
Już nie musisz! Oliwia śmiała się do łez, prawie pewna, że Julka i tu zrealizuje swój plan.
Tak też się stało, choć los miał większe poczucie humoru niż Julka i zamiast bliźniaków pojawiły się trojaczki. Niebiosa chyba chciały sprawdzić jej wytrzymałość.
I Julka sprostała wyzwaniu doskonale. Rodzina Kamila naprawdę doceniła jej charakter nigdy się nie spinała, nikomu się nie kłaniała, ale zawsze była gotowa pomóc. Zwykle polegało to na tym, że potrafiła przekonać męża, by załatwił coś dla teściów czy kogoś z rodziny, nawet jeśli Kamil wolałby w tym czasie leżeć na kanapie.
Przyjdzie czas, że sami będziemy potrzebować pomocy. I co wtedy? Zostaniemy z figą z makiem! Kochany, jeśli chcesz dziś na kolację smażone ziemniaki z grzybami, to jedź do swojej mamy i napraw jej szafę popracujesz dwie godzinki, a jej będzie miło. A okna umyję za tydzień.
Efekt był taki, że kiedy Julce naprawdę było trudno przy trojaczkach, dwie babcie i jeden dziadek (jej ojciec już nie żył) byli gotowi pomagać o każdej porze. Julka urodziła, wykarmiła chudzinę i poszła na studia.
Julka, ty chyba nie masz wszystkich klepek! Kiedy ty zamierzasz się tym wszystkim zajmować? Oliwia była w szoku.
Kto odważy się postawić pałę matce trojaczków? Poza tym nie zbabrze mi się mózg na macierzyńskim po wyjściu z domu już będę i ekonomistką, i prawniczką w jednym. Czego więcej chcieć?
Julka obroniła dyplom, znalazła niezłą pracę i uspokoiła szefa, że połowa jej pensji pójdzie na nianię.
Ale przecież ci prawie nic nie zostanie!
Po pierwsze, na razie babcie ogarniają, a po drugie, potrzebuję doświadczenia. Nawet mając super dyplom, bez praktyki nikt mnie nie zechce. Posiedzę parę lat na minimalnej pensji, potem będę wybrzydzać.
Oliwia była pod wrażeniem. Jak ona to robi, że wszędzie jej pełno? Sama od dzieciństwa była niezdecydowana, potrafiła pół godziny zastanawiać się, czy założyć rajstopy czerwone czy niebieskie do przedszkola.
Ale jak już coś wybierzesz, to zawsze porządnie, a nie jak ja: wiecznie w biegu! pocieszała ją Julka. Jesteś konserwatywna, a tacy ludzie są najpewniejsi na świecie.
Najpewniejsi Ha! Chyba Daniel to docenił. Jak on mógł? Przecież tak dobrze im było! Tak, dzieci nie doczekali się, ale oboje dawno to przepracowali. Oliwia jakiś czas była wolontariuszką w domu dziecka, ale szybko zrozumiała, że nie po drodze jej z adopcją nie ze względu na środki, tylko na uczucia. Czuła, że nie potrafiłaby pokochać cudzego dziecka tak, jak powinna.
Jeszcze nie spotkała pani swojego dziecka tłumaczyła jej dyrektorka domu dziecka, pani Świetlikowska, obserwując, jak Oliwia rozkłada po sali paczki z prezentami dla maluchów. Kiedy je pani zobaczy, świat się zatrzyma. Żadne przeszkody nie mają znaczenia.
A jeśli nie spotkam? Jeśli już po prostu nie mogę być mamą? Oliwia wzruszała ramionami, wycierając nos.
Znaczy: nie. I dobrze. Lepiej nie robić nic, niż potem próbować wcisnąć się w rolę i skrzywdzić siebie i dziecko. Widzisz Michała? Dwa razy wracał do nas
Jak to?! Przecież ma sześć lat! Jak można oddać takie dziecko?
Różnie losy się układają. Pierwsza rodzina wzięła sierotę, potem urodziło im się własne. Druga nie dali rady z czwórką. Michał w końcu przestał jeść i poprosił, żeby zabrać go do domu dziecka, bo go nie kochają. Psycholog próbował, nie wyszło.
Straszne
Lepiej już by go nie zabierali w ogóle. Teraz chłopiec nie wierzy nikomu i nie sądzę, by ktoś przebił się przez tę skorupę. Trzeba mieć nieprawdopodobny zapas miłości
Ten wieczór wbił Oliwię w taki dół, że ledwo się powstrzymała, żeby nie zacząć papierologii adopcyjnej. Ochłonęła po telefonie od Julki:
Ufasz sobie wystarczająco? Pamiętaj: jak pożałujesz, będzie dramat dla was dwojga. Może pożycz jedną z moich pociech na próbę? Zobaczysz, jak to jest być mamą.
Oliwia odmówiła. Do domu dziecka więcej nie pojechała, ale Michał został w jej pamięci jako sygnał: nie wolno nikogo skrzywdzić. Tego się nauczyła raz na zawsze.
Oliwia objęła się ramionami. Zimno Jak ona ma przetrwać? Może pomóc Danielowi się spakować? Które swetry spakować? Jesień taka ni to, ni sio, a najbardziej by chciała być teraz u mamy, w Zakopanem, opatulić się kocem, wyjść z nią na szlak. Ale mamy już nie ma. Daniel też zaraz zniknie.
Boże, wcale nie chce tej wolności. Chce męża obok, kawy rano i nocą, pogaduszek do świtu i wypraw na spektakle albo poza miasto, wszystkiego, co nigdy nie było zaplanowane, a zawsze dawało im najwięcej szczęścia. Daniel potrafił zadzwonić w środku dnia i rzucić:
Olik, co robisz?
Roboty huk! Dwa spotkania, potem bank.
To zostaw to wszystko i chodźmy się zgubić w lesie.
Rzucała, co miała, i już godzinę później dreptali gdzieś cicho pośród drzew, czasem w milczeniu. I to było najlepsze
To najlepsze już przeszło do historii. Ona o tym będzie pamiętać, on pewnie nie. Przed nim nowa wybranka, która spodziewa się dziecka Dziecka! O to chodzi? Czy ich małżeństwo od początku było tylko iluzją? Nad tym drugim Oliwia nie umiała się pogodzić. Bo jeśli nie potrafiła uczynić jednego człowieka szczęśliwym przez tyle lat to co z niej za kobieta?
Stojąc w kuchni, kolana przytulone do kaloryfera, Oliwia usiłowała się zmusić, by zrobić cokolwiek, ale nie mogła. Słyszała stukot szuflad, trzask drzwi. Trzęsła się tak, że nawet doniczka z jedyną rośliną, przywiezioną kiedyś przez Julkę, zaczęła zsuwać się z parapetu. Trzasnęły drzwi, Oliwia wcisnęła palce w parapet, potem upuściła donicę na podłogę i krzyknęła z bólu, żalu, rozpaczy.
Wcale nie poczuła się lepiej. Dopiero patrząc na rozsypaną ziemię i kawałki ceramiki w kuchni, opamiętała się. Tak właśnie wygląda wszystko teraz czarno, bez cienia nadziei. On właśnie zamknął drzwi a ona jest sama. I będzie musiała iść na oślep, zupełnie nie wiedząc, dokąd.
Po chwili dotarła do sypialni, ignorując ból w rozciętej stopie, trzęsąc się cała, znalazła telefon.
Juuulka
To nie był płacz, tylko wycie znękanego zwierza. Julka wszystko zrozumiała bez słowa.
Daniel się wyprowadził?
Taaak
Dobra, jutro u ciebie jestem.
Powariowałaś! Nie przyjeżdżaj, proszę Oliwia nagle przystanęła, coś jej zaświtało Ty wiedziałaś?
Przeczuwałam. Na ostatnim spotkaniu Daniel nie patrzył mi w oczy. Teraz wszystko jest jasne. Oliwka, wszystko będzie dobrze
Co dobrze? Nie mam już nic! Nawet ochoty, żeby żyć Wszystko minęło
Kup sobie sukienkę.
Co?! aż prawie upuściła telefon. Że co mam zrobić?
Usłyszałaś. Właśnie tą, której ci zawsze szkoda było kupić. Kup, od razu mi ją pokaż. Nie siedź w domu! Nie wyj, bo od tego lepiej nie będzie. A potem w pociąg, przylatuj tutaj. Pójdziemy w góry.
Ty masz rodzić niedługo!
A co, inwalidka jestem? Prześpimy się w pensjonacie, połazimy niedaleko. Mi też trzeba powietrza, bo zeświuję. Felek ma zawody, Marysia z Zosią zgrupowania. Muszę korzystać, póki mogę. Czekam na info o twoim przylocie! Nie każ się prosić kobiecie w stanie błogosławionym!
Julka się rozłączyła, a Oliwia patrzyła przez chwilę w niemą słuchawkę, niepewna co robić. Ale decyzja podjęła się sama.
Przez łzy spojrzała w lustro. Tak, nie jest już dziewuszką, ale nie czas się żegnać z tym światem. Jeśli Daniel myśli, że rozpadnie się i siądzie z rozpaczy w kącie to się przeliczył! Julka ma rację.
Zebrała się w sobie, wysłała serię wiadomości, zmieniając wszystkie plany na najbliższe dni, i odwołała rezerwację w restauracji. Potem, nie myśląc, że ma dwa odkurzacze, złapała za miotłę i ścierkę i wysprzątała kuchnię. Nową doniczkę kupi kiedy indziej.
Sukienka była idealna. Czerwona jak mak, zupełnie inna niż to, co Oliwia ostatnio nosiła (u niej dominowała szarość i beż, a kolorowe rzeczy dziedziczyła po ekscentrycznej Julce). Tym razem chciała być widoczna.
Kiedy spojrzała jeszcze raz w lustro, zobaczyła kobietę zmęczoną, smutną, ale jednak niepokonaną. Coś w niej jeszcze jest i nikt tego nie odbierze.
Podróż do Zakopanego (bo pociąg dojechał tylko do Krakowa, a potem busikiem w ślady baców!) była męcząca, ale taka wycieczka dobrze jej zrobiła. Z Julką przemierzały szlaki, czasem gadając bez końca, czasem milcząc godzinami. Po kilku dniach Oliwia poczuła, że powoli przestaje ją dusić ten szary kokon.
Wróć tutaj na stałe. Po co ci tamten biznes, smutny dom? Tu budują nowe bloki, dzieciaków przybywa otworzysz dziesięć klubów malucha i wciąż będzie miejsc za mało. A twój tata jest coraz słabszy. Nie musisz go zabierać od ukochanych Tatr, wystarczy, że kupisz mieszkanie obok i będziesz czuwać. Pomyśl.
Oliwia myślała i w końcu stwierdziła, że może to jest dobry moment.
Przyszedł czas na rozwód, sprzedaż mieszkania i auta, załatwienie dokumentów firmy, z którą wiązała tak wiele lat. Parę ciężkich spotkań z Danielem (gryząc się w język), potem usunęła go na zawsze z kontaktów.
Zakopane przywitało ją wybuchem kwitnących jabłoni, wszystko pachniało wiosną i nowością. Kupiła własne mieszkanie niedaleko taty, by nie robić zamętu w jego codzienności. Tak się złożyło, że jej ojciec, wdowiec, zamieszkał z panią Weroniką, ciepłą kobietą, która z miejsca zdobyła sympatię Oliwii. Mieli się czym dzielić? Nic z tych rzeczy! Ważne było tylko, że najbliżsi mają znów radość życia.
Tata jeszcze daje radę! powiedziała Weronika z dumą, patrząc na seniora myszkującego po ogródku. Masz to po nim.
Widok szczęśliwego ojca dawał nadzieję. Może i dla niej coś jeszcze się szykuje?
Minął rok. Dwa kluby dziecięce Oliwia prowadziła z sukcesem, roboty miała po sufit. Żeby jeszcze dopełnić obrazek, w końcu spełniła marzenie i przygarnęła psiaka. Ale mimo to, wieczorami coś ściskało ją za gardło. W kuchni popijała letnią herbatę i czasem, gdy w domu było cicho, oddałaby wszystko, żeby Daniel po prostu przyszedł, zaszurał kapciami, zapytał: Olik, kiepski dzień? Zrobić ci gorącej herbaty?
Wiedziała, że tę część siebie powinna odciąć i że z odejściem trzeba odejść naprawdę, ale nie potrafiła. Cały czas gdzieś tam tkwił.
Kiedy prawie półtora roku po sprzedaży firmy musiała przyjechać do Warszawy, by wytłumaczyć się urzędowi skarbowemu, wręcz się ucieszyła. Coś nowego, trochę zamieszania!
Po jednym dniu wszystko załatwiła, cały wieczór do dyspozycji. Pojechała na stare śmieci do dzielnicy, gdzie mieszkała z Danielem. Przystanęła pod dawnym domem, popatrzyła na znajomy park, na plac zabaw. Zupełnie nie planowała tam wejść, ale nogi same ją poniosły w stronę starego deptaku.
Przy fontannie zobaczyła mężczyznę z głową mocno osiwiałą, nieco skulonego, z dziecięcym wózkiem. Nie potrzebowała długich sekund poznała Daniela. Podbiegła do niego, bo widziała, że coś się z nim stało. On już ledwo na siebie patrzył, jak cień dawnych dni.
Daniel
Drgnął i spojrzał na nią z wielkim trudem.
Cześć, Oliwia.
Usiadła obok niego.
Jak sobie radzisz?
Pytanie głupie, aż ją zatkało, ale została, patrząc jak Daniel przykucnął z wózkiem i przestał go huśtać.
Źle. Strasznie źle.
Czemu?
Bo zostałem sam. Przegrałem życie, wszystko co dobre przepadło. Przez przypadek, przez głupotę.
Ty to mówisz? Oliwia rozpoznała ten żal, który znała sama aż za dobrze. Masz dziecko, nową rodzinę
Nie mam rodziny. Ewa została ze mną. Moja żona umarła przy porodzie.
O matko Oliwia przysiadła jeszcze bliżej. Chciała czuć nienawiść, ale żal i współczucie wygrały ze złymi uczuciami.
Siedzieli długo bez słowa, aż w końcu przegadali całe życie na nowo, tyle mieli do powiedzenia. Mała Ewa zdążyła się wtedy wyspać i otworzyć oczy. Oliwia przyklękła przy wózku i zapamiętała sobie tę chwilę na długo.
A pół roku później pani Świetlikowska zaprowadziła kilkunastoletniego, poważnego chłopca do Oliwii.
Michał, wiesz, po co przyszłam?
Po mnie.
Chciałbyś mieszkać ze mną?
Nie wiem. Nikt mnie nie bierze na długo.
Patrzył na Oliwię bez emocji. Ale gdy zapytała o zdjęcie Ewy coś się rozświetliło.
To pani córka?
Nie. Ale mam nadzieję, że będę jej mamą. I twoją jeśli pozwolisz.
I tak pani mnie oddacie.
Ja nie jestem wszyscy. Wiem, jak to jest wszystko stracić i zostać bez miłości. Bardzo boli.
Wiem
Co to znaczy mieć mamę, Michał?
Nie wiem.
Mama jest od tego, by nie pozwolić skrzywdzić własnego dziecka.
Pani mnie żałuje?
Oliwia przyjrzała mu się uważnie.
Nie. Ja po prostu chciałabym cię kochać. I chcę, żeby Ewa miała starszego brata. Pomożesz mi?
Michał nieśmiało dotknął rękawa jej czerwonej sukienki.
Ładna.
Kupiłam ją, kiedy było mi bardzo źle. I od razu zrobiło się lżej.
Mi się podoba.
To spróbujemy razem? Ale na próbę nie na poważnie.
Michał kiwnął głową i Oliwia poczuła spokój.
A dwa lata później, po górskiej ścieżce szła cała ich rodzina. Chudy, ciemnowłosy Michał pilnował, żeby rozgadana Ewa nie uciekła za daleko.
Ewa, tam w lesie są wilki!
Nieprawda!
Są! I głodne niedźwiedzie!
Ich mama ich nie karmi?
Nie. Nasza gotuje lepiej.
Może ugotuje dla niedźwiedzi kaszę?
Mama, Ewa mówi, że musisz zrobić mannę dla misiów!
A kiedyś ty zjadłaś mannę bez grymaszenia? Oliwia z trudem ich dogoniła.
Ale ja nie lubię z grudkami!
A misie właśnie tylko takie lubią!
To oddaj im moją jutro! I miód, co wczoraj kupiłaś!
Co to, to nie! Sama lubię miód! Chodź do taty, koniku polny! Przekazała Ewę Danielowi i pogładziła Michała po głowie. A ty, dzielny bracie, opiekuj się maluchami.
Mamo, ja nie chcę wracać do domu. Jeszcze nie wszystko zobaczyliśmy. A jak Ewa zacznie karmić zwierzęta, zostaniemy w pensjonacie do końca świata.
Oliwia roześmiała się i spojrzała na rodzinę.
Dobrze, jeszcze trochę się powłóczymy, a potem zobaczymy. I wszystkich nakarmimy niedźwiedzie, wilki i nawet yeti, jeśli takiego znajdziemy!
Ich śmiech niósł się daleko po górskich halach, a dzień wydawał się coraz jaśniejszy.





