Nazywam się Robert Wach, mam czterdzieści dwa lata i od siedemnastu lat pracuję jako ochroniarz w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym przy ulicy Świętego Józefa w Toruniu. Widziałem w tej pracy różne rzeczy – pijanych awanturników na izbie przyjęć, rodziny czekające całą noc na wieści z sali operacyjnej, gołębie gnieżdżące się w wentylacji od strony parkingu. Ale tamtego poniedziałku, na początku października, zobaczyłem coś, czego nie potrafiłem sobie wytłumaczyć.
Było około wpół do jedenastej, pora akurat spokojna, między porannymi wizytami a południowym najazdem karetek. Wyszedłem na papierosa przed główne wejście i zobaczyłem sześć bezpańskich psów rozłożonych na betonowym placyku obok schodów. Dwa leżały tuż przy poręczy, trzy siedziały bliżej drzwi automatycznych, a jeden – kudłaty, w typie owczarka podwórkowego – trzymał się na uboczu, przy krawężniku, i nie odrywał się od szklanych drzwi.
Pomyślałem, że pewnie ktoś je nakarmił resztkami z bufetu i zaraz się rozejdą. Nie rozeszły się. Po godzinie nadal tam były. Wieczorem, kiedy kończyłem zmianę, też. A następnego dnia rano, kiedy wracałem na dyżur, zastałem je dokładnie w tych samych miejscach, jakby w ogóle się nie ruszyły.
To, co uderzało najbardziej, to spokój tych zwierząt. Żadnego szczekania, żadnego warczenia na siebie nawzajem, żadnego rzucania się na przechodniów. Siedziały jak zamurowane, wpatrzone w drzwi wejściowe, jakby na kogoś czekały.
Pani Danuta, pielęgniarka z internistycznego, wyniosła im miski z wodą i kawałkami kiełbasy z własnej kanapki.
– Biedactwa, pewnie głodne – powiedziała, stawiając miski przy schodach.
Żaden pies nawet nie drgnął w stronę jedzenia.
Trzeciego dnia zaczęły napływać skargi od pacjentów – że boją się przejść, że dzieci płaczą, że to niehigieniczne przed wejściem do szpitala. Kierownik ochrony kazał mi je przegonić. Klasnąłem w dłonie, krzyknąłem, machnąłem miotłą w ich stronę. Psy odsunęły się może o pięć metrów i po chwili wróciły dokładnie na te same miejsca, jakby były przyklejone do betonu.
Rozmawialiśmy o tym w dyżurce między sobą.
– Może kogoś tu straciły?
– Ale to bezpańskie kundle, skąd by miały…
– Nigdy czegoś takiego nie widziałem – powiedział doktor Kaczmarek, ordynator z internistycznego, kiedy przechodził obok i zerknął przez szybę.
Ja sam zacząłem się temu przyglądać uważniej. Zauważyłem, że ten kudłaty, co siedział z boku, co jakiś czas podnosił się, robił dwa kroki w stronę parkingu dla karetek i wracał. Zauważyłem też, że psy reagowały – ledwo dostrzegalnie, uszami – na dźwięk syreny każdej nadjeżdżającej karetki. Napinały się, jakby nasłuchiwały czegoś konkretnego.
Prawda wyszła na jaw czwartego dnia, właściwie przez przypadek. Pani Grażyna, salowa, która sprzątała nocną zmianę, rozpoznała jednego z psów – tego kudłatego. Powiedziała, że widziała go wcześniej, przywiązanego pod domem na Bydgoskim Przedmieściu, u starszego mężczyzny, który mieszkał sam z sześcioma psami na podwórku i codziennie karmił je z jednej wielkiej miski.
Sprawdziliśmy w rejestrze przyjęć. Cztery dni wcześniej, w niedzielny wieczór, karetka przywiozła na izbę przyjęć siedemdziesięcioośmioletniego Zenona Krawca po zawale, znalezionego przez sąsiada na podwórku, właśnie tam, gdzie trzymał te psy. Musiały pobiec za karetką przez pół miasta albo poczuć, w którą stronę odjechał, i przyjść same – nikt tego nie wie na pewno. Faktem jest, że przyszły pod te same drzwi, przez które wniesiono noszami ich pana, i usiadły czekać.
Pan Zenon leżał wtedy na intensywnej terapii, w stanie ciężkim, bez rodziny, bo jedyny syn wyjechał lata temu do Niemiec i się nie odzywał. Kiedy dowiedziałem się tego wszystkiego, zszedłem na dół i usiadłem na schodach obok tego kudłatego psa. Nie wiem, po co to zrobiłem. Po prostu poczułem, że ktoś powinien.
Trzynastego dnia, kiedy pan Zenon w końcu odzyskał na tyle siły, żeby usiąść na łóżku, poprosiłem doktora Kaczmarka o zgodę i wyniosłem go na wózku do drzwi wejściowych, otulonego kocem szpitalnym. Kiedy drzwi automatyczne się rozsunęły, wszystkie sześć psów zerwało się naraz i rzuciło w jego stronę, skowycząc, wspinając się łapami na podnóżki wózka, ocierając się pyskami o jego dłonie i twarz.
Staliśmy tam we trójkę – ja, pielęgniarka i wózek otoczony psami – i żadne z nas nie potrafiło powstrzymać łez, chociaż ja akurat od dawna uważałem się za twardziela, którego nic już nie rusza po siedemnastu latach na tej portierni.
Pan Zenon został u nas jeszcze na obserwacji przez tydzień. Zorganizowaliśmy zbiórkę wśród personelu – dwieście czterdzieści złotych – żeby kupić mu karmę i opłacić przewiezienie psów do domu taksówką, bo sam nie miał jak. Doktor Kaczmarek załatwił mu też opiekunkę środowiskową, żeby ktoś zaglądał codziennie i sprawdzał, czy bierze leki na serce.
W dniu wypisu taksówkarz otworzył bagażnik, ale kudłaty i tak nie dał się tam wsadzić – wskoczył na tylne siedzenie i usiadł panu Zenonowi na kolanach, jakby jechał tak od zawsze. Reszta stłoczyła się na podłodze przy jego stopach. Pan Zenon, trzymając ręką za obrożę tego jednego, powiedział tylko do kierowcy: „Niech pan jedzie powoli, one nie lubią szarpnięć” – i taksówka odjechała spod głównego wejścia, a ja zostałem na schodach z miotłą, której tamtego dnia nie użyłem ani razu.







