Tatuś

Tego lata Iga skończyła jedenaście lat. Była ulubienicą ojca i pomocą dla mamy. Miała dwójkę młodszego rodzeństwa – czteroletniego brata Stasia i dwuletnią siostrę Reginę. Naprzeciwko jej domu, za torami kolejowymi, znajdował się las. Zbieranie grzybów i jagód było również obowiązkiem dziewczynki. Czasami Staszek szedł w ślad za nią, ale częściej bawił się z innymi dziećmi, pozostając pod opieką dziadka Tadeusza. Mała Regina siedziała za jego plecami i szybko zasypiała po długim spacerze. W tym czasie Iga kładła koszyk na ciepłej trawie, które szybko napełniała. Lasy tutaj były hojne, bogate w owoce. Iga pomagała matce w pracach domowych – rano wypasała krowę, karmiła kurczaki, przynosiła wodę, gotowała kaszę z grzybami i zupę kapuścianą.

Rodzina niedawno przeprowadziła się do Ustronia, ponieważ tutaj była praca dla ojca, szkoła dla dzieci, matka podjęła pracę w biurze nadleśnictwa. Naprawili chatę, przygotowali siano…

Wiadomość o wojnie spadła nagle, zakopując wszelkie nadzieje na dobre życie. Kobiety płakały na ulicach, dzieci krzyczały, najbardziej te najmłodsze. Iga nie płakała – była już prawie dorosła i wszystko rozumiała, tylko chustę mocniej zawiązała i powiedziała do ojca:

– Tato, Ty też pójdziesz na front?

– Jakżeby nie? – odpowiedział ojciec głaszcząc ją po ramieniu szorstką ręką – Ojczyznę bronić trzeba!

– A kiedy obronisz, wrócisz?

– Oczywiście, Igusiu! Kto cię wychowa? Mamusia potrzebuje pomocy.

Tydzień później mężczyźni zostali zebrani w pobliżu wiejskiego domu kultury, załadowani do samochodów i zawiezieni do miasta do punktu mobilizacji żolnierzy.

Rozpoczęło się niepokojące, pełne napięcia życie. Matka chodziła ponura, z opuchniętymi oczami. Rano, wydoiwszy krowę, wychodziła do pracy. Iga nadal zabierała Mućkę na łąkę, karmiła kurczaki, ciągnęła wodę ze studni, i opiekowała się młodszym rodzeństwem. Teraz do jej obowiązków doszedł jeszcze jeden: raz na dwa dni zabierała do miasta pociągiem bidon mleka, sprzedawała go na rynku, a za pieniądze kupowała chleb. Iga znała ceny i nigdy się nie myliła. Zaczęli ją rozpoznawać lokalni nabywcy, wśród których było wielu wojskowych. Przed wyruszeniem na front poborowi pozostawali przez pewien czas w centrum Ustronia, podczas gdy kierownictwo ustalało dokładne daty i kierunki ich wojskowej podróży.

Pewnego dnia Iga pozostała na rynku nieco dłużej niż zwykle. Upalny lipiec nadpalił wierzchołki topoli. Wokół ścisk i przytłaczający upał. Miasto żyło w gorączce wybuchu wojny. Dziewczynka stała z pustym bidonem i chlebem w torebce w kolejce do źródła miejskiego, aby napić się wody i wrócić do domu. W tym czasie główną aleją w kierunku garnizonu szła kolumna żołnierzy. Była monotonnie brązowa i nieskończenie długa. Spod butów unosił się kurz, strzelały karabiny…

Nagle w szeregach wśród innych żołnierzy dziewczyna zobaczyła swojego ojca.

– Tato!? – krzyknęła głośno i zapominając o pustym bidonie pobiegła za nim.

Chusta odfrunęła, warkocz rozczochrał wiatr. Żołnierz, widząc córkę, uśmiechnął się i pomachał ręką – nie mógł do niej podejść. Iga biegła za kolumną wojska, aż ta zatrzymała się na skwerze. Zabrzmiała komenda ” spocznij! ” i kompanię zatrzymano na krótki postój. Igusia, zapominając, że jest już duża, rozmazując łzy na zakurzonych policzkach, przytuliła się do ojca. Od taty pachniało czymś nieznanym – żelazem, trudem i kłopotami. Tylko zapach potu był znajomy, swojski. Zaczęła łamać ojcu chleb, ale ten nie wziął. Poprosił, aby przyjechała jutro rano z mamą, ponieważ jutro są już wysyłani na front. Dziesięć minut później dowódca kazał ruszyć kompanii.

– Przyjedź z mama do garnizonu! – krzyknął, rzucając na ramię torbę.

Następnego dnia Iga i mama od wczesnych godzin porannych czekały przy bramie. O ósmej żołnierze zostali zwolnieni. Dwie godziny tata, mama i Iga spędzili razem. Ojciec żartował głośno i całował mamę w płaczące oczy. Pogłaskał Igusię po głowie, mówiąc: ” Jak wrócę z frontu, sama mnie ugościsz, zgoda? “. Iga zgadzając się kiwała głową, w drodze wymyślając, czym nakryje do stołu. Wyobraźnia malowała cudowne potrawy, których dziewczyna nigdy w życiu nawet nie próbowała.

Zegar na wieży wybił godzinę dziesiątą i ojciec spieszył się na zbiórkę. Matka złapała go rękaw bluzy wojskowej i krzyknęła. Iga złapała ją za spódnicę, miotając się między perkalem a szorstkim suknem. Tak stała między ojcem a matką, między życiem a śmiercią…

To były ostatnie godziny, kiedy widziała ojca.

Następnego dnia dzieci jak zwykle odprowadzały kolumny żołnierzy idących na front. Była to jedna z nielicznych rozrywek dzieci w wojskowej dzielnicy. Żołnierze i ich “ eskorty “ machali do siebie rękami, coś do siebie krzyczeli. Dzieci chciały zwycięstwa wojskowych, chłopcy oddawali im cześć. Żołnierskich szeregów była ogromna liczba, pociągi jechały jeden po drugim, non-stop, a wszystkie mijały Ustroń. Barwy maskujące żołnierskie bluzy, zielone wagony, brzęk kół na rozpalonych szynach… Twarze żołnierzy zlały się w jedną, ciągłą wstęgę.

Iga była wśród innych dzieci, gdy jeden z pociągów, przejeżdżając obok stacji, z przyzwyczajenia zwolnił. Z okna wagonu wyleciało zawiniątko. Stary dróżnik podniósł je i zwrócił się do dzieci:

– Któreś z Was to Iga Antczak ?

– Ja! – dziewczynka odpowiedziała.

– Więc to dla Ciebie – staruszek podał jej zawiązaną w chusteczkę paczuszkę.

Iga rozwiązała jej węzeł. Wewnątrz znajdowały się trzy zmiękczone cukierki, kawałek cukru i notatka: ” Dla Igi od taty „.

Oceń artykuł
Twoja Strona
Tatuś