Rachunek za pięterko na Krupniczej

Zosia Wiertel skończyła trzydzieści cztery lata w marcu, a we wrześniu obudziła się o czwartej dwadzieścia, bo Franek znowu płakał — kolka, trzeci tydzień z rzędu. Za oknem ich mieszkania na Krupniczej w Krakowie jeszcze było ciemno, tylko tramwaj numer osiemnaście turkotał gdzieś w stronę Salwatora. W kuchni suszyła się na suszarce jedna skarpetka, druga zaginęła gdzieś w praniu już dwa tygodnie temu i nikt nie miał siły jej szukać.

Franek miał wtedy cztery miesiące. Ważył sześć kilo dwieście, pediatra z przychodni przy Miodowej powtarzała, że to dobrze, że rośnie jak należy, tylko trzeba przeczekać ten trudny okres. Zosia przeczekiwała. Karmiła o drugiej, o piątej, o siódmej, mąż Bartek wstawał do niej z kubkiem herbaty, bo sam nie mógł nic więcej zrobić — piersi to nie jego działka, mawiał, próbując żartować, choć oboje byli tak zmęczeni, że żart wisiał w powietrzu jak coś nieudanego.

Bartek pracował w serwisie samochodowym przy alei Pokoju, zmiana od siódmej, więc spał może cztery godziny na dobę. Kredyt za to mieszkanie mieli jeszcze na siedemnaście lat, rata trzy tysiące sto złotych, i czasem Zosia leżała w ciemności, licząc w głowie, ile zostało im na koncie do wypłaty. Sto osiemdziesiąt złotych. Do dwudziestego siódmego.

A potem Franek otwierał oczy koło szóstej, mrużył je od światła lampki nocnej, i nagle wyginał usta w ten swój bezzębny uśmiech, który pojawiał się znikąd, bez powodu, po prostu dlatego, że rano. I Zosia zapominała o racie, o skarpetce, o tym, że nie spała porządnie od czterech miesięcy. Trzymała go na rękach, on łapał jej palec całą dłonią, ściskał mocno jak coś, co postanowił nie puszczać, i ona myślała: dobra, jeszcze jeden dzień damy radę.

Tak wyglądały ich poranki przez całe lato. Franek rósł, zaczął się śmiać głośno, na cały korytarz, kiedy Bartek podrzucał go pod sufit — za nisko, krzyczała Zosia, za każdym razem, i za każdym razem śmiała się razem z nimi. Sąsiadka z dołu, pani Halina, zaczepiała ich na klatce i mówiła, że słyszy przez strop, jak dziecko się śmieje, i że to najładniejszy dźwięk w tym budynku od czasu, jak jej wnuki wyprowadziły się do Wrocławia.

We wrześniu, dokładnie w tę noc kolki, Bartek usiadł na brzegu łóżka o piątej rano, potargany, z kubkiem w ręce, i powiedział coś, co Zosia zapamiętała, bo brzmiało jak żart, ale nie do końca nim było.

— A może by tak drugie?

Zosia spojrzała na niego znad Franka, którego akurat udało jej się uśpić na ramieniu.

— Ty żartujesz.

— Trochę.

— Bartek, my nie śpimy od czterech miesięcy.

— Wiem. Ale on jest… — urwał, szukając słowa, wskazał głową na syna. — Fajny jest.

Zosia wtedy nic nie odpowiedziała, tylko pokręciła głową i poszła kłaść dziecko do łóżeczka, uważając, żeby nie skrzypnęła deska przy oknie, ta jedna, co zawsze budziła Franka, jakby wiedziała, kiedy najbardziej im zależy na ciszy.

Rozmowa wróciła miesiąc później, w październiku, kiedy Franek miał już prawie pięć miesięcy i zaczynał siadać, podpierając się rączką, i śmiał się z byle czego — z odkurzacza, z pary skarpetek na sznurku, z własnego odbicia w telefonie. Byli u rodziców Zosi na obiedzie, w Nowej Hucie, matka podała gołąbki i od razu, między jednym kęsem a drugim, spytała, kiedy będzie rodzeństwo, bo jedynak to smutna sprawa, ona sama miała troje i nie żałuje.

Zosia poczuła, jak coś się w niej zaciska. Nie dlatego, że pytanie było złe — matka pytała z miłości, niezgrabnie, jak zawsze — ale dlatego, że sama nie wiedziała, co czuje. W drodze do domu, w samochodzie, w starym opla astrze, którym jeździli od pięciu lat, powiedziała to na głos.

— Ja się boję, że jeśli zajdę teraz w ciążę, to ja się rozsypię. Fizycznie. Psychicznie. Wszystko naraz.

— To poczekamy.

— Ale ty chcesz teraz.

— Ja chcę tego, czego ty chcesz. Tylko pytałem.

Nie kłócili się, ale to zdanie zostało w aucie, w tym powietrzu przesyconym zapachem gołąbków i olejku do dziecka, i wróciło jeszcze parę razy przez zimę — przy wigilijnym stole, kiedy babcia Bartka wręczyła Frankowi pierwszy własny talerzyk, przy sylwestrze, kiedy sąsiedzi z góry puszczali fajerwerki tak blisko okna, że Franek się przestraszył i płakał do drugiej w nocy.

Punkt zwrotny przyszedł w lutym, kiedy Franek miał osiem miesięcy i dostał wysokiej gorączki — trzydzieści dziewięć i sześć, karetka, szpital dziecięcy przy Wielickiej, dwie doby na obserwacji z powodu podejrzenia zapalenia płuc, które ostatecznie się nie potwierdziło. Zosia spała na krześle obok łóżeczka, Bartek przywoził jej jedzenie z baru mlecznego przy szpitalu, bo stołówkowe kanapki nie szły jej do gardła. Trzymała rączkę syna przez pręty łóżeczka całą noc, żeby czuł, że ktoś jest, nawet przez sen.

Kiedy w końcu wypisali ich do domu, kiedy Franek znowu zaczął się śmiać na widok gumowej kaczki w wannie, Zosia usiadła na podłodze łazienki i się rozpłakała — nie z rozpaczy, tylko z ulgi tak dużej, że nie mieściła się w niej inaczej. I wtedy, dopiero wtedy, pomyślała po raz pierwszy bez lęku: chcę jeszcze jedno. Nie dlatego, że matka pytała, nie dlatego, że Bartek chciał. Dlatego, że przez te dwie doby w szpitalu zrozumiała, jak bardzo to jedno dziecko jest już całym jej światem, i że chce dać mu brata albo siostrę, zanim zapomni, jak bardzo się bała go stracić.

Powiedziała to Bartkowi w kwietniu, kiedy Franek już raczkował po całym mieszkaniu i próbował jeść ziemię z doniczki na parapecie. Powiedziała bez teatru, przy zmywaniu naczyń, patrząc w okno na podwórko, gdzie ktoś wieszał pranie.

— Chcę spróbować. Ale nie teraz. Za rok, może półtora. Jak trochę odespimy.

— Dobrze.

— I chcę, żebyś brał wtedy urlop tacierzyński na dłużej. Nie tydzień. Cały, jaki ci się należy.

— Biorę.

Rok później, we wrześniu, dokładnie w rocznicę tamtej nocy z kolką, Zosia zrobiła test w łazience na Krupniczej, podczas gdy Franek, już rok i osiem miesięcy, walił łyżką w garnek w kuchni, śmiejąc się z hałasu, który sam wytwarzał. Dwie kreski. Poszła do kuchni, usiadła obok syna na podłodze, wzięła go na kolana, a on od razu złapał ją za nos obiema rączkami i zaśmiał się swoim głośnym, bezczelnym śmiechem, tym samym, który słyszała przez ścianę tamtej nocy, kiedy nie spała, licząc pieniądze do wypłaty.

Bartek wrócił z serwisu koło osiemnastej, zdjął buty w przedpokoju, zobaczył minę żony i test leżący na stole kuchennym obok solniczki, i nie powiedział nic mądrego — usiadł na podłodze obok nich obojga, przytulił Franka, potem Zosię, i tylko powtarzał, że teraz to już na pewno kupują dwuosobowy wózek, bo z dwoma na barana się nie da.

Franek dostał brata w maju następnego roku. Nazwali go Antek. A na lodówce w tym samym mieszkaniu przy Krupniczej wisi dziś zdjęcie: Franek, trzy lata, trzyma na kolanach kilkumiesięcznego brata i śmieje się do obiektywu tak, jak śmiał się zawsze — bez powodu, po prostu dlatego, że rano, że są razem, że ktoś zrobił zdjęcie w dobrym momencie.

Oceń artykuł
Newskey24
Rachunek za pięterko na Krupniczej