To dziecko Andrzeja…
Działo się to wiele lat temu, w jednym z miast południowej Polski w Katowicach. Mieszkała tam sobie na czwartym piętrze zadbanego, dziewięciopiętrowego bloku starsza już, ale wciąż energiczna kobieta emerytowana pielęgniarka, o imieniu Leokadia.
Jej życie nie zapowiadało żadnych nadzwyczajnych wydarzeń. Emerytura, dorywcza praca w prywatnej przychodni, spotkania z przyjaciółkami, wizyty u wnuków w Krakowie, a nade wszystko wieczorne telefony do schorowanej mamy, mieszkającej sama dwie ulice dalej.
Ten dzień wydawał się taki jak każdy inny.
Rano Leokadia zadzwoniła, jak zawsze, do mamy, żeby zapytać o zdrowie.
Dzień wolny. W przychodni pracowała na zmiany co czwarty dzień. Dziś miała wolne. Plan był znany: ugotować coś i pójść do mamy, co choć stanowiło rutynę, to coraz częściej wywoływało westchnienia i przewracanie oczami.
To tylko dwa bloki od siebie nie problem, tak samo jak przygotować obiad. Mama miała jeszcze wczorajszy barszcz i domową drożdżówkę. Ale ten piąty piętro, bez windy… Uff!
Leokadię męczyły też wieczne skargi mamy na zdrowie. Od lat godzinami słuchała o nowych, przeżywanych na nowo bólach czy dolegliwościach, których lekarze już dawno zdiagnozowali, a i tak mama dojrzale reinterpretowała wszystko przez pryzmat własnych doświadczeń i porad sąsiadek albo niezrównanej wiedzy pani Gessler z telewizji.
Rady Leokadii, choć pracowała czterdzieści lat jako instrumentariuszka na sali operacyjnej, mama kwitowała prychnięciem.
A co Ty wiesz o mojej chorobie, operowałam Cię kiedyś czy co?
Ale trudno dzień jak dzień.
Trzeba było iść do sklepu. Po drodze. W przedpokoju Leokadia ustawiła siatkę ze śmieciami, przy lustrze podmalowała usta. Na swoje lata prezentowała się zadziwiająco młodo lekkie kurze łapki przy oczach, ale sympatyczna twarz, krótka fryzura w odcieniach siwo-blond i duże kolczyki, no i jedynie lekko opadnięte policzki.
Mama chciała chleb żytni i masło pomyślała, kończąc makijaż, gdy nagle zadzwonił domofon.
Pewnie sąsiadka, ciocia Zosia… mruknęła pod nosem, odruchowo ruszając do drzwi.
Otworzyła je, trzymając w ręku szminkę.
Przed nią stała młoda jasnowłosa dziewczyna z kucykiem, w pasiastym podkoszulku, rozpinanej bluzie i dżinsach, z plecakiem. W rękach tuliła zawiniątko w brązowym kocyku to zauważyła dopiero później. Teraz widziała głównie jej napiętą twarz i niemowlęce policzki okryte kocykiem.
Dziewczyna ledwie patrząc Leokadii w oczy, powiedziała cicho, wciskając jej w ramiona zawiniątko:
To dla Pani.
Wzięła je instynktownie, z pomadką jeszcze w dłoni. Ręce poczuły ciężar, serce zabiło mocniej to przecież dziecko!
Zanim zdążyła zareagować, młoda dziewczyna zbiegła schodami.
To dziecko Andrzeja, ja muszę się uczyć…
Drzwi klatki trzasknęły na dole.
I… już.
Leokadia stała osłupiała na progu, wpatrzona w schodzącą dziewczynę. Po co dała jej tego malca?
Zajrzała do mieszkania. Stara siatka z zakupami leżała tam, gdzie ją zostawiła. Obok niej paczka przybyszki, którą najwyraźniej tam postawiła.
Szok dotarł później, kiedy Leokadia usiadła z dzieckiem na kanapie.
Andrzeja? do szepta powróciły wcześniejsze słowa.
Jej syn miał na imię Marek, był jedynakiem i z rodziną mieszkał w Krakowie. Mąż, Janusz, zmarł pięć lat temu. Żadnego Andrzeja nie miała.
W sunącym przez myśli zamęcie odwinęła dziecko z kocyka: maleństwo w beżowym kaftaniku i śpioszkach, ssące gumowy smoczek w kształcie żabki. Mógł mieć z miesiąc.
Cii… maleństwo, cii… pogładziła główkę, a dziecko zassało smoczek i niemal od razu zasnęło.
Jeszcze szukała odpowiedzi w siatce: dwie butelki, puszka mleka modyfikowanego, pampersy, ubranka. Westchnęła pewnie dziewczyna zaraz wróci.
Skończyła makijaż, wypatrywała jej przez okno. Czekała… Dziecko się obudziło. Co robić? Przebrać? Nakarmić? Czy to w ogóle legalne? Czy ma prawo?
Ostrożnie zdjęła śpioszki pod nimi była koszulka. Dziewczynka.
Wtedy coraz mocniej zaczęła odczuwać ciężar sytuacji. Przecież to podrzucone dziecko!
Myśl znów wróciła do syna. Czy Marek mógł… Przecież lubił kiedyś dziewczyny, ostrzegała go sto razy. Ale ostatnio był przykładnym mężem i ojcem.
No już, już, mała… zmieniała pampersa wprawnie jak dawniej.
Sama była zaskoczona, że nie zapomniała, jak obchodzić się z noworodkiem.
Chciała dzwonić na policję a jeśli to naprawdę dziecko Marka? Przestraszyła się skandalu i konsekwencji. Westchnęła ciężko. Ostatecznie postanowiła poczekać.
Zadzwoniła do wnuka Stasia, by sprawdzić, gdzie jest Marek. Usłyszała, że nie ma go teraz, pojechał na delegację do Gliwic. Wieczorem i tak był nieuchwytny.
Zadzwoniła do synowej Kasi z prośbą, żeby Marek koniecznie się odezwał wieczorem.
A sama wymyśliła dla mamy wymówkę: skręciła nogę. Nie przyjdzie dziś, a barszcz i chleb są.
Przebrała się w domową sukienkę. Posadziła dziewczynkę koło siebie i starała się myśleć racjonalnie. Przecież można podrzucać dzieci pod cudzy próg.
Może powinna jednak zadzwonić na policję? Tylko co, jeśli dziewczyna wróci, a Marek nie ma z tym nic wspólnego? Serca szkoda miała także tej dziewczyny w oczach dziewczęcych było coś zdesperowanego, ale też dumnego.
Zadzwoniła do przyjaciółki, Wiesi.
Wiesia, domyśl się, co się stało. Dziecko mi zostawiono…
Wiesia zamiast panikować, zajęła się badaniem śladów i obiecała wpaść wieczorem.
Spokojnie, Leośka, nie panikujmy. Sprawdzimy wszystkich Andrzejów w bloku mówiła z przekąsem.
Wiesia obchodziła sąsiadów. Gdy wróciła, oznajmiła, że na szóstym piętrze mieszka Andrzej, programista.
Idziemy zarządziła Wiesia i nie było rady.
Zastały tam starszą panią, matkę Andrzeja. Po wołaniu z kuchni pojawił się młody mężczyzna.
To nie moje dziecko zarzekał się zaskoczony.
Wiesia nalegała. Opowiedziały całą historię, na co Andrzej, po długich wyjaśnieniach, tylko się za głowę złapał i poprosił, by nie angażować policji.
W końcu Leokadia i Wiesia wróciły do mieszkania.
Noc upłynęła na karmieniu, huśtaniu i przerywanym śnie. Rano znów dzwoniła mama i chciała dokładne informacje o gruszkach i chlebie.
Musiała wyjść, więc usadziła dziewczynkę w chuście na szyi, spędziły razem miły spacer po okolicznym sklepie. Potem powrót na piąte piętro do mamy. Skłamała, że to wnuczka sąsiadki, którą na chwileczkę prosiła popilnować.
Do wieczora czekała na telefon od syna. Gdy się w końcu dodzwoniła wieczorem, opowiedziała całą historię.
Mamo, zwariowałaś? Jakie dziecko? Przecież to nie moje! zaśmiał się Marek. Kazał jej zadzwonić na policję. Zrób to od razu, mamo!
Leokadia zamyśliła się. Dziewczynka wyglądała tak słodko i niewinnie. Postanowiła jednak zadzwonić następnego dnia.
Nie dane jej było jednak nic postanowić. W nocy spała krótko, a nad ranem usłyszała gwałtowne pukanie do drzwi.
Otworzyła na progu stała ta sama jasnowłosa dziewczyna, roztrzęsiona, w jednej bluzie i szortach, choć było chłodno.
Czy to tu? Zostawiłam wczoraj córkę… Proszę powiedzieć, gdzie ona…
Leokadia wpuściła ją do środka. Przeprowadziła do pokoju, gdzie spała dziewczynka. Dziewczyna padła na kolana przy łóżku i rozpłakała się.
Musiała ją posadzić, napoić herbatą, poczęstować czekoladą i wyłuskać z niej historię.
Miała na imię Basia, dziewczynka Anulka. Basia była studentką ostatniego roku medycznej uczelni, pochodziła z wioski pod Tarnowem.
Ostatniego lata poznała Andrzeja, studenta Politechniki Śląskiej. Zakochała się bez pamięci, on obiecał jej wszystko. Była raz u niego w mieszkaniu dwudzieste pierwsze. Wkrótce zaszła w ciążę. Andrzej stopniowo przestał się odzywać. Po Nowym Roku całkowicie wyparował wyjechał, zmienił numer, rodzina się odwróciła.
Basia została sama z Anulką. Kiedy zaczęło jej się palić pod stopami: koleżanka kazała się wyprowadzić, pieniędzy brakło, egzaminy tuż tuż, a ona całą noc widziała Andrzeja z nową dziewczyną na zdjęciach w internecie uczepiała się ostatniej myśli: Może matka Andrzeja pomoże.
Pomyliła blok. Oddała dziecko przypadkowej kobiecie, uciekła z płaczem. Całą noc nie spała. Rano napisała jeszcze raz Andrzejowi usłyszała, że o żadnym dziecku jego matka nie wie. Przestraszyła się, pobiegła z powrotem, półnaga, byle szybciej.
Kiedy rozumiała już, co się naprawdę stało, płakała jeszcze raz, dziękując Leokadii za to, że jej córeczka cała i zdrowa.
Przepraszam, bardzo… ale naprawdę nie mam już gdzie. Do akademika na razie się wcisnę, potem… się zobaczy szlochała.
Leokadia pogładziła ją po dłoni.
Baziu, zostań u mnie choć ten miesiąc. Mieszkanie duże, a ty chodź zdawać egzaminy. Ja zaopiekuję się Anulką.
Nie mam pieniędzy, nie mam nawet czerwonych złotych na czynsz…
Pieniędzy nie trzeba. Dzieci pod moją opieką się nigdy nie zmarnują.
Basia chyba pierwszy raz tej nocy spokojnie usnęła przy śpiącej Anulce. A gdy Wiesia zadzwoniła rano, Leokadia ściszonym głosem wyjaśniła:
Nie, Wiesiu, to nie syna. Ty wiesz, jak dobrze, że nie zadzwoniłam na policję?
***
Mleko nie zanikło, egzaminy Basia zdała na piątki i czwórki, po pomoc do mamy Leokadii zaczęła chodzić właśnie ona, dzielnie nosząc Anulkę na piąte piętro. Co dziwniejsze, mama chętniej słuchała porad Basi niż doktorów z telewizji.
Wkrótce Basia poszła do pracy na dyżury w szpitalnej izbie przyjęć, które Leokadia pomogła jej załatwić przez dawne kontakty.
A Andrzej, sąsiad z szóstego piętra, w końcu docenił, że jego babci potrzebna naprawdę profesjonalna opieka i kto lepiej zaaplikuje zastrzyk niż młoda pielęgniarka?
Jesienią Basia z Anulką przeniosły się do babci sąsiada, a swoje złamane serce po cichu leczyły przy pracy. Nowe życie zaczęto porządkować od nowa, ładnym, starannym pismem, by może… już nigdy nie musieć szukać po obcych schodach dziecka Andrzeja.






