Pracuję w sanatorium „Nowe Łazienki” dwanaście lat. Najpierw jako recepcjonistka, teraz w administracji. Widziałam różne rzeczy, ale to, co zdarzyło się w zeszły czwartek, będę pamiętać długo.
Do mojego biura wpadła pani Jadwiga. Znam ją — przyjeżdża do nas co roku od trzech lat. Wdowa po milicjancie, mieszka sama w bloku przy ulicy Pułaskiego w Krynicy. Zawsze elegancka, zapięta pod szyję, srebrne włosy w kok. Tego dnia wyglądała inaczej. Bez makijażu. Ręka jej drżała, gdy kładła na biurku telefon.
— Proszę pani — powiedziała — niech pani to zobaczy. Tylko niech pani zamknie drzwi.
Zamknęłam. To była wiadomość na WhatsAppie, numer z kierunkowym +48, ale nieznany. Zdjęcie. Na zdjęciu — jej syn, Marek, z jakąś kobietą. Nadzy, w łóżku, w egzotycznym ośrodku. Pod spodem wiadomość:
„Dzień dobry. Właśnie wróciłam z Dominikany. Pomyślałam, że mama powinna wiedzieć, jak jej synek odpoczywa, kiedy żona myśli, że jest w delegacji w Gdańsku.”
Pani Jadwiga usiadła na krześle. Nie płakała. Patrzyła w okno, na rabaty z bratkami przed wejściem. Powiedziała tylko:
— To było w październiku. Marek mówił, że firmowe szkolenie. A to zwykła dziwka, która chce go zniszczyć.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Podałam jej szklankę wody z dystrybutora. Piła małymi łykami, odstawiała szklankę na blat, znowu podnosiła, jakby liczyła, ile jeszcze zostało.
Potem poprosiła, żebym jej pomogła zrobić zrzut ekranu. Zrobiłam. Zapisała. Podziękowała i wyszła.
***
Widziałam ją znowu w piątek rano. Czekała przy wejściu do dyrekcji. Tym razem miała przy sobie granatową teczkę z napisem „Akta osobowe” — taką starą, tekturową, z odciskiem po pieczątce.
— Jadę do Krakowa — powiedziała. — Muszę coś zabrać od synowej.
Nie pytałam. To nie moja sprawa. Ale zauważyłam, że pachniała jakimś starym, ale drogim perfumem. Jakby na drogę, jakby na rozprawę.
Wieczorem mój mąż oglądał skoki narciarskie w Wiśle, a ja siedziałam w kuchni i myślałam o tej pani Jadwidze. Co ona planuje? Znam ten typ. Nie wybacza. Ale nie rzuca słów. Działa.
***
W sobotę przyjechała synowa pani Jadwigi, Ewelina. Wpadła do mnie do biura z mężem, Markiem. Ewelina miała czerwone oczy, Marek był blady i spocony, choć na dworze było może dziesięć stopni.
— Gdzie jest moja mama? — zapytał.
— Nie wiem.
— Była u was wczoraj. Widziałem na parkingu monitoring.
— Przyjechała, porozmawiała i wyjechała.
Marek uderzył pięścią w biurko. Zsypał się stos dokumentów. Ewelina nawet nie drgnęła. Stała przy oknie i patrzyła na rabaty z bratkami, tak jak wcześniej jej teściowa. Tylko że ona płakała. Cicho, bez dźwięku. Łzy ciekły jej po brodzie na kołnierz marynarki.
— Matka zabrała mi dowód — powiedział Marek. — I akt małżeństwa. I gazetę, gdzie było to ogłoszenie o tym przeklętym rejsie.
Ewelina odwróciła się.
— Nie jego wina — powiedziała cicho. — To nie on. Ta kobieta… to była prowokacja. Ona chciała pieniędzy.
— Jaka prowokacja, Ewelina? Byłaś tam?
— Nie. Ale ufam mężowi.
Wyszli. Został po nich tylko ten przewrócony stos dokumentów i zapach męskiej wody kolońskiej. Ułożyłam wszystko z powrotem. Na wierzchu leżał druk sanatoryjnego skierowania. Nie wiem, kto go przyniósł.
***
We wtorek dowiedziałam się, co zrobiła pani Jadwiga. Opowiedziała mi recepcjonistka, która ma córkę w urzędzie miejskim w Krynicy.
Otóż pani Jadwiga pojechała do Krakowa nie po to, żeby zabrać dokumenty. Pojechała do notariusza, żeby spisać testament. Do tej pory go nie miała.
Nowy testament brzmiał tak: cały majątek — mieszkanie w Krynicy, domek w Muszynie, oszczędności w SKOK-u, czyli wszystko, co miała — zapisuje nie synowi, tylko Ewelinie. Synowej, którą Marek, jak sądzę, traktował dotąd jak powietrze, dopóki nie okazało się, że matka ma czym rozporządzać.
Ewelina dostała wszystko pod jednym warunkiem: do końca życia nie może przekazać z tego ani złotówki Markowi. Ani pożyczyć. Ani darować. Ani zapisać na wspólne konto. Gdyby to zrobiła — cały majątek przechodzi na fundację, którą pani Jadwiga wskazała u notariusza.
Dokumenty pani Jadwiga dała Ewelinie w sobotę rano, przy kawie w cukierni koło Dworca Głównego. Powiedziała jej wprost, co w nich jest i dlaczego. Ewelina słuchała długo, w końcu podpisała bez słowa. Podobno zapytała tylko: „A mogę korzystać z domu w Muszynie?”. Pani Jadwiga miała odpowiedzieć: „Masz się tam podpisywać, a nie korzystać”.
To, że Ewelina wtedy nie broniła męża tak, jak broniła go później przy mnie w biurze, mówi mi więcej niż jakiekolwiek zeznanie. W sobotę wiedziała już wszystko. W niedzielę, gdy stała przed Markiem, musiała udawać, że nie wie nic.
***
A wczoraj znowu przyszła do mnie pani Jadwiga. Tym razem spokojna, z makijażem, w kaszmirowym swetrze. Położyła na biurku zeszyt w kratkę.
— Mam prośbę. Niech pani schowa to do sejfu. Na wszelki wypadek.
— Co to?
— Kopia testamentu i list do Eweliny. Napisałam go, zanim pojechałam do notariusza, żeby wiedziała, dlaczego tak postanowiłam, a nie tylko co. Gdyby mi się coś stało, proszę to jej oddać. A jeśli przyjdzie Marek i zapyta — nic mu pani nie powie.
Na grzbiecie zeszytu, niebieskim długopisem, było napisane jedno słowo: „Dominikana”. Zapytałam, dlaczego akurat to.
— Żebym nie zapomniała — powiedziała. — Dlaczego to zrobiłam. Ludzie zapominają, kiedy im wygodnie.
I wyszła, zanim zdążyłam odmówić.
Schowałam zeszyt do sejfu tego samego wieczoru. Nie otwierałam go. Nie moja sprawa.
Dziś rano, otwierając biuro, sprawdziłam zamek dwa razy, chociaż nikt mnie o to nie prosił. Zeszyt leżał tam, gdzie go zostawiłam, grzbietem do góry, tym jednym słowem skierowanym w stronę drzwi.
Zamknęłam sejf na klucz i schowałam klucz do kieszeni fartucha, obok długopisu i identyfikatora.







