Upał. Katarzyna
Pobrali się Grzegorz i Weronika dopiero dwa lata po tym, jak się poznali.
Do swojego szczęścia szli bardzo ostrożnie, niemal stąpając na palcach, rozważając każdy krok i każde słowo. To zrozumiałe: oboje spotkali w życiu, że uczucia bywają zwodnicze, a miłość nie zawsze przychodzi od razu i na zawsze. Starali się rozszyfrować, co dostali w nagrodę po przeżyciach. I czy warto zaufać temu nowemu, zdobytemu po stracie i bólu uczuciu.
Jadwiga, mama Grzegorza, również milczała. Nie chciała spłoszyć szczęścia syna, który zmienił się nie do poznania. Wyprostował ramiona, w oczach znów pojawił się blask, a na randki szykował się tak, jakby tuż za rogiem miał iść prosto do Urzędu Stanu Cywilnego.
Z Weroniką Grzegorz zapoznał mamę niemal natychmiast. Jadwiga z niepokojem przyglądała się Weronice, ale nie widziała w niej niczego, co mogłoby w Grzegorzu przywołać wspomnienia po Agacie. Nawet zamieszkanie z narzeczonym Weronika odrzuciła stanowczo.
Nie, Grzegorz. To niepotrzebne. Pani Renata nie zrozumie. Bardzo sobie cenię jej opinię, wiele mi dała. Jest chora. Potrzebuje pomocy. Zostawmy wszystko jak jest. Po co się spieszyć?
Grzegorz musiał się zgodzić. Nie stanowiło to jednak przeszkody w ich związku. Wręcz przeciwnie przedłużony okres narzeczeński pozwolił im naprawdę dobrze się poznać.
Do domu Jadwigi Weronika przeprowadziła się dopiero tuż przed ślubem, i to zmuszona. Okazja była smutna.
Odeszła Renata.
Od dłuższego czasu skarżyła się na serce. Weronika prowadzała ją po lekarzach, wyręczała we wszystkich domowych sprawach i starała się pomagać jak umiała, ale to przyniosło tylko opóźnienie nieuchronnego. Któregoś dnia, wracając z pracy, Weronika zobaczyła Renatę siedzącą w ulubionej altanie, z listem napisanym przez wnuka w dłoni. Zawołała ją dwa razy, zbliżyła się i zobaczyła, że Renata już nie oddycha.
Wezwała karetkę, lecz lekarze nie zdołali już pomóc.
Weronika długo płakała, siedząc przy altanie, dzwoniąc do Grzegorza i synów Renaty, wspominając spacery brzegiem rzeki, wspólne wieczory, gotowanie kompotów w letniej kuchni, piosenki przy filiżance herbaty I to, z jakim zaufaniem Renata ją przyjęła bez podejrzeń, bez wypytywania, kiedy pomoc była Weronice najbardziej potrzebna, a wziąć ją nie było skąd.
Dziękuję ci szeptała Weronika raz po raz, oddając hołd tej, która pierwsza wyciągnęła do niej rękę i otworzyła serce, gdy to było szczególnie ważne.
Synowie Renaty przyjechali z rodzinami już następnego dnia. Najstarszy, po załatwieniu smutnych formalności, wziął Weronikę na rozmowę.
Mama chciała, żeby część domu dostałaś ty. Żebyś mieszkała tutaj i pilnowała wszystkiego, bo żaden z nas i tak nie zamierza się przeprowadzać. Chcę, żebyś wiedziała jest testament. I my z bratem nie mamy nic przeciwko. Gdyby nie ty, Weroniko, mama byłaby tu zupełnie sama. Bardzo ci dziękujemy za to, że byłaś przy niej.
Nie pokręciła głową Weronika nie mogę i nie chcę. To wasz dom. Jeśli tylko mam się nim opiekować zgoda. Ale dziedziczyć powinniście wy, wasza mama bardzo was kochała!
Wiem to…
Tak na tym stanęło. Weronika z czasem znalazła najemców gotowych mieszkać w domu na stałe i utrzymywała kontakt z rodzinami synów Renaty, kiedy przyjeżdżali latem na urlop.
To właśnie jedna z synowych Renaty pomogła Weronice, gdy ta pół roku po ślubie trafiła do szpitala.
Ciąża pozamaciczna. Musicie zadbać o swoje zdrowie! pogroził Weronice palcem lekarz. Dobrze, że mama była przy pani. To mogło skończyć się tragicznie!
To moja teściowa. Ale w sumie ma pan rację. Mama
Bardzo dobrze. Miała już pani kłopoty zdrowotne?
Tak.
Jeśli chce pani mieć dzieci, musi pani solidnie się przebadać i rozwiązać przyczynę. Inaczej, obawiam się, jedyną szansą na macierzyństwo będzie in vitro.
Rozumiem
Weronika nie płakała. Wszystkie łzy zostawiła na później. Teraz ważniejsze było zrozumieć, co robić dalej, jak naprawić to, co się wydarza. Chciała dzieci z Grzegorzem. I chwilami stawało się to niemal jej obsesją.
Wszystko zatrzymała Jadwiga.
Weroniko, możemy porozmawiać? przyszła któregoś wieczoru, wiedząc, że syn jest w delegacji w innym mieście.
Grzegorz z Weroniką mieszkali już osobno. Niedługo po ślubie kupili niewielkie mieszkanie, na które Grzegorz wreszcie mógł sobie pozwolić. Interesy szły tak dobrze, że Jadwiga zaczęła rozmyślać o kupnie domu na pensjonat.
Rodzice Weroniki też chcieli się dorzucić, choć długo nie mieli kontaktu z córką. Grzegorz stanowczo odmówił.
Weroniko, damy radę sami. Zawsze chętnie zobaczę twoich rodziców, ale mieszkanie swojej żonie chcę zapewnić samodzielnie.
Weronika nie protestowała. Delikatnie wyjaśniła ojcu, a ten uścisnął Grzegorzowi dłoń.
Dobrze mówisz. Jest się z kogo cieszyć!
Jadwiga w pełni popierała decyzję syna. I cieszyła się, że młodzi nie zwlekają z dziećmi.
Lecz widząc, jak Grzegorza marszczy znajoma bruzda na czole, a Weronika biega po klinikach, martwiąc się o zdrowie, Jadwiga zdecydowała się wkroczyć.
Weronisiu, wybacz mi, jeśli powiem coś nie tak, dobrze? Jesteś mądrą dziewczyną, wiesz, że się martwię i chcę pomóc. Powiedz, co cię tak nurtuje? Widzę, że ci źle.
Nic się nie udaje, mamo nie skrywała się Weronika. Wszystko na nic… A jeśli nie będę mogła mieć dzieci? Wtedy co? Muszę odejść od Grzegorza! Nie pozwolę mu zmarnować życia u boku kobiety, od której nie będzie mieć ani radości, ani sensu…
Źle myślisz! Sama nie wiesz, jak wiele dałaś Grzegorzowi! Z tobą znów zaczął żyć! A dzieci to cud, ale to nie wszystko. U nas z mężem Grzegorz też nie pojawił się od razu. Chcieliśmy, czekaliśmy, aż przyszło rozczarowanie, wiele przykrych chwil. Ja nawet uznałam, że mąż jest ze mną tylko przez dziecko a jeśli nie będę matką, odejdzie. Zaczęłam wątpić. On mi tego nie wybaczył. Przez rok żyliśmy osobno, cierpieliśmy. Dopiero potem zrozumieliśmy, jak byliśmy głupi! Małżeństwo to nie tylko rodzicielstwo! To dużo, dużo więcej! A Grzegorz jest do ojca podobny Rozumiesz, co chcę ci powiedzieć?
Chyba tak…
Nie niszczcie tego, co jest między wami! Nadajecie sobie sens. Dbajcie o to! Miłość, która w was rośnie, przetrwa wszystko, jeśli tylko jej na to pozwolicie.
A jak udało się pani zostać mamą? Weronika nie wytrzymała i zapytała.
Och, gdybym to wiedziała! roześmiała się przez łzy Jadwiga. Nie uwierzysz, prawie do pierwszego kopnięcia nie sądziłam, że noszę dziecko! Myślałam, że to jakieś dolegliwości. Pogodziliśmy się i postanowiliśmy żyć, jak Bóg da, a los szykował nam niespodziankę!
Oby i mnie taka spotkała westchnęła Weronika.
Dlaczego nie zadzwonisz do synowej Renaty? To świetna lekarka, może pomoże?
Weronika aż się klepnęła w czoło.
Jak mogłam o tym zapomnieć?! Jasne!
Tydzień później była już w Warszawie na badaniach. Tam na nią czekano.
A rok później na świat przyszli bliźniacy.
Szczęście weszło do domu Grzegorza i Weroniki. I rozgościło się tam na dobre.
Niedługo potem Weronika została mamą cudownej dziewczynki, którą razem z Grzegorzem adoptowali, wiedząc już, że własnych dzieci więcej mieć nie będą. Ta decyzja dojrzewała długo, lecz okazja do ponownego rodzicielstwa pojawiła się niespodzianie. Dawna koleżanka Grzegorza ze szkoły, która dopiero została mamą, poważnie zachorowała. Wieść przyniósł im Marek.
Biedna Martynka Zbieramy pieniądze, żeby wysłać ją do Krakowa. Może tam pomogą? Wszyscy się dorzuciliśmy.
Jasne, już… Grzegorz przelał sporą sumę. Parę dni później Martyna z dzieckiem ruszyła do stolicy. Jadwiga pojechała z nimi Martyna miała tylko starą babcię, więc potrzebowała pomocy.
Niestety, wysiłki nic nie dały. Lekarze przedłużyli jej życie na tyle, by mogła zadbać o przyszłość córki.
Martyna poprosiła Jadwigę, aby jej dziewczynka trafiła do Grzegorza i Weroniki. Nie mogli odmówić.
Tak w ich rodzinie pojawiła się córka.
W maleńkim mieszkaniu robiło się ciasno. Dzieci rosły, miejsca brakowało, trzeba było pomyśleć o przeprowadzce.
Znowu wkroczyła Jadwiga.
Grzegorz, są jeszcze pieniądze, które oszczędzaliśmy na pensjonat! Kupcie z Weroniką coś większego, wygodniejszego.
Mamo, a co z twoim marzeniem? Nie zgadzam się!
To moim marzeniem! Jadwiga pocałowała w czoło rozchichotaną wnuczkę i wskazała bliźniaków. Czego mi trzeba więcej? Poza tym brakuje mi czasu na biznes. Chcę być blisko wnuków! Pomagać wam! Weronika świetnie sobie radzi, ale wiem, że z pomocą sklepów jest ciężko. Pracujcie. Ja pomogę z dziećmi. Szukajcie mieszkania takiego, żeby każde miało swój pokój!
Znaleźli je duże, jasne, z miejscem do biegania. Dzieciaki krzyczały echo, a Weronika śmiała się, widząc, jak bliźniacy próbują nauczyć siostrzyczkę odpowiadać a kuku.
Bierzemy! zdecydował Grzegorz.
Jedyną rysą na idylli okazała się Katarzyna starsza sąsiadka, która uznała, że wielodzietne rodziny są podejrzane i wymagają ścisłego nadzoru. Tak na wszelki wypadek.
Tam zawsze jacyś ludzie. Dzieci biegają boso! Sama widziałam! Młodsza córka zasypia na spacerach. Coś tu nie gra!
Może przesadzasz, Kasiu? Jest gorąco, zdrowo chodzić boso. Ludzie do nich przychodzą, ale nie piją, nie awanturują się. Mamy przestać się odwiedzać? powtarzały sąsiadki, oglądając rumiane bliźniaki opowiadające mamie, jak grali w piłkę na nowym boisku. Można sobie wymyślić niejedno, ale kto odróżni co prawda, a co bujda?
A jak będziecie się zastanawiać, dzieci dojdą do nieszczęścia! Za często się to dzieje! Na pokaz szczęśliwi, dzieci grzeczne, dom dostatni. Nie wierzę! Dogrzebię się prawdy! Nie może być dobrze! Tak jest świat ułożony!
Sąsiadki marszczyły brwi, słuchając jej, ale Katarzyna nie zamierzała ustępować. Jako osoba wychowana przez matkę, która potrafiła stworzyć z domu prawdziwe piekło, bała się szczęścia innych.
Katarzyna urodziła się w rodzinie partyjnych działaczy. Rodzice byli fanatyczni w egzekwowaniu dyscypliny. I bracia, i mała Kasia, musieli się podporządkować surowym zasadom. Klęczenie całą noc w kącie było normą. Często i pas leciał, a nawet rozsypany groch na pokaz rodzina była idealna. Długie rękawy, starannie wyprasowane przez matkę, zakrywały sińce chłopaków, a Kasia zaciśnięte warkocze nosiła nie z powodu szkolnego regulaminu, lecz bo za nie wygodnie było pociągnąć i skarcić.
Nigdy ani Kasia, ani jej bracia nie puścili pary o domowych represjach, choć bywało, że koleżanki widziały ślady. Gdy tylko dorośli, natychmiast zerwali kontakt z rodzicami matką, która odpowiadała za „wychowanie”, i ojcem, nieinterweniującym nigdy. Z braciami nie utrzymywała więzi: wszyscy troje pragnęli zapomnieć piekło, w którym rośli.
Katarzyna nie założyła własnej rodziny. Gdy próbowała ułożyć sobie życie z kimś już w dojrzałym wieku, przerażało ją najmniejsze nawet podniesienie ręki gdy jej partner zamierzył się papciem na swojego schorowanego pieska, natychmiast zabrała zwierza i uciekła z mieszkania.
Tego samego dnia spakowała rzeczy, zabrała psa (bez protestów), i wróciła do swojego mieszkania po babci.
Babcia od strony matki była równie uparta i surowa jak jej córka. Katarzyna długo znosiła jej kaprysy, opiekując się staruszką. Mała, wiecznie zrzędząca babcia potrafiła doprowadzić każdego do szału, i cieszyła się tym. Gdy odeszła, Katarzyna poczuła ulgę.
Nie miała przywiązań. Nie lubiła ludzi pamiętała, jak nikt nie interesował się jej losem, nikt nie pytał o siniaki, nikt nie próbował pomóc. Wszyscy widzieli, nikt nie chciał wiedzieć.
Teraz próbowała naprawić świat miała poczucie, że ludziom nie można ufać, ale może ona zmieni choć odrobinę rzeczywistość. Rodzina Weroniki i Grzegorza była jej szansą. W bloku nie było większej rodziny.
Weronika, siedząc na ławce i obserwując synów, spojrzała na zegarek, aż westchnęła. Czas wracać! Córka mogła się przebudzić, a chłopców szykować na zajęcia. Na przedszkole dopiero czekali, na razie prowadzała ich na zajęcia i do klubu sportowego.
Pod blokiem czekała Katarzyna.
Znowu twoje dzieci po placu biegały boso?! Nie stać was na buty dla chłopców?!
Weronika uśmiechnęła się mimowolnie. Buty jej dzieci kosztowały więcej niż najlepsze adidasy Grzegorza. Ale na obuwiu sportowym nie szczędzili, bo chłopcy dużo grali w piłkę i o kontuzje nie trudno.
Szydzisz?! Co takiego śmiesznego powiedziałam?! Masz dzieci! Dbaj o nie! Karm, przyodziewaj! A ty?!
Katarzyna zaczerwieniła się, złoszcząc się na Weronikę za jej spokój. Nie było w niej gniewu ani usprawiedliwień.
Mamo, daj cioci Kasi wodę! rzucili bliźniacy, podając butelkę.
Nagle Katarzynie zrobiło się słabo. W oczach ciemność, w uszach brzęczenie jakby komarów, i osunęłaby się ze schodów, gdyby nie podtrzymała jej Weronika.
Karetka przyjechała szybko, zabrała Katarzynę do szpitala. Kiedy się ocknęła, przy łóżku czuwała Weronika. Dzieci zostawiła z Jadwigą, pojechała do szpitala.
Co ze mną? chciała spytać Katarzyna, ale język był ciężki, słowo nieposłuszne. Przeraziła się.
Spokojnie Weronika pogłaskała ją po ręce i poprawiła poduszkę Miała pani udar. Ale lekarze zrobili, co możliwe. To ten upał… Proszę nie płakać! Jestem tu, nie zostawię pani! Śpijcie. To najważniejsze.
Weronika dotrzymała słowa. Wzięła pod opiekę Katarzynę, wiedząc od sąsiadów, że kobieta jest tak samotna, jak tylko człowiek być może.
Dlaczego? słowa powoli wracały Katarzynie, ale Weronika rozumiała, co pyta.
Bo trzeba. Bo tak właściwie. Źle być samemu. Wiem o tym na pewno.
Skąd?
Poznałam samotność. Słaba kompania. Ale pani się nie obawia. Już nie.
Jak?
Myśli pani, że panią zostawię? Nie ma mowy! Pani czuwała nad nami, teraz moja kolej!
Weronika udawała, że nie widzi łez Katarzyny. Wiedziała swoje. Odtąd w oczach Katarzyny nie było już dawnych cieni. Teraz była to samotna, starsza sąsiadka w wieku ich mam. Weronice było jej ogromnie żal. Ta kobieta mogła mieć rodzinę, dzieci, wnuki miała tylko kwiaty w ogródku i władzę nad klatką. Ale kto potrafi wyhodować takie róże… ten musi mieć dobrą duszę. Weronika czuła to bez wątpliwości.
Dwa lata później.
Oj, Weroniko! Nie pojmuję, jak sobie z nimi radzisz?! Córka ułożona, a chłopcy to istne urwisy! Katarzyna, siedząc na ławce na placu zabaw, zerkała na swoją ulubienicę córkę Weroniki i Grzegorza.
To jeszcze nic! Mamy tylko dwóch. A Marek czwórkę! Gdy się zbiorą wszyscy razem, mam ochotę uciec z domu. Jego żona już się modli, żeby tylko piąte nie było chłopcem.
Wiedzą już kto?
Nie. Chowa się! zaśmiała się Weronika. Marek twierdzi, że jest gotów na każdą niespodziankę.
Boże, jaki upał! Katarzyna zdjęła dłonią słońce z oczu i spojrzała na Weronikę. Powiedz mi, jesteś szczęśliwa?
Weronika zamyśliła się.
Co jest do szczęścia potrzebne? Bliscy? są. Zdrowie? odpukać, jest. Dzieci rosną i są szczęśliwe? zdaje się, że tak. A to znaczy, że jest szczęśliwa. Skrajnie, zupełnie i bez cienia wątpliwości.
Tak!
Weronika się uśmiechnie, a Katarzyna po raz kolejny zdziwi się, jak bardzo zwykły uśmiech może zmienić wszystko wokół.
A nawet letni upał, który trzymał miasto już od początku sierpnia, jakby gdzieś przepadł, ustępując miejsca powiewowi świeżości.







