Baśka
Ewka, zwariowałaś! Pani Komendant cię wykończy za coś takiego!
Mania, gdzie ja go niby mam zostawić? Wyrzucić na śmietnik? Przecież szkoda! Żywy!
On żywy, a ty już mniej pewna będziesz, jeśli go tu zatrzymasz, serio mówię.
Maniusiu, kochana, przestań się już przejmować! Toż to nie żaden tygrys, tylko zwykły kociak. Niech trochę tu pożyje, co?
Po co mnie przekonujesz? Mania roześmiała się cicho i pogłaskała rudego malucha po głowie. Myślisz, że mi nie żal? Skąd go masz w ogóle, to bidul jeden! Chudziak! I chyba chory, bo głową nawet nie rusza. Perełka!
Idziemy! Ewka, zrywając z wieszaka długi szalik zrobiony przez Manię, opatuliła nim znalezionego kociaka. Wychodziłam po zmianie, szłam przez park. Leżał na chodniku. Może się wyczołgał z krzaków, może ktoś go tam wyrzucił. Całego już śniegiem zawiało. Gdyby nie ta jego rudość, nawet bym nie zauważyła. Podniosłam go, zimny zupełnie, aż się przestraszyłam, że nie żyje. Ale potem patrzę oddycha! Chwyciłam go i pędziłam, ile sił w nogach, do akademika. Ewka zanuciła pod nosem, nalewając mleko do emaliowanego kubka, żeby je podgrzać. Pani Weronika spojrzała na mnie, jak przeleciałam obok, aż jej szczęka opadła.
No to czekaj z wizytą. Oj, Ewka, ona cię opieprzy! Pamiętasz, jak Kasię skrzyczała, gdy przyniosła kota? Mało jej nie wyrzuciła! Porządek się liczy! A zwierząt w domu nie wolno.
Mania, ale ty nie wygadasz, prawda? Ewka zajrzała jeszcze przez drzwi z niepokojem. Jak przyjdzie beze mnie schowaj kota. Ja mu tylko mleko pogrzeję i zaraz wracam.
Już idź! Mania zgarnęła ze stołu szalik z kociakiem i wyrzuciła z koszyka robótkę. Nic nie widziałam, nic nie wiem, nic nie powiem! zaśpiewała i zamknęła wieczko koszyka, puszczając do Ewki oko. Idź, nie bój się!
Ewka wyszła, a Mania zajrzała do koszyka i pokręciła głową:
Takie to szczęście przyszło do nas! Rudy-bezwstydnik… Oddychaj, bidulo! Ewka dobra dziewczyna, jak ci się coś stanie, będzie płakać na cały głos. A po co mi to
Kociak milczał. Oddychał słabiutko, leżał z zamkniętymi oczami i zupełnie nie reagował na słowa Mani.
Pokój powoli wypełniał się półmrokiem. Zimowy wieczór szedł już pełną parą, ale Mania nie paliła światła lubiła te chwile, kiedy wszystko wydawało się zamknięte w cieple czterech ścian, cały wieczór jeszcze przed nią. Co innego, jak się pracuje na drugą zmianę wtedy wraca i zaraz spać. A tak jest dobrze. Można poczytać, pogadać z Ewką, wypytać ją o tego jej Michała. Mania westchnęła. Dobrze jej! Chłopak jest, do ślubu zaprosił. A ona, Mania? Nikogo. I kto ją zechce dryblas? Ewka to dziewczę miniaturowe, jak laleczka. Oczy jak jeziora, warkocze aż po biodra. Piękność, nie ma co. A Mania? Baba z jajami, jak mawiała babcia, patrząc, jak rosła wnuczka jednym ruchem przywraca porządek wśród swoich trzech niesfornych braci. Dziś to już dorośli faceci. Najstarszy nawet się już ożenił, dobra dziewczyna mu się trafiła. Mania była na weselu, dopiero co. A ona nadal sama. Na horyzoncie nikogo. Za bardzo się rzuca w oczy, i wzrostem, i posturą nieźle ją natura obdarowała, tylko skąd tu drugiego takiego znaleźć? Może i dobrze, że babcia ją namawia na powrót na wieś? Ale po co? Tam chłopów prawie nie ma. I pracy też niebardzo. Tylko gospodarstwo. A po co się uczyła? Tu ją cenią na fabryce, z szacunkiem podchodzą. Nawet wyjazd dostała na wczasy. Mania potrząsnęła głową, odganiając smutki. Jeszcze się zdąży, o ślubie pomyśleć. Przecież nie może być tak, żeby nikt jej nie pokochał!
Ewka wróciła i zaczęła szukać pipetki, by nakarmić kota. Z miski nie umiał pić. Klepał pysiem, ale siły do picia nie miał. Widząc, jak Ewka bez mała płacze, próbując go napoić, Mania odłożyła książkę, sięgnęła po niego i powiedziała:
Daj tu!
Nabrawszy mleka do pipetki, obłapała kocią główkę palcami i przymusiła do jedzenia:
No już! Nie po to cię Ewka przyniosła, żebyś tu wyciągnął ogon z głodu!
Kociak się dławił i kichał, ale zaczął pić.
Nazwali go Bazylem. Pani Weronika prawie rok nie wiedziała, że z dziewczynami mieszka ktoś jeszcze, aż kiedyś przypadkiem zobaczyła, jak przez otwarte okno na parterze przemykała ruda błyskawica z puszystym ogonem.
Co to ma być?!
Jej wrzask postawił na nogi cały akademik.
Pani Weroniko, prosimy! Przecież pani nie wiedziała, że mamy kota! Taki mądry jest! Łapie myszy!
Jakie myszy? U nas nie ma myszy! Przykładny akademik tu mamy!
Oczywiście! Mania, krzyżując ramiona na piersi, spojrzała z przymrużeniem oka na panią Komendant i nogą przesunęła Bazylka za siebie. U nas nawet myszy porządne, tłuste, najedzone! Bazyl codziennie zostawia mi rano rządek przy łóżku. Pokażę następnym razem. Niech i dyrektor fabryki się pochwali. Popatrzy.
Maria! Uważaj z takim gadaniem! pani Weronika złagodniała i spojrzała surowo na Ewkę. Twój pomysł? Jak wyjdziesz za mąż co z nim zrobisz? Weźmiesz?
Nie wiem. Ewka wzięła kota na ręce. On mnie lubi, wiadomo, ale gospodynią i tak Manię uważa. Pewnie będzie tęsknił
Phi, dziewczyny! Pani Weronika zaśmiała się niespodzianie, widząc minę Ewki. Gadasz o nim jak o chłopie! Kotek to kotek! Gdzie dają jeść, tam będzie siedział.
Nie powiedziałabym. Próbuję się przypodobać, a on zawsze do Mani się tuli. Ewka oddała kota koleżance i objęła Komendantkę. No i co? Zostanie z nami?
Ty przebiegła! Weronika przewróciła oczami i pogroziła palcem. Żeby mi go nie było widać ani słychać, jasne? Bo nas wywalą i słusznie.
Ślub Ewce wyprawiono jak trzeba, i Mania została sama z Bazylem. Dni zaczęły się snuć wolniej, smutniej. Weronika nie spieszyła się z dokwaterowaniem nikogo nowego. Stary akademik dożywał swych dni. Dziewczyny wzdychały po cichu, licząc na nowe pokoje w nowym bloku. Budowa raz ruszała, raz stawała, ale coś się jednak działo. Mania z innymi dziewczynami pomagała w soboty na placu budowy. Przechadzała się po pustych korytarzach, próbując sobie wyobrazić, jak tu będzie, gdy już wszystko postawią. Właśnie tego dnia spotkała swoją jak wtedy myślała przeznaczenie.
Adam, tak jak i ona, przyjezdny. Ostatni w rodzinie, został przy rodzicach, by ich do końca doglądać. Po śmierci matki i ojca przeniósł się do miasta. Tu nie miał nic swojego, ale życie było nieporównanie ciekawsze. Dziewczyn wokół do wyboru, ale Adam miał swoje plany. Chciał żonę nie byle jaką, najlepiej z mieszkaniem, z kimś, kto mu pomoże. Mania do tych parametrów nie pasowała, ale nie potrafił obojętnie minąć tej wysokiej piękności, która spojrzała na niego z góry i popłynęła dalej korytarzem.
Jego nieporadne zaloty zaprawiały Manię rozbawieniem.
O rany! Co ja z takim zrobię? Po głowie mu będę klepać, taki niski! śmiała się Maniusia, opowiadając o Adamie Ewie, która przyszła w odwiedziny.
Mania, daj spokój! Czy to wzrost najważniejszy? Jaki jest?
Sama nie wiem spoważniała Mania i spuściła wzrok. No nie wiem.
Obserwowała Ewkę, jak z trudem wstaje, szykując się do domu, jak głaszcze Bazylka, już nie taki mały brzuszek.
Ciężko? Mania sięgnęła po słoik miodu od braci.
Daj spokój. Po prostu dziwnie się czuję. Jak na dworcu: niby gdzieś jedziesz, gdzie ma być lepiej. Czekasz na ten pociąg i chcesz, żeby już był. Ewka odebrała miód i machnęła Bazylowi na pożegnanie. Trzymaj się, Bazylu. Dbaj o nią!
Czy to przez Ewki ciążę, czy przez własną samotność, Adam coraz częściej bywał w małym pokoiku. Bazyl od pierwszego spotkania go nie lubił. Sycząc, robił grzbiet i właził na parapet, gotów rzucić się na Adama w każdej chwili. Mania otwierała okno i wygarniała kota na dwór, wiedząc, że do nocy wróci, ale długo nie da się dotknąć i odmówi jedzenia. Co się z nim działo, Mania nie rozumiała.
Zazdrości, czy co? wzruszała ramionami, gdy Weronika pytała, czemu Bazyl u niej bywał w te wieczory, gdy przychodził Adam.
Może zazdrości. A może coś czuje. Uważaj z tym twoim Adamem. Nie wiadomo. Pobawi się i zostawi, co wtedy?
Nie trzeba, pani Weroniko. On tak nie zrobi. Nie wierzę.
No cóż Weronika westchnęła, ale dała spokój. Pilnuj się!
I Bazyl, i pani Weronika miały rację.
Na początku Mania nie przywiązywała wagi do porannych mdłości. Mleko kwaśniało, grzyby od bratowej się popsuły. Ale minął tydzień, drugi, trzeci a jej ciągle niedobrze. Była głodna i śpiąca. Spotkawszy Ewkę na spacerze z wózkiem, pożaliła się i nagle wszystko stało się jasne.
Mania! Jak mogłaś sobie na to pozwolić? Ewka złapała się za głowę. Jaki to tydzień? Adam wie?
Mania była oszołomiona tą wiadomością. Myśli plątały jej się jak srebrne dzwonki w głowie, a gdzieś z daleka, prawie poza świadomością, usłyszała głos Weroniki:
Dziewczyno pilnuj się!
I właśnie ten ledwo słyszalny głos przywołał ją do rzeczywistości. Zmęczona, ruszyła do domu. Musiała powiedzieć Adamowi. Koniec wolnego życia. Trzeba myśleć o przyszłości.
Ale okazało się, że przyszłość przyjdzie jej planować sama.
Przepraszam, Mania. Ale nie dam rady. Skąd mam wiedzieć, czy to moje dziecko? Nie zgadzam się na to. Adam odsunął się, odganiając Bazylego, który na niego rzucił się z łapami i zębami. Odpędź kota!
Bazyl przekręcił się, wczepił mu się w łydkę, a krzyk Adama wywołał w Mani cień uśmiechu:
Puść go, Bazylku! Zatrujesz się jeszcze takim brudem. Niech sobie idzie!
Potem jeszcze długo siedziała wyprostowana na krześle, patrząc w drzwi zamknięte za Adamem. Bazyl kręcił się wokół jej nóg, w końcu wskoczył na kolana i długo mruczał, aż Mania w końcu go odsunęła.
Co się smucimy? Wystarczy! Idę zrobić herbaty. Gorącej.
Swojego syna Mania zameldowała wyłącznie na siebie. Patrząc dziewczynie w Urzędzie w oczy, powiedziała twardo:
Ojca nie ma i nie było. Ma matkę. Starczy?
Ewka skompletowała wyprawkę, a pani Weronika wyprosiła u kierownika lepszy wózek i kilka razy odwiedzała dyrektora fabryki, żeby załatwić dla Mani lepszy pokój. Ale budowa znów stała, i dyrektor rozkładał ręce:
Chętnie bym pomógł, ale nie mam jak. Na razie zostaną tak.
Pokój był chłodny, ile Mania nie uszczelniała wszystkich szpar. Dlatego nie przeganiała kota od syna, choć ten od razu uznał, że wrzeszcząca kruszyna to już „jego”. Przytulał się do malucha, a ten milkł, czując pod bokiem ciepło rudego opiekuna. Mania patrzyła na tę zwariowaną miłość i nabijała kotu coś smacznego, choć z tym było ciężko. Ciągle brakowało pieniędzy, gdyby nie wsparcie braci, Mania pogubiłaby się całkiem. Adam zniknął z miasta i Mania nie miała zamiaru go już szukać. Wsparcie i tak nie przyjdzie, a smutek niepotrzebny. Skreśliła go z pamięci, zostawiając sobie tylko najlepsze syna.
Rodzina zjawiła się całą gromadką, gdy tylko Manię wypisali ze szpitala z dzieckiem.
Ale policzki! Chłop jak dąb! Manieczko, cała ty!
Mania patrzyła i prawie się popłakała z ulgi, czego nigdy nie robiła. Nikt jej nie wypomniał słowem. Wręcz przeciwnie, bratowa przytuliła ją w kuchni i wyszeptała do ucha:
I dobrze, że urodziłaś. Już nie jesteś sama. A porządny facet się jeszcze znajdzie, Maniusiu, nie martw się. Nie wszyscy są łajzami. I o chłopczyka się nie bój. Pomożemy, jak tylko będziemy mogli. Wyrośnie, zobaczysz.
Obietnicy dotrzymali: co dwa tygodnie ktoś z braci wpadał z paczkami. Mania rozpakowywała i cicho ocierała łzy. Człowiekowi tak niewiele potrzeba po prostu wiedzieć, że nie jest sam. Że są tacy, którzy pokochają i wesprą. Że jak coś się stanie, nie zostawią twojego dziecka, ale przyjmą je jak swoje. Czasem Mania złościła się na siebie za te łzy, ale była wdzięczna losowi za rodzinę.
Żłobek dla Wienia było wyzwaniem. Często chorował, Mania rozdzierała się między pracą i domem. Gdyby nie wsparcie Weroniki i Ewki, dawno by wróciła na wieś. Myśląc o zamieszkaniu z rodziną brata, odwlekała tę chwilę. Nie chciała im przeszkadzać.
Siedząc przy łóżku syna, który spał rozrzucony przez gorączkę, Mania mimowolnie wspominała swoją nieudaną, „wielką” miłość, i zastanawiała się, czy wszystkim się trafia szczęście spotkać kogoś dobrego. Teraz wiedziała, czego chce od kogoś, kto może się jeszcze w jej życiu pojawi: nie potrzebuje już westchnień i słodkich słów jak Adam. Chce kogoś, kto po cichu zrobi jej herbatę, powie „Idź spać, ja posiedzę z Wieniem”, potem w niedzielę pójdzie z dziećmi do zoo i kupi balonik, pochwali jej barszcz i kotlety, potem wreszcie przykręci półkę, która od miesięcy leży w kącie. Kogoś, kto będzie przy niej. Na zawsze.
I to by była dla niej rodzina. Taka, jaką trzeba mieć.
Sen przychodził do Mani niezaproszony, spychając troski na bok zasypiała nad stołem stojącym obok łóżeczka syna, nienaturalnie połamana.
W jedną z takich nocy los wywrócił wszystko do góry nogami, stawiając wreszcie kropki i przecinki w jej pogmatwanym życiu, które nijak nie chciało się zamknąć jakąś szczęśliwą historią.
Wieniu chorował trzeci dzień. Gorączka nie spadała, Mania chodziła na rzęsach. Lekarka z przychodni dziecięcej, mieszkająca w sąsiedztwie, wpadała nawet bez wezwania, oglądała Wienia, kręciła głową.
Robi pani wszystko wzorowo. Czekamy, organizm jest silny, powinien dać radę.
Mania nie odkładała syna z rąk, tulił się, usypiał na moment, potem znowu płakał przez bolące ucho. Weronika wieczorem przyniosła garnek rosołu, przytuliła malca do policzka.
Gorący!
Ciągle nie spada temperatura.
Może to i dobrze? Weronika głaskała małe dłonie, robiąc „sroczkę”. Skoro jest, organizm walczy. Tak lekarze mówią.
Wiem. Mania westchnęła. Ale patrzeć nie mogę, jak płacze. Mały taki, a cierpi.
Przejdzie! Ty, jak się wykończysz, na nic się nie zdasz. Zjedzcie, śpijcie. Rano mądrzejsze od wieczora.
Mania skinęła głową i szykowała kompres, Weronika wyszła.
Bazyl usadawiał się koło Wienia w łóżeczku, machał ogonem, nie dawał się złapać za futerko, aż w końcu chłopiec wtulił się w kota i usnął, zanim Mania skończyła z kompresem. Mania postała chwilę, wahając się, czy go budzić, ale zostawiła.
Dotknąwszy dłonią garnka z rosołem, wyszła do kuchni, żeby go podgrzać. Stała przy gazie, gdy nagle usłyszała stłuczenie i rozpaczliwy płacz Wienia. Porzuciła wszystko, pobiegła do pokoju, otworzyła drzwi i wryła się w miejscu, po czym złapała taboret i ruszyła na pomoc Bazylowi.
Ogromny szczur walczył na śmierć i życie. Bazyl krążył rudą błyskawicą, już z rozszarpanym uchem i bokiem. Mania zamachnęła się, ale właśnie wtedy Bazyl przetoczył się, skoczył i złapał szczura za gardło. Trzymał tak mocno, że Mania długo nie mogła go oderwać od martwej już zdobyczy.
Bazylku, kochany, już wystarczy! Poradziłeś sobie!
Kot mruknął coś cicho, puścił szczura i doczołgał się do łóżeczka, gdzie zanosił się płaczem Wieniu. Mania rzuciła się do synka i aż zaniemówiła z grozy zobaczyła w łóżeczku drugiego szczura. Był mniejszy, ale i tak wydał się ogromny. Chwyciwszy Wienia na ręce, otworzyła drzwi i wrzesnęła na całe piętro:
Pomocy!
Godzinę później, owinąwszy syna najcieplej, jak się dało, pojechała do Weroniki. Ta dała jej klucze do swojego mieszkania i obiecała zaopiekować się kotem.
Co za skandal! Szczury? W naszym akademiku! A przecież niedawno truciznę rozkładali i masz! Weronika była wściekła, bo zawsze dbała o porządek, ale ze starym budynkiem nie wygra. Bezsilność ją złościła.
Uprzątając pokój Mani, zabrała Bazylka do dyżurki i zaczęła opatrywać mu rany.
Bohaterski z ciebie kot, Bazyl! Dobrze, że cię zostawiłam! Takich kotów ze świecą szukać!
Bazyl leżał, ciężko dyszał, nawet nie próbował się myć. Nie chciał jeść i Weronika się zaniepokoiła, wiedząc, że to bardzo źle. Rano, po zmianie, pojechała do Mani i opowiedziała, co z kotem.
Popilnujesz Wienia? Mania panikując szykowała się do wyjścia. Ale gdzie z nim? Weterynarza przecież nie mamy żadnego?
Jest przy lecznicy za rogiem. Spytasz tam, biegnij!
Mania naprawdę biegła, pędząc do akademika. Bazyl leżał na dywaniku, rozciągnięty, ledwo oddychając.
Bazylku, kochanie, już wszystko dobrze, zaraz! Wytrzymaj! Błyskawicznie!
Dopadła lecznicy, odepchnęła młodą dziewczynę w białym fartuchu i zażądała:
Lekarza, najlepszego, natychmiast!
Ta już chciała coś powiedzieć, ale spojrzawszy na Manię wpuściła ją do poczekalni.
Mania tuliła Bazylka, licząc jego każdy oddech i już miała sama iść do gabinetu, gdy otworzyły się drzwi i do środka wszedł prawdziwy olbrzym.
Co tu mamy? zagrzmiał basem, aż Mania zapomniała języka w gębie.
Otrząsnąwszy się, podała mu kota.
To…
Kto mu to zrobił? Lekko, jakby pluszaka, przejął Bazylego, obracając go w rękach.
Szczury.
Kot wygląda na domowego. Zadbany.
Mój.
Gdzie znalazł szczury? Wychodzi na dwór?
Nie, w pokoju.
Dziwy!
Panie doktorze, długo pan jeszcze będzie mnie wypytywał? Jemu źle! Mania wrzasnęła przez łzy. Bazyl leżał tak żałośnie, aż ściskało za gardło. On uratował mojego syna! Proszę mu pomóc!
Krzyczeć nie trzeba. Pozwoli pani, nazywam się Szymon. A pani?
Mania!
Więc dobrze, znamy się! Na przyszłość wolę, jak się spokojnie rozmawia.
Weterynarz pokręcił głową, niespodziewanie się uśmiechnął:
Pomożemy twojemu wybawcy! Nie martw się!
I lata później wielki rudy kot, lekko kulejąc, przejdzie przez dziecięcy pokój, obwącha kąty i wskoczy do łóżeczka przy kanapie, na której śpi Wieniu. Mała Alinka, wyczuwając ciepły, futrzany bok, przekręci się i wplącze paluszki w rudą sierść. Bazyl zamruczy i Alinka zaśnie mocniej, już nie usłyszy kroków rodziców. Mania poprawi synowi kołdrę, podciągnie skarpetkę córeczce, przytuli się do ramienia męża:
Dobrą mamy nianię, co Szymon?
Lepszej nie znajdziesz. Szymon skubnie Bazylego za kiedyś zszyte przez siebie ucho. Dobrze, że mnie wtedy tak opieprzyłaś. I że trzy doby nad nim siedziałem. Takie koty to skarb.
On jest nasz złoty. Widzisz, sam świeci.
Bazyl przytuli nos do Mani dłoni i ułoży się przy Alince, obejmując ją łapą. Mania zgasi lampkę, pomacha mężowi i cicho zamknie drzwi dziecięcego pokoju. Jej dzieci nigdy nie bały się ciemności. Bo obok, odkąd pamiętali, zawsze był Bazyl. A przy nim niczego się nie bało.







