Vasyl – przygody kota w polskim świecie

Kiciuś

Beatko, zwariowałaś chyba! Pani Barbara cię ukręci za to głowę!

Marysiu, a co miałam zrobić? Wyrzucić go? Żal mi go przecież żyje!

On żyje, ale czy ty długo pożyjesz, jak go zostawisz, to już nie jestem taka pewna.

Marysiu, złota jesteś, no co ty! To przecież nie tygrys, a tylko kociątko. Niech trochę tu zostanie, dobrze?

Po co mnie przekonujesz? zaśmiała się Marysia, głaszcząc malutką, rudą główkę nieoczekiwanego lokatora. Myślisz, że mnie nie żal biedaka? Gdzie go znalazłaś, szkielecik jeden! Wychudzony, chory chyba, główki nawet nie utrzymuje. Skarb prawdziwy!

Chodź, wychodzimy! Beata porwała z wieszaka długi szalik, który własnoręcznie zrobiła Marysia, i owinęła w niego znalezionego kota. Wracałam dziś ze zmiany, szłam przez park. Leżał na ścieżce. Czy ktoś go porzucił, czy sam się wytoczył z krzaków nie wiem. Całego już śnieg przykrył. Gdyby nie to, że był rudy, pewnie bym go nie zauważyła. Podniosłam go, a on lodowaty. Myślałam nawet, że już po nim. Ale potem poczułam jeszcze oddycha. Chwyciłam za pazuchę i biegłam do akademika, ile sił w nogach. Beata uśmiechnęła się, nalewając mleko do emaliowanego kubka, żeby je ogrzać. Pani Barbara tylko spojrzała na mnie spod oka, gdy minęłam ją na korytarzu. Chyba się domyśliła.

To już czekaj z wizytą. Ech, Beatka, gorzko ci będzie! Pamiętasz, jak Lidzię zrugała, gdy przytargała kota? Prawie ją wyrzuciła. Porządek, mówi, ma być! Zwierząt w akademiku nie wolno trzymać.

Marysiu, ty mnie nie wydasz, prawda? Beata z niepokojem zerknęła w drzwi. Jak by przyszła beze mnie schowaj go gdzieś. Ja tylko mleczka mu podgrzeję i wrócę zaraz.

Idź już! Marysia zgarnęła ze stołu szalik z kotkiem i wysypała z koszyka swoją robótkę. Nic nie widziałam, nic nie słyszałam, nic nie powiem! zaśpiewała wesoło i, przykrywając koszyk, puściła do Beaty oczko. Idź, nic się nie bój!

Beata wyszła, a Marysia nachyliła się nad koszykiem i pokręciła głową:

No, szczęście nam się trafiło! Rudy bezwstydnik Żyj, maleństwo! Beatka dobra dziewczyna, jak coś ci się stanie, długo będzie płakać. A po co mi to?

Kociątko milczało. Oddychało ledwo, leżało z zamkniętymi oczami i nie reagowało na słowa Marysi.

Pokój tonął w powoli zapadającym zmierzchu. Marysia nie chciała zapalać światła. Lubiła ten czas. Cały wieczór jeszcze przed nią. Można poczytać, pogawędzić z Beatą, wypytać o sprawy z Michałem… Westchnęła cicho. Ona to ma dobrze! Chłopak jest, zaręczyny już były. A ona, Marysia, sama. I komu jest potrzebna, taka wielka dziewucha? Beata drobniutka, jak porcelanowa lalka, oczy zielone jak morze, warkocze do pasa, piękność! A ona? Baba jak dąb! Babcia śmiała się, patrząc, jak rosła wnuczka jedną ręką rozgania swoich trzech młodszych, niesfornych braci. Chłopaki już podrośli. Najstarszy się ożenił, dobra dziewczyna mu się trafiła. Ledwo co Marysia była na ślubie. A ona wciąż sama. Nawet nikt nie spojrzy jej w oczy w mieście. Za duża, za silna. Skąd tu znaleźć chłopa, żeby obok stanął i się nie przestraszył? Może babcia i ma rację, wciąż ją do domu namawia. Ale po co tam wracać? Chłopaków w wiosce nie ma już prawie wcale. Robota tylko na gospodarstwie. Uczyła się tyle lat na próżno? W fabryce ją szanują, doceniają. Nawet wysłali na urlop do sanatorium. Marysia pokręciła głową, przeganiając smutki. A co tam, jeszcze zdąży wyjść za mąż. Niemożliwe, żeby i dla niej nie było szczęścia!

Beata wróciła, zaczęła szukać pipety, żeby nakarmić kotka, bo z miseczki nie umiał ssać. Beznadziejnie uderzał pyszczkiem o brzeg naczynia, za słaby był na to. Marysia przerwała czytanie i odebrała jej rudzielca:

Daj mi!

Nabrała mleka do pipety, złapała głowę kota w palce i siłą rozchyliła mu pyszczek, syknęła:

No, rusz się! Nie po to cię przyniosła, żebyś nam tu z głodu umierał!

Kotek krztusił się i kaszlał, lecz powoli zaczął jeść.

Nazwali go Kiciuś. Pani Barbara przez prawie rok nie wiedziała, że mieszka u dziewczyn ktoś poza nimi, aż pewnego dnia zobaczyła, jak przez otwarte okno pierwszego piętra śmignęła ruda błyskawica z puszystym ogonem.

Co to ma być?!

Jej krzyk postawił całe akademik na nogi.

Pani Barbaro, proszę! Przecież nie wiedziała pani nawet! On taki mądry! Myszy łapie!

Jakie tu myszy?! U nas nie ma myszy! Mamy wzorowy akademik!

Aha! Marysia, ramiona skrzyżowała na baryłowatej piersi, zmierzyła komendantkę wzrokiem i zasłoniła za sobą wijącego się wokół nóg Kiciusia. I myszy mamy wzorowe! Tłuste, wypasione! Kiciuś rankami przynosi jedną pod moje łóżko. Następnym razem pokażę, będzie czym się chwalić nie tylko nam. Może i dyrektora zaprosimy obejrzeć.

Marysia! Uważaj sobie! Pani Barbara ochłonęła i zwróciła się surowo do Beaty. To twoje dzieło? A jak wyjdziesz za mąż, co z kotem? Zabierzesz?

Nie wiem… Beata wzięła kota na ręce. Lubi mnie, ale za gospodynię Marysię uważa. Będzie tęsknił…

Phi! Pani Barbara wybuchła śmiechem, patrząc na zakłopotaną Beatę. Gadasz o nim jak o chłopie. Kot to kot. Gdzie karmią, tam dobrze.

Nieprawda. Ja go tak i tak, a on swoje. Do Marysi się tuli. Beata podała kotka koleżance i objęła panią Barbarę po przyjacielsku. No co, pozwoli pani?

Z ciebie chytruska! westchnęła komendantka. Nie chcę widzieć i nie chcę słyszeć go więcej! Jasne? Bo nas stąd wyrzucą i dobrze zrobią.

Na wesele Beatki bawiły się jak należy, a Marysia została sama z Kiciusiem. Dni płynęły wolniej i smutniej. Pani Barbara nie spieszyła się z przydzieleniem jej nowej współlokatorki. Stary akademik dogorywał dziewczyny po cichu wzdychały, marząc o swoim pokoju w tym nowym, który budowano raz zrywami, a raz wszystko milkło. Marysia w weekendy chodziła z dziewczynami pomagać na budowie, spacerowała po pustych holach, wyobrażała sobie, jak kiedyś wszystko tu będzie wyglądać. Wtedy właśnie spotkała swoją, jak wtedy myślała, przyszłość.

Aleksy, też przyjezdny, został w mieście po śmierci obojga rodziców. Tu zaczynał wszystko od nowa. Dziewczyn wokół nie brakowało, ale Aleksy miał swój plan. Szukał żony i to z posagiem, najlepiej z choćby maleńkim mieszkaniem. Marysia nie spełniała tych wymagań w ogóle. Ale minąć tej rosłej piękności, która spojrzała na niego z góry i przeszła obok z cichym szelestem, nie był w stanie.

Jego niezdarne zaloty na początku tylko ją bawiły:

Matko kochana! Co ja z takim zrobię? Będę mu głowę głaskać, jest ode mnie o głowę niższy! śmiała się, opowiadając o Alekseym Beacie, która przyszła ją odwiedzić.

Marysiu! A co, wysokość to wszystko? Jaki z niego człowiek?

Nie wiem… Marysia milknęła, spuszczała wzrok. Sama nie wiem, Beatko…

Bała się odejść nawet na chwilę od Beatki, która ledwo podnosiła się z krzesła, głaskała Kiciusia, który wyciągnął się na łóżku i leniwie mruczał, przytulony do jej już sporego brzucha.

Ciężko? Marysia wyjęła z szafki słoik miodu od braci.

Nie bardzo… Raczej dziwnie… Jakbym na dworcu stała, wiecznie czekając, aż w końcu odjedzie pociąg do szczęśliwego miejsca. Beata przyjęła miód, pocałowała przyjaciółkę i pomachała kotu. Na razie, Kiciuś. Pilnuj jej!

Może to przez ciążowy brzuch Beaty, może przez samotność Marysi, ale Aleksy stał się częstym gościem w jej małym pokoju. Kiciuś nie cierpiał go od razu. Syczał, wyginał grzbiet, a potem wskakiwał na parapet i z napiętym ogonem gotował się do skoku, ilekroć Aleksy przekraczał próg. Marysia otwierała okno i wyganiała kota, wiedząc, że do nocy i tak wróci, obrażony, nie pozwoli się pogłaskać i nawet jeść nie będzie. Czemu to robił nie wiedziała.

Zazdrości, czy co? śmiała się, gdy pani Barbara pytała, dlaczego kot coraz częściej przychodzi do niej, kiedy Aleksy odwiedza Marysię.

Może i zazdrości. Może przeczuwa coś złego. Uważaj, Marysiu, z tym twoim Alkiem. Jeszcze zostawi, a wtedy? Pożałujesz…

Nie trzeba, pani Barbaro. On nie jest taki.

Dziewczyno, twoje życie, patrz tylko, komu ufasz…

I Kiciuś, i pani Barbara mieli rację.

Na początkowe osłabienia Marysia nie zwróciła uwagi. Kefir gorzki, grzyby przesłane przez bratową też już nieświeże. Tydzień mijał za tygodniem, a jej wciąż było słabo, ciągle chciało się spać i jeść. W końcu po spotkaniu z Beatą, na spacerze z wózkiem, gdy wyżaliła się przyjaciółce, zrozumiała, w czym rzecz.

O Marysiu! Jak ty mogłaś?! Jaki to już czas? Powiedziałaś mu?

Marysia stała otępiała od wiadomości. Myśli kręciły się, jakby grzechotki w głowie, a gdzieś daleko, w pamięci, zabrzmiał głos pani Barbary:

Dziewczyno… Uważaj…

I to właśnie ten szept obudził ją do działania. Odpowiedziała Beatce jednym ruchem głowy i podreptała szybciej do domu. Musiała powiedzieć Aleksowi. Czas się skończył, trzeba było myśleć o przyszłości.

Tylko że o przyszłości przyszło jej myśleć samej.

Przepraszam, Marysiu. Ale nie mogę. Skąd mam wiedzieć, że to moje dziecko? Nie zgadzam się. Aleksy odtrącił kota, który rzucił się na niego, a potem mocno kopnął go, żeby się odczepił. Odejdź!

Kiciuś przewrócił się, ale rzucił się na nogę Aleksego i ten aż wykrzyknął z bólu, na co Marysia, ku własnemu zaskoczeniu, uśmiechnęła się:

Zostaw go, Kiciusiu! Jeszcze się zatrujesz takim typem! Nie chcemy tu takiej świni. Niech idzie w diabły.

Jeszcze długo siedziała potem prosto na krześle, wpatrzona w zamknięte za Aleksem drzwi. Kiciuś kręcił się wokół nóg, aż w końcu wskoczył jej na kolana, czego zwykle mu nie pozwalała. Przysiadł i długo mruczał, aż nie odgoniła go łagodnie:

Dosyć smutków, koniec. Chcę herbatę. Gorącą.

Syna wpisała tylko na siebie. Bez przerwy patrząc urzędniczce w oczy, mówiła stanowczo:

Ojca nie ma. Nigdy nie było. Matka jest. Czy to wystarczy?

Beata zrobiła dla dziecka wyprawkę, pani Barbara znalazła dobrą, używaną spacerówkę przez znajomych, nawet kilka razy odwiedziła dyrektora fabryki, by wybłagać lepszy pokój dla Marysi. Ale budowa nowego akademika znowu stanęła i dyrektor tylko rozkładał ręce:

Bardzo bym chciał, ale nie da rady. Póki co tak muszą zostać, potem zobaczymy.

W pokoju było zimno, Marysia starała się jak mogła pozatykać wszystkie szpary, ale nic nie pomagało. Dlatego nie przeganiała kota od synka, który od razu uznał, że ten mały płaczący zawiniątek jest jego. Kiciuś układał się obok, a maluch milczał, czując ciepło rudawego opiekuna. Marysia, patrząc na tę dziwną kocią miłość, tylko podśmiewała się i podrzucała mu coś smacznego, choć z tym było coraz ciężej. Pieniędzy brakowało, gdyby nie bracia, chyba by się załamała. Aleksy zniknął z miasta, a ona nie zamierzała go nawet widzieć. Pomoc od niego? Żadnej. Nie ma czego żałować. Zostawiła sobie tylko jedno synka.

Rodzina zjechała cała, gdy Marysię z dzieckiem wypisali ze szpitala.

Ale buźka! Kawaler jak się patrzy! Cały ty, Marysiu!

Patrzyła na nich i chciało jej się płakać ze wzruszenia, choć nigdy wcześniej nie pozwalała sobie na łzy. Nikt jej nie wyrzucał nic w oczy, przeciwnie bratowa objęła ją w kuchni i wyszeptała na ucho:

I dobrze, że urodziłaś! Nie będziesz sama. Jeszcze ci się trafi porządny człowiek, Marysiu, nie martw się. Są jeszcze dobrzy faceci. A o synka się nie bój pomożemy, nie zostawimy. Wychowamy chłopaka razem, nie myśl nawet inaczej.

Rodzina słowa dotrzymała. Raz na dwa tygodnie ktoś z braci wpadał z paczką smakołyków i domowych zapasów. Marysia rozpakowywała paczki, wycierała ukradkowe łzy. Czego człowiekowi potrzeba? By wiedzieć, że nie jest sam. Że jest ktoś, kto cię kocha i nie zostawi ciebie i twojego dziecka. W takich chwilach Marysia złościła się na siebie za łzy, ale cieszyła, że ma rodzinę.

Żłobek dla Jasia był prawdziwą próbą. Chłopczyk łapał infekcję za infekcją, a Marysia rwała się pomiędzy pracą i domem. Gdyby nie pomoc pani Barbary i Beaty, chyba rzuciłaby wszystko i wróciła do wsi. Ale tam musiałaby mieszkać z rodziną najstarszego brata, a nie chciała ich kłopotać.

Siedząc nocą przy łóżeczku syna, który spał, rozrzucony od gorączki, Marysia przypominała sobie swoją niespełnioną „miłość” i wiedziała już, że nie wszystkim trafia się dobry człowiek, opoka. Wiedziała, czego wreszcie chce od tego, kto, być może, jeszcze kiedyś pojawi się w jej życiu. Nie potrzebowała już słodkich gadek, wzdychanek i tanich gestów, w których Aleksy był mistrzem. Chciała takiego, który po cichu zrobi jej herbatę, a potem wygoni spać, mówiąc:

Idź, ja posiedzę z małym.

A w wolny dzień zabierze ich do zoo i kupi Jasiowi balonik. Pochwali jej barszcz i kotlety, a potem w końcu przybije półkę tam, gdzie od miesięcy leży, zawalając miejsce w kącie. Takiego, który będzie po prostu obok. Na zawsze.

I nic więcej. Taka miała być rodzina, której pragnęła.

Sen przychodził do Marysi nieproszony rzucała głowę na stół obok łóżeczka i zasypiała na pół siedząco, wyczerpana codziennością.

W jedną taką noc zdarzyło się coś, co przewróciło jej życie i postawiło kropki i przecinki w historii, która długo nie chciała zamienić się w szczęście.

Janek trzeciego dnia gorączkował. Temperatura nie spadała, a Marysia już nie miała sił. Pani doktor z przychodni dziecięcej, która mieszkała obok, codziennie do nich zaglądała i kręciła głową:

Robi pani wszystko dobrze, silny chłopak. Trzeba poczekać. W końcu organizm wygra.

Marysia nie opuszczała syna, tuliła go, nosiła, chłopiec zasypiał na moment, a potem znowu płakał, łapiąc się za bolące ucho. Pani Barbara wieczorem przyniosła garnek świeżego rosołu i przytuliła wnuka:

Jaki gorący!

Nie spada gorączka, robię co mogę.

Może i dobrze, organizm walczy. Tak lekarze mówią.

Wiem, tylko ciężko patrzeć, jak się męczy.

Przetrwacie! Jak się roztrzęsiesz, to mu nie pomożesz. Najedzcie się i kładźcie spać. Rano będzie lepiej.

Marysia skinęła głową i zabrała się za kompres. Kiciuś wskoczył do łóżeczka, machając ogonem przed nosem Jasia, któremu to się spodobało. Wytulił się do kota i zasnął, zanim matka skończyła okład. Zastanawiała się jeszcze, czy budzić małego, ale zostawiła go w spokoju.

Podeszła do stołu, chwyciła garnek, wyszła do kuchni, żeby podgrzać rosół. Stała przy kuchence, gdy nagle rozległ się hałas tłuczonego szkła, a po chwili płacz Jasia. Porzuciła wszystko i popędziła do pokoju. Otworzyła drzwi i zamarła w przerażeniu, po czym chwyciła stołeczek i ruszyła na pomoc kotu.

Olbrzymi szczur walczył o życie, a Kiciuś wirował wokół niego, ranny, z rozdartych uchem i bokiem. Marysia chciała pomóc, lecz Kiciuś skoczył, złapał szczura za gardło i nie puścił, póki nie padł. Długo nie mogła go oderwać od martwej już ofiary.

Kiciusiu, kochany, już, wystarczy! Dałeś radę!

Kot zapiszczał cichutko, puścił, po czym kulejąc, powlókł się prosto do łóżeczka, gdzie płakał Jaś. Marysia chwyciła dziecko, zamarła na widok drugiego szczura, znacznie mniejszego, ale w jej oczach olbrzymiego. Wyciągnęła syna, zerwała drzwi na korytarz i krzyknęła, aż echo poniosło się po całym piętrze:

Pomocy!

Następną godzinę później, opatulona synem, była już u pani Barbary, która wręczyła jej klucze do swojego mieszkania i obiecała zająć się kotem.

Skandal! Szczury! U nas? Przecież dopiero co była deratyzacja! pani Barbara była zła, bo zawsze dbała o porządek, ale z rozwalającym się akademikiem już nic nie mogła zrobić.

Posprzątała pokój Marysi, zabrała Kiciusia do dyżurki i leczyła rany.

Z ciebie bohater, Kiciuś! Jak dobrze, że cię wtedy nie wyrzuciłam! Drugiego takiego nie znajdziesz!

Kot leżał, ciężko oddychając, nawet się nie mył. Odmówił jedzenia, a pani Barbara zmarszczyła brwi, zaniepokojona.

Rankiem, po zmianie, pojechała do Marysi i powiedziała jej, że z kotkiem jest źle.

Popilnujesz Jasia? Marysia miotała się po pokoju, szykując się do wyjścia. Gdzie tu u nas są weterynarze?

Pewnie, leć! Jest lecznica niedaleko akademika. Spytasz, gdzie. Biegnij!

I Marysia prawie biegła z powrotem. Kiciuś leżał na dywaniku, rozciągnięty, ledwo zipiąc.

Kiciusiu! Trzymaj się, zaraz! Szybko wracam!

Dobiegła do lecznicy, odepchnęła na bok młodą dziewczynę w fartuchu i krzyknęła:

Lekarza! Najlepszego! Natychmiast!

Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale spojrzała na Marysię, skinęła i zniknęła za drzwiami, wskazując ławkę wzdłuż ściany:

Proszę poczekać.

Marysia trzymała Kiciusia, nasłuchując każdego oddechu kota, gotowa sama szukać lekarza. Wreszcie drzwi się otworzyły i do gabinetu wszedł olbrzymi, barczysty mężczyzna.

Co się tu dzieje? zabrzmiał głęboki, niski głos i Marysia zaniemówiła.

Kiedy już się opanowała, podała mu kota.

No

Kto tak kota urządził? delikatnie przejął od niej Kiciusia, obejrzał rany.

Szczury.

Nie wygląda na bezdomnego. Ładny, zadbany.

Mój kot.

To gdzie one go dorwały? Na dworze?

Nie, w pokoju.

Niesamowite.

Ile jeszcze pytań?! Jemu źle, pomóżcie mu! wybuchnęła i łzy popłynęły jej ciurkiem, widząc, jaki żałosny i bezradny jest jej bohater. On mi syna uratował! Proszę coś zrobić

Spokojnie. Nazywam się Sergiusz. A pani?

Marysia!

No to dobrze, już się znamy. Na przyszłość nie lubię, gdy się krzyczy. Lepiej rozmawiać.

Lekarz pokręcił głową i nagle się uśmiechnął.

Pomożemy panu bohaterowi! Będzie dobrze.

Kilka lat później wielki rudy kot cicho przechadzał się po dziecięcym pokoju, sprawdzał każdy kąt, wskakiwał na łóżeczko tuż obok kanapy, na której spał Jaś. Mała Alenka, czując ciepłe, futrzaste ciałko obok siebie, obróciła się w śnie i wtuliła palce w gęstą sierść. Kiciuś zamruczał cicho coś po swojemu, a dziewczynka spała głęboko, nie słysząc, jak do pokoju wchodzą rodzice. Marysia poprawiła kołdrę synowi, naciągnęła z powrotem skarpetkę córce i oparła się o ramię męża.

Co za opiekun, co, Sergiuszu?

Najlepszy. Sergiusz podrapał po kiedyś operowanym uchu Kiciusia. Nie żałuję, że się nam przytrafił wtedy. Takie koty to prawdziwy skarb.

On i tak jest złoty, sam widzisz, jak się świeci.

Kiciuś trąci noskiem wyciągniętą dłoń Marysi i wyciągnie się obok Alenki, obejmując ją łapką. Marysia zgasi nocną lampkę i pociągnie męża do siebie, cicho zamykając drzwi do dzieci. Jej dzieci nigdy nie bały się ciemności, bo zawsze, odkąd pamiętali, był przy nich Kiciuś. A przy nim nie trzeba było się niczego lękać.

Oceń artykuł
Newskey24
Vasyl – przygody kota w polskim świecie