Wyimaginowana przyjaciółka
Przy Zosi od trzech dni kręci się tłum uczniów. Dziewczynka zasłynęła w całej szkole jako prawdziwa wróżka i niezrównany psycholog. Każdy marzy o tym, by skorzystać z jej mądrości. Zaczepiają ją przy toalecie, siadają obok w stołówce, przynoszą czekoladki, zeszyty z zadaniami domowymi i inne drobne podarki, których Zosia z niewiadomych względów i tak nie przyjmuje.
Podoba mi się Krystian z 5B. Myślisz, że moglibyśmy kiedyś razem założyć rodzinę? pyta z rozmarzeniem w głosie koleżanka z klasy, Agnieszka.
Nie polecam. Krystian tylko wygląda na porządnego, a w rzeczywistości dłubie w nosie i zjada to, co wyciągnie odpowiada Zosia, przegryzając obwarzanka i popijając herbatę. Głodować z nim nie będziesz, ale na tym koniec. Całe życie na dłubaniu mu zejdzie.
Fuj, obrzydlistwo! A Przemek? Uczy się świetnie, na gitarze gra…
Przemek znęca się nad kotami odmrukuje Zosia. Przywiązuje puszki po konserwach do ogonów i gania za nimi po podwórzu. Okrutny będzie, a potem zacznie pić.
Dlaczego tak uważasz?
Widział ktoś kiedyś trzeźwego gitarzystę? Poza tym za wcześnie na takie rzeczy, zajmij się sobą! Popraw matematykę, a paznokci nie obgryzaj robaki się przypałętają.
Nie mam przyjaciół. Wszyscy nazywają mnie grubasem i nigdzie nie zapraszają żali się Paweł z 4C, odtrącając Agnieszkę tak, że ta prześlizguje się na drugi koniec ławki.
W środę ruszają zapisy na zapasy. Zgłoś się do nauczyciela wuefu. Schudniesz może i nie, ale przestaną cię przezywać. I przyszłej żony już tak nie rzucaj.
Zosia wstała i odniosła tackę do zmywaka.
Zosiu, powiedz, czy w tym roku warto robić prawo jazdy, czy może lepiej za rok? niby mimochodem pyta przy zlewie pani od geografii.
Pani Elżbieto, żeby robić prawo jazdy, trzeba mieć auto, a pani ma ojcowego poloneza. Widzi pani różnicę?
Chyba… bąka nauczycielka.
Zosia przewraca oczami, myje ręce i dodaje:
Sprzedajcie staruszka, kupcie za to rower i krótkie spodenki, za dwa miesiące ktoś i tak będzie panią woził do szkoły. Albo lepiej pomyślcie o kredycie hipotecznym oprocentowanie teraz korzystne, a z rodzicami w wieku trzydziestu pięciu lat mieszkać nie uchodzi. Mówię to jako ktoś, kto się zna.
Pod spojrzeniem oszołomionej nauczycielki, Zosia rusza do klasy na technikę.
W ciągu czterdziestu minut, gdy jej koleżanki uczą się obsługi centymetra krawieckiego i nawlekania nici do maszyny, Zosia ceruje spodnie przywiezione z domu, zwęża spódnicę i szydełkuje parę skarpetek, które wręcza nauczycielce na znak, że ciężarnym trzeba dbać o ciepło stóp. Pani od techniki zaraz zwalnia się z lekcji i pędzi do apteki po test ciążowy. Następnego dnia cała klasa je pyszne czekoladowe ciasto, którym nauczycielka dziękuje Zosi.
W domu dziewczynka zachowuje się równie nietypowo. Strofuje mamę za kupienie gotowego mięsa mielonego, sama lepi pierogi. Wieczorem zamiast oglądać YouTube, sięga po „Trzech muszkieterów”, raz po raz coś szepcąc do siebie. Tata spogląda na nią zza komputera, a Zosia wytyka mu garbienie się i sugeruje, że lepiej by było wziąć się za trzepanie dywanu zamiast surfowania po podejrzanych stronach.
Po szkole zaczynają krążyć plotki, nauczyciele są zaniepokojeni i żądają interwencji psychologa. Zwołują posiedzenie całego zespołu pedagogicznego z dyrektorem na czele.
Zosiu, powiedz, czy ktoś cię w szkole źle traktuje? otwiera rozmowę psycholog w modnych okularach i z elegancką brodą.
Martwi mnie tylko jedno na szkołę wydano kilka milionów złotych, a na salę gimnastyczną kupiono tylko starego kozła i dwa metry liny.
Wszyscy zerkają na dyrektora, który nagle wychodzi przez otwarte okno, mówiąc o jakimś pilnym zebraniu.
Nikt z tobą nie przyjaźni się?
Przyjaźń to pojęcie względne Zosia przeciąga się, kręcąc w palcach warkoczyk. Dziś na przerwie biegasz z kimś po korytarzu, a jutro twoja przyjaciółka zmywa naczynia w twoim domu, kiedy ty rozliczasz ulgę podatkową.
Jakie ulgi, jakie naczynia? Skąd to wszystko wiesz?
Od mojej przyjaciółki.
No właśnie, i tu jest problem! Możesz ją zaprosić?
Ona tu jest odpowiada spokojnie Zosia, wzbudzając poruszenie wśród dorosłych.
Nie widzimy jej. Jak się nazywa?
Stefania Pawłowna.
Ile ona ma lat?!
Siedemdziesiąt.
Co ci jeszcze mówi?
Że zęby trzeba myć od dziąseł, że pies z naszego podwórka nie jest agresywny, tylko przestraszony i głodny, że nie wolno zapominać o rodzinie. A jeszcze że ostatnich pięć lat źle pani liczono podatek od nieruchomości. Trzeba iść do wydziału geodezji i poprosić o przeliczenie według wartości rynkowej, bo liczono po katastrze.
Psycholog wszystko skrupulatnie zapisuje, to ostatnie nawet podkreśla dwa razy.
Na koniec przez głośnik dzwonią do rodziców, którzy są w pracy.
Zaraz! krzyczy ojciec przez słuchawkę. Tak się nazywała moja mama! Zmarła dziesięć lat temu…
Z sali słychać westchnienia i ciche modlitwy.
No właśnie, dziesięć lat minęło, a wy nawet na grób nie zajrzycie. Wszystko zarośnięte, płotek przekrzywiony mówi z wyrzutem Zosia.
No… tak wyszło… chciałem, ale czasu nigdy nie mam… mamrocze tata.
Spotkanie się kończy.
Następnego dnia cała rodzina jedzie na cmentarz. Zosia nigdy nie widziała babci, zna ją tylko z opowieści ojca. Odnaleźli grób z trudem, całe cmentarzysko zarosło zaskakująco szybko, jeszcze niedawno był tam sosnowy las.
Dziewczynka kładzie bukiet żółtych tulipanów do przeciętej butelki. Ojciec poprawia ogrodzenie, matka plewi chwasty.
Tato, babcia mówi, że jesteś dobrym człowiekiem, tylko całkiem przepadłeś w pracy i internecie, więc nie masz czasu na nic nawet na mnie stwierdza Zosia.
Tata spuszcza wzrok, czerwieni się i kiwnięciem głowy przyznaje jej rację.
Powiedz, że się poprawisz głaszcze córkę po głowie, a potem dotyka wyblakłego zdjęcia na nagrobku.
Teraz babcia jest spokojna i już do mnie nie przyjdzie, ale będzie mi bardzo jej brakować, była przecież taka dobra, pogodna i mądra.
Prawda. Babcia widziała ludzi na wylot. Mówi ci jeszcze coś?
Tak. Twierdzi, że twoja dieta z ogórkami to bzdura. Jak chcesz schudnąć idź na siłownię. I że otwieranie konta walutowego to był bezsens trzeba było wszystko dobrze przeliczyć. No a ten tani beton, który zamówiłeś na fundament pod altanęTata roześmiał się cicho, a mama otarła łzę ukradkiem, udając, że w oku coś ją zaswędziało. Wśród szeleszczących liści i przelatujących nad głowami szpaków Zosia poczuła, jak coś ciepłego rozpiera ją w środku radość, że jej głos, choć niezupełnie należący do niej, potrafi naprawiać sprawy w rodzinie i wokół.
Gdy wracali do samochodu pośród zapachu świeżej ziemi i mokrej trawy, ojciec zatrzymał się na chwilę, popatrzył na córkę poważnie i powiedział:
Dziękuję, Zosiu. I dziękuję, babciu dodał, zerkając w niebo.
Dziewczynka uśmiechnęła się i pomachała komuś, kogo tylko ona widziała. Potem już nie mówiła o Stefani Pawłownej, choć czasem w kuchni szeptała coś życzliwego do pierogów albo przestawiała kwiatki na parapecie tak, żeby lepiej rosły. Lecz gdy ktoś zwracał się do niej po radę, zawsze miała dla niego dobre słowo, ciepły uśmiech i czasem tajemnicze mrugnięcie.
Niektórzy twierdzili jeszcze przez lata, że Zosia ma wyjątkowy dar. Ale ona dobrze wiedziała, że najważniejsze to słuchać, pamiętać i mieć w sercu trochę mądrości chociażby tej podpowiedzianej przez wyobrażoną przyjaciółkę, która czasem przychodzi, gdy najbardziej brakuje nam kogoś bliskiego.







