Nie on, nie ona

Tego listopadowego wieczoru deszcz ze śniegiem zacinał poziomo, jakby ktoś chciał wypłukać z miasta resztki ciepła. Artur biegł przez plac przy dworcu w Bydgoszczy, trzymając pod pachą teczkę z rysunkami technicznymi. W kieszeni kurtki miał małe, granatowe pudełeczko — pierścionek, na który odkładał od czerwca. Dziś miał poznać ojca Igi. Restauracja zarezerwowana na siódmą, a on wyszedł z pracy dwadzieścia po szóstej. Tramwaj w remoncie, autobus stoi w korku. Biegł.

Przy wejściu do przejścia podziemnego zobaczył grupę ludzi. Stali półkolem, jakby patrzyli na coś przez szybę. Nikt nie podchodził bliżej. Jedna kobieta robiła zdjęcie telefonem. Facet w kapturze, z reklamówką z Biedronki, pokręcił głową i poszedł dalej.

Ziemia była mokra, pachniało mokrym betonem i chińszczyzną z budki obok. Artur chciał ich minąć. Do siódmej zostało niecałe dziesięć minut, a wiedział, że ojciec Igi lubi punktualność.

Wtedy grupa się rozstąpiła dokładnie na tyle, żeby zobaczył.

Na brzegu chodnika, pod metalowym koszem na śmieci, leżała suczka. Kto wie, co w niej było — kundle z placu znały się na wszystkim, co ludzie wyrzucali. Sierść miała tak mokrą, że wyglądała jak zwinięty, brudny koc. Żebra unosiły się przy każdym oddechu. Nie miała siły podnieść głowy.

Przy jej brzuchu, schowane pod przednią łapą, piszczało coś małego. Szczenię wielkości rękawiczki. Całe ciemne, drżące jak galareta. Suka zakrywała je sobą. Resztką sił.

Artur zatrzymał się tak gwałtownie, że teczka zsunęła mu się z ramienia. Chwycił ją, ale nie ruszył dalej.

— Nie dotykać — syknęła kobieta z telefonem. — Chora może być.

— Trzeba do straży miejskiej zadzwonić — powiedział mężczyzna z siatką. Ale sam stał. Nie dzwonił.

Mieli rację. To nie był jego problem. Pies to nie dziecko. Ktoś kiedyś coś załatwi. Albo i nie. Miasto przechodzi nad tym do porządku dziennego kilka razy dziennie.

Artur zrobił krok. Suczka wtedy otworzyła oczy.

Nie patrzyła na niego długo. Jeden ruch źrenic, taki, jakby chciała ocenić, czy jest niebezpieczny. Potem, z wysiłkiem, który wyglądał, jakby ważył tonę, przesunęła łapę i jeszcze mocniej przygarnęła szczenię do brzucha. Nie warknęła. Nie odsłoniła zębów. Patrzyła tylko, skąd może nadejść cios.

Wtedy zadzwonił telefon.

— Jesteś już? — usłyszał podniesiony głos Igi. — Tato dwa razy pytał, kiedy przyjdziesz. Wiesz, jaki jest.

— Nie dojadę na siódmą — powiedział cicho.

— W jakim sensie? Gdzie jesteś?

— Przy dworcu. Tu jest pies. Znaczy suka. Z małym szczeniakiem.

— Żartujesz sobie. Ile to potrwa? Podejdź do nich i idź.

— Ona ledwo żyje, Iga. Szczeniak ledwo żyje. Nie mogę tak tego zostawić.

— Ludzie jacyś tam są, nie? Poproś, żeby ktoś się zajął.

— Są. Wyciągają telefony, żeby zrobić zdjęcie.

— Artur, kurwa, nie dziś. Wszyscy o tobie mówię, jak o porządnym człowieku, a ty chcesz się spóźnić przez bezpańskiego psa? Kto to widział! Nie twój pies, twój problem!

— Właśnie dlatego muszę zostać. Bo nikt inny nie uważa tego za problem.

Rozłączyła się. Zacisnął zęby, schował telefon do kieszeni, potem zdjął kurtkę. Powoli, żeby suka widziała, co robi. Przykucnął kilka metrów od niej. Czuł, że przemaka przez spodnie, że woda wchodzi mu do butów.

— Spokojnie — powiedział. Głos mu drżał, ale nie wiedział, czy z zimna, czy ze złości, czy z tego żalu, którego sam nie umiał nazwać. — Zaraz coś wymyślimy.

Wyciągnął z teczki suchą koszulkę, którą nosił na zmianę. Rzucił ją delikatnie w stronę szczeniaka. Suka podniosła łeb. Patrzyła mu w twarz długo, uważnie, jakby chciała odczytać, czy ta sucha szmata to podstęp. Potem położyła głowę z powrotem. Pozwoliła.

Zaczął dzwonić.

Najpierw do schroniska. Zamknięte. Automat informujący o godzinach pracy od ósmej. Straż miejska — dwadzieścia minut na linii, a potem facet suchym głosem powiedział, że oni nie przewożą zwierząt.

— Co mam zrobić? — zapytał Artur.

— Jak jest agresywne, to policja. Jak padnięte, to pan poczeka do rana.

— Zdechnie do rana!

— Przykro mi, ale my nie mamy odpowiednich środków. Może pan prywatnie zamówić transport. Jak ma pan fundusze.

Spojrzał na ekran telefonu, a potem na sukę. Była w takim stanie, że przesunięcie jej na koc graniczyło z cudem. A ona wciąż trzymała szczenię, powoli liżąc je po głowie, choć jej język wyglądał, jakby ledwie miała siłę go wysunąć.

Znalazł całodobową weterynarię na obrzeżach miasta — dziesięć kilometrów. Prywatna taksówka z transportem zwierząt. Wyszło sto czterdzieści złotych. Przez moment patrzył na stan konta. Zostały mu osiemset dwadzieścia trzy złote do końca miesiąca. A za godzinę, gdyby tam dotarł, miał zamówić za trzysta jedną porcję rostbefu.

Żadna z tych liczb nie była warta życia, które piszczało pod łapą.

— Biorę — powiedział do kobiety po drugiej stronie słuchawki.

Czekając na samochód, przesunął sukę na koc, który wziął z pobliskiego kiosku. Nie ufała. Zesztywniała i patrzyła mu prosto w oczy, jakby czekała, aż zawaha się przy szczeniaku. Ale on psa nie tknął. Tylko matkę. Przenieśli się we dwójkę, a małe trzymało się jej sierści, potrafiło wyssać z niej resztki ciepła nawet w taką pogodę.

Przyjechała kobieta z klatką i napisała do weterynarza. Suczka dostała kroplówkę w samochodzie. Szczeniak — mleko ze strzykawki. Artur siedział z boku, przemoczony, i trzymał w dłoniach teczkę z rysunkami, która tak naprawdę już na nic nie była mu potrzebna o tej porze.

Telefon znów się rozdzwonił. Nie odbierał.

W klinice okazało się, że suka ma martwicę łapy, skrajne wychłodzenie i anemię. Szczeniak, suczka, sztucznie dokarmiana. Lekarka powiedziała, że gdyby matka nie darowała mu swojej ciepłoty przez pierwsze godziny, nie byłoby czego ratować.

Artur zapłacił za pierwszą dobę. Dwieście czterdzieści złotych, z tego osiemdziesiąt na mleko i elektrolity w kroplówce. Osób, które by to za niego załatwiły, tego wieczoru nie było. Był tylko on, wilgotny paragon w kieszeni i poczucie, że zawalił coś, nad czym pracował od dawna.

Do domu wracał na piechotę, po deszczu, który przeszedł w gęsty, lepki śnieg. Nie poszedł już do restauracji. Nie poszedł do Igi.

Dzień później siedzieli w kawiarni w centrum. Wzięła herbatę, nie dotknęła szarlotki. On popijając czarną kawę, czekał, aż skończy mówić.

— Wstyd mi było za ciebie. Wiesz, jak to wyglądało? Ojciec mi powiedział: „ten człowiek ma inne priorytety”. I miał rację.

— Miał — przyznał Artur.

— Ja tam siedziałam, tłumaczyłam, że zaraz będziesz, że korek, że praca. A ty grzebałeś w mokrym psie zamiast poznania rodziny.

— Nie grzebałem. Ratowałem.

— Każdego psa nie uratujesz. Mnie potrzebowałeś. Tam, przy stole. A ty wybrałeś psa.

— Wybrałem życie, które mogłem uratować.

Spojrzała na niego, jakby te słowa znaczyły coś innego, i może znaczyły. Powiedziała, że dziękuje za szczerość. Rozstali się przy szatni. Nie krzyczała. Czyli wszystko umarło między nimi dawno, tylko oboje udawali, że nie czuć trupa.

Artur odwiedzał klinikę codziennie po pracy. Po tygodniu suka po raz pierwszy podniosła głowę na jego krok. Później stawiała pierwsze niepewne kroki, wciąż z obolałą łapą, wciąż szukając nosem tej małej, piskliwej kulki, która teraz już fikała po legowisku.

Po kolejnych dziesięciu dniach zabrał je do domu. Wynajmował kawalerkę, w której właściciel przezornie zakazał trzymać zwierzęta. Na drzwiach wisiał numer sześć, a pod spodem wizytówka administracji, żeby każdy mógł donieść od razu. Nie przemalował. Wniósł starą, drewnianą skrzynkę z balkonu, w której trzymał farby i słoiki z gwoździami, wymył, wyłożył starym swetrem i postawił w przedpokoju.

Od tamtego wieczora minęły dwa lata. Nie odłożył już na pierścionek. Nie chodził na rodzinne obiady, które miały go ocenić. Nauczył się gotować dla psa lekkostrawne jedzenie i kupować odżywkę dla szczeniąt.

W pewną niedzielę jechał na spacer nad Brdę. Suczka, już zagojona, z panią odrobinę sztywniejszą po martwicy, żwawo kłusowała przy nodze. Młoda, podrośnięta, ta, którą matka schowała przed światem pod swoim ciałem, szalała wokół nich, łapiąc w zęby zaspy zmrożonego śniegu.

Przy tamie spotkał parę, która szła z podwójnym wózkiem. Znał ją. Iga uniosła brwi, zerknęła na psy, potem na niego. Miała twarz, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła znaleźć formy.

— Nie myślałem, że będziesz tu mieszkać — powiedział.

— Nie mieszkam. Przyjechaliśmy do teściów.

Wózek pisnął. Spojrzała na psy z taką miną, jakby to one były tymi wszystkimi decyzjami, których nie rozumiała.

— Zabrałeś je — stwierdziła.

— Dwa lata z tym chodziłem.

Nie odpowiedziała. Zawołała męża, który się oglądał, a Artur skręcił w stronę rzeki. Pies podszedł do niego, oparł się o jego nogę, zostawiając na niej mokry ślad. Młoda przyniosła mu patyk. Rozłamał go na dwa kawałki, rzucił oba.

Wieczorem tego samego dnia zdjął z drzwi stary numer, który trzymał się na pojedynczej śrubie. Pod spodem była tabliczka administracji. Wyczyścił futrynę, włożył nowe dokumenty do teczki i zagwizdał na psy, które szły za nim, jakby nigdy nie znały innego domu.

Oceń artykuł
Newskey24
Nie on, nie ona