Zamiast siebie
Macocha doskonale widziała, że Jagna nie chciała wychodzić za mąż za wdowca nie dlatego, że miał kilkuletnią córeczkę, nie dlatego, że był od niej starszy a dlatego, że bała się go ponad wszystko. Jego oczy, twarde jak grudzień na Polesiu, przeszywały na wskroś, a serce Jagny zaczynało bić jak stary zegar w głębi chałupy, próbując odpędzić od siebie lodowate uderzenia wzroku. Jagna opuszczała wzrok i podłoga zawsze stawała się bliższa niż powietrze. Kiedy już odważyła się spojrzeć, każdy widział, że jej oczy stoją w łzach. Łzy spływały po policzkach, czerwonych od wstydu, jak góralskie jabłka na jesieni. Ręce się trzęsły, a małe pięści pragnęły uderzać, by bronić się i przed macochą, i jej wybranym.
I wtedy język, przeklęty zdrajca, przemówił za nią: Pójdę.
No i dogadane. Do takiego domu, do takiego gospodarza nie pójść to grzech! Przecież pierwszej żonie kurz dmuchał z ramion, słaba była, rachityczna, całe życie kaszlała. Szli razem on trzy kroki, ona ledwie jeden. Zatrzymywała się i sapała jak lokomotywa, a on ją obejmował, uspokajał, nie krzyczał jak twój ojciec, obłąkany.
A gdy była w ciąży, rzadko kto ją widział na nogach. Tylko leżała, a po porodzie on nocą do dziecka wstawał, ona gasła na oczach. Tak o tym matka jego gadała.
A ty zdrowa, silna, gospodarna. W czerwonym kącie cię posadzi. Potrafisz wszystko, i kosić, i prząść, i tkać. Żal oddawać cię za młodego, bo jeszcze nieukształtowany, a ten już ułożony, wszyscy go znamy. Szczęście ci się trafiło!
Bimber nastawię, wieczorek zrobimy. Wdowiec wesela nie chce, żeby nie gorszyć zmarłej tancami. Przynieść nic nie trzeba, dom pełny, powiedział. Tylko przyjść.
Dominik pojął pierwszą żonę z miłości, wiedząc, że Zosia często chorowała. Matka mu tłumaczyła, że baba mu trzeba, nie łachudry, ale Dominik sercem, a nie rozumem rządził. Po wsi gadali, że go oczarowano, bo tylko zaczarowany człowiek ładuje się z własnej woli w męczarnię i szpital.
Lekarze mówili: Zosia płuca ma kruche, byle katar ją rozłoży, zaraz zapalenie, astma, a potem… kto wie?
Dominik wierzył, że miłością przepędzi śmierć, uleczy ją własnymi rękami. Najpierw i rzeczywiście po ślubie dobrze się działo. Młodzi śmiali się do siebie, szczęściem oddychali. Ale potem Zosia zaszła w ciążę, i jakby wszystko w środku wywróciło się na nice słabość, zawroty głowy, senność, trzymały ją na łóżku. Nie mogła prania zrobić, krowy wydoić, czasem nawet włosów uczesać.
Lekarze mówili, że po porodzie minie. Dominik opiekował się nią czule, nie złorzeczył. Matka jęczała dzień i noc, że synu gospodyni w dom nie przyprowadził, tylko kłopot. Dominik żony bronił jak jastrząb piskląt, a matkę z domu przegonił.
Urodziła Zosia córeczkę i wydawało się, że radość powróci. Powróciła lecz na krótko. Pewnego zimowego wieczoru Zosia zachłysnęła się chłodem i już nie doszła do siebie. Wywozili ją do szpitala, ale lekarz, prosto i po chłopsku rzekł:
Ma pani płuca na włosku.
Zosia wiedziała, że czas się kończy. Miny nie robiła, uśmiechała się, choć oczy błyszczały strachem i bólem. Kości wystawały spod skóry, żebra na plecach jak struny wiolonczeli. Śmierć chodziła dookoła, śledząc rytm oddechu.
Przeczuwając swoje odejście, prosiła męża, by wysłuchał jej próśb.
Nikt jeszcze planów Boskich nie zmienił. Nasza miłość już nie ma sił walczyć, i ja już nie mam siły. Przepraszam, ciebie i naszą córeczkę. Urodziłam się na krzywdę i was też na cierpienie skazałam.
Dominik ujął jej gorące dłonie, całował, poznając w jej urywanym oddechu, że chwile policzone. Zaczęła mówić chaotycznie o miłości i obawach, potem, złapawszy powietrze, powiedziała wyraźnie:
Ożeń się z Jagną, ona będzie dobrą żoną. Ty jesteś dobry mąż, ona dobra matka będzie nie skrzywdzi dziecka, pokocha cię. Ty też ją pokochaj, jak mnie. Traktuj ją, jakbyś mnie miał obok w jej ciele. Przebacz słowa, ale nie tylko płuca mam czarne duszę czernią myśli o córce pomalowały. Ale co zrobisz, twoje życie, Bóg pisze los człowieka. Ale pamiętaj, dziecka nie krzywdź, albo z grobu cię przeklnę.
Słowa ścisnęła dłonią, ile jeszcze sił miała.
Dominik płakał rzewnie, obraz żony rozmywał się we łzach, czuł, że odchodzi. Jej twarz, spokojna, z lekkim uśmiechem, patrzyła daleko poza niego. Dłoń ciągle ściskała jego dłoń.
Całował ją od głowy po palce, zawodząc, przyrzekał być posłuszny. Dlatego po roku żałoby przyszedł prosić ręki Jagny.
Macochę przygotowała teściowa Dominika, bo i ona chorego już ciała się bała i wnuczkę, i zięcia chciała na nogi postawić. Znała ból Dominika jak własny i modliła się za jego szczęście. Wszystko zadziało się jak przez mgłę. Oboje cierpieli bez kobiecej ręki w domu.
Dominik gotów był od dawna przyglądać się Jagnie była uległa, milcząca, ładna, fryzurę miewała jak Zosia, uśmiech ten sam, krok podobny. Chciałby czasem mocno ją uściskać i choć chwilę wyobrażać sobie dawną żonę.
Jagna sama nie wiedziała, czemu się zgodziła. Może zmęczyła ją rola służącej macochy, może była znużona prowadzeniem pijanego ojca do domu, może dokuczały kpiny sióstr, a może było jej żal Dominikowej córki… Tak czy inaczej, gdy się zgodziła, zrozumiała, że przed nią nowe zadanie nauczyć się kochać Dominika.
Po swatach Dominik chciał bliżej zapoznać Jagnę z córką. Zosia mało widniała na wsi czas z dzieckiem spędzała. Często Dominik widział, jak żona w nocy nad dzieckiem się pochylała i szeptem coś doradzała, jak żyć, kiedy jej zabraknie.
Dominikowi łzy napływały do oczu nie wiedział, co Zosia szeptała cząstce swego serca. Mała Hania była dzieckiem domowym, do obcych się nie garnęła, miała tylko tatę, mamę, babcię i gderliwą, zawistną babkę.
Dominik przyprowadził Jagnę, by pobyła z córką bez macochy, która zachowywała się, jakby wreszcie pozbywała się krowy, co mleka nie daje.
Jagna na osobności z Dominikiem milczała, ale zauważyła, że jest łagodny i uważny. Zapytał wprost, czy nie ma ukochanego, bo jeśli tak, to się wycofa nie wspomniał o prośbie żony.
Dom zszokował Jagnę. Meble robione ręcznie, mnóstwo haftowanych obrazków w drewnianych rzeźbionych ramach, pachnących politurą, wielkie, jasne pokoje. Hania, zobaczywszy Jagnę, nie bała się przeciwnie, zaczęła puszczać do niej oko.
Hania przyniosła swoje zabawki i zachęcała Jagnę do zabawy, starając się dotknąć jej dłoni, patrząc zaciekawionymi oczyma, czasem uśmiechając się spod ciemnej grzywki. Jagna przegarnęła jej lśniące, jak u Zosi, włosy i zapytała:
A może zrobię ci warkocz, będziesz jak księżniczka?
Dominik patrzył na to przez łzy szczęścia. Bał się nowości w domu, bo Hania ciągle pytała o mamę, patrzyła w okno, jakby jej szukała. Gdy ktoś wszedł, rzucała się w ramiona z nadzieją, że to mama wróciła.
Dominik tłumaczył, lecz Hania, zaledwie czteroletnia, potrzebowała matczynego ciepła, nie słów. Rozumiał, że nigdy nie zastąpi matki, jej dotyku, pocałunku, głosu.
Bał się zawieść się na Jagnie. Ale gdy zobaczył, jak Hania zaraz się rozpłacze, bo Jagna odchodzi, spokój w nim zapanował.
Hania chwyciła Jagnę za rękę i poprowadziła do swojego pokoju, zdjęła kapa, biła poduszki i, ciesząc się, wskoczyła na łóżko, aż prawie dotknęła sufitu.
Jagna, patrząc na rozbawione dziecko, przypomniała sobie przyjście macochy, jej słowa, kęsy chleba liczone i cukierki ukradkiem dawane wyłącznie swoim córkom, bolesne razy za źle wykonane ciężkie prace, łatane suknie po siostrach, ojca zwijanego z podłogi, pod którym łamało się serce, gdy kładła rodzoną kołdrę. Usłyszała, jak macocha mówiła, że z pierwszym lepszym ją wyda, jakby bydło do rzeźni. Przypomniała przekleństwa, i podeszła do Hani z ciężkim sercem.
Przytuliła ją mocno i położyła obok. Córeczka zasnęła twardo, szczęśliwie, a Dominik siedział oniemiały z radości. Pili herbatę i patrzyli sobie w oczy, uśmiechając się. Nie wypuścił już Jagny z domu.
Nie wypuścił i już!
Żona powinna być z mężem, a nie wracać tam, gdzie nikt na nią nie czeka…







