Gdy miałam szesnaście lat, jeszcze ucząc się w liceum, zaszłam w ciążę. W naszym małym, podkarpackim miasteczku wybuchł prawdziwy skandal. Ludzie pokazywali mnie palcami, a rodzice nie mieli gdzie się schować ze wstydu. Ojciec nie chciał nawet na mnie patrzeć. Lepiej by było, gdybyś umarła, niż tak nas hańbisz! Jedź do babci, nie mogę już tego znieść! usłyszałam. W tamtych czasach takie słowa rozdzierały serce.
Pojechałam więc do babci Józefy, która mieszkała w sąsiedniej wsi, na skraju lasu, w starym drewnianym domu. Było tam zimno i ponuro, ale co miałam robić musiałam wytrzymać. Najgorszy był ostatni okres ciąży, kiedy nikt nie przychodził z pomocą, nikt się nie interesował. Gdy zaczęły się bóle porodowe, ledwo doczekałam karetki. Ale dałam radę sama urodziłam syna, Pawła, i z babcią wychowywałam go pod jednym dachem. Ludzie powtarzali, że powinnam znaleźć sobie męża, ale nie miałam na to ochoty. Żyłam dla syna i tylko dla niego pracowałam.
Kiedy Paweł dorósł i wyjechał na studia do Rzeszowa, podjęłam decyzję, żeby wyjechać za granicę, do pracy we Włoszech. Wcześniej nie mogłam zostawić dziecka. Praca opiekunki we włoskiej rodzinie, w porównaniu do życia na wsi, wydawała się rajem. Opiekowałam się starszą panią, która była dla mnie bardzo dobra. Zarabiałam porządnie, a czasem pani Włoszka dawała mi dodatkowe 100200 euro na znak wdzięczności. Dzięki tym pieniądzom w ciągu kilku lat kupiłam synowi kawalerkę i zadbałam o jego przyszłość.
Jednak z czasem pieniądze bardzo Pawła zmieniły, przestał nawet odwiedzać babcię. Bolało mnie to, ale co miesiąc, sumiennie przesyłałam mu około 500 euro, a resztę odkładałam na własne mieszkanie nie zamierzałam przecież wracać do starego rozpadającego się domu. Po kilku latach Paweł zdecydował się wziąć ślub. Oczywiście pomogłam finansowo na wesele, sfinansowałam zakup wszystkich najważniejszych rzeczy. Myślałam, że w końcu będę mogła zacząć oszczędzać dla siebie.
Minęło pięć lat, a oni doczekali się dwójki dzieci, a gdy wybuchła wojna, synowa była już w ciąży z trzecim dzieckiem. Mimo to wciąż ich wspierałam, ile mogłam, także finansowo. Udało mi się jednak uzbierać 20 tysięcy euro na własne mieszkanie. Akurat przyjaciółka, Zofia, sprzedawała zadbaną kawalerkę po remoncie i umówiłyśmy się, że ją kupię.
W lecie wróciłam, żeby sfinalizować zakup u notariusza, ale wtedy Paweł zaskoczył mnie nowiną: Mamo, sprzedaliśmy kawalerkę i kupiliśmy dom. Zrobiliśmy pierwszy wpłat, teraz musisz dać nam pieniądze na drugi. Jakie pieniądze? 18 tysięcy euro. Zwariowałeś? Miały być dla mnie na mieszkanie! Mamo, proszę cię, przecież z trójką dzieci nie da się mieszkać w kawalerce, liczyliśmy na ciebie. To czemu sam nie odkładałeś? Nawet mnie nie uprzedziłeś! Nic z tego, już się umówiłam na zakup. Mogę pomóc, ale nie oddam całej sumy. Mamo, nie obchodzi cię, jak twoje wnuki będą mieszkać? Przecież co miesiąc wysyłałam wam po 500 euro, mogliście oszczędzać. Za parę lat zarobisz jeszcze na mieszkanie, po co ci ono teraz? I tak wrócisz do Włoch! A jeśli coś się wydarzy i będę musiała szybko wrócić? Gdzie się podzieję, jak zachoruję? Wrócisz do wsi, do babci! To sam z dziećmi tam wracaj! powiedziałam i nie ustąpiłam.
Zdecydowałam, że nie oddam pieniędzy, bo nie mogę pozwolić sobie znów zostać bez dachu nad głową. Paweł strasznie się obraził i przestał się do mnie odzywać. Słyszałam potem, że pożyczał skąd tylko mógł. Ale czy miałam obowiązek po raz kolejny oddawać mu wszystkie swoje oszczędności? Ile można poświęcać się dla innych, pomijając samą siebie? Może młodzi dopiero po latach zrozumieją, że matka też ma prawo do własnego życia…







